Aleteia

Czekałem z seksem do ślubu. Niektórzy nie wierzą mi do dziś

Udostępnij

To, że seks pojawił się w moim życiu dopiero w najbliższej i najbardziej zobowiązującej relacji, było normalne, a nie ekstremalne.

Niektórzy członkowie mojej rodziny nie wierzą mi do dziś. Ale rzeczywiście: ślub brałem jako stuprocentowy prawiczek.

Jak to było możliwe, że św. Józef uwierzył Maryi, że go nie zdradziła? Mam na to swoją teorię i potwierdził mi ją w którejś swojej konferencji ks. Piotr Pawlukiewicz. Powiedział, że według niego po Maryi po prostu nie było widać grzechu. Kiedy czujemy się winni, przeważnie uciekamy wzrokiem, unikamy rozmowy, mową ciała wysyłamy komunikat: “mam coś za uszami”. U Maryi bez wątpienia tego nie było i sądzę, że anioł we śnie był dla Józefa tylko potwierdzeniem pewnej niedorzeczności jego wątpliwości.

Taką niezrozumiałą po ludzku niedorzecznością stała się dzisiaj przedmałżeńska czystość. Tymczasem empirycznie przemawia za nią niemal wszystko. Nie ma sensu pisać setny raz o różnorakich badaniach, potwierdzających trwałość małżeństw, które poczekały. To najwyraźniej do współczesnego człowieka nie przemawia.

Gdybyśmy chcieli przekonać ludzi do czystości, jedynym według mnie skutecznym argumentem byłoby coś, czym według ks. Pawlukiewicza emanowała Maryja: jakiś tajemniczy i pociągający blask niewinności.

Niestety, często ludzie, którzy poczekali z seksem do ślubu, ze wstydu przed światem boją się o tym mówić. Jakby coś przeskrobali. Tymczasem, oni noszą w sobie skarb! I o tym skarbie trzeba mówić jak o czymś naturalnym i najnormalniejszym w świecie. Z otwartością i na luzie. Bo czystość przedmałżeńska jest jedną z takich właśnie najnormalniejszych rzeczy, które w powszechnym odczuciu uznano za jakieś ekstremum.

Kiedy mam komuś wyjaśnić, dlaczego warto z seksem poczekać na żonę/męża, jest mi trudno, ponieważ powody i efekty takiej decyzji ciężko tak do końca wyrazić słowami. Mam wrażenie, że może je tak naprwadę zrozumieć tylko ktoś, kto sam tego spróbuje.

Dla mnie osobiście, jak chyba dla każdego nastolatka-prawiczka, seks był niesamowitą tajemnicą. (Na marginesie – jeśli ktoś myśli, że wie o nim wszystko dzięki pornografii, to grubo się myli.) Ale jeszcze większą tajemnicą było to, co widziałem w ludziach, którzy mieli tę sferę uporządkowaną. Oni mieli w sobie coś dziwnego, co mnie ciekawiło, inspirowało i co było do końca niewytłumaczalne. Szczególny rodzaj radości, której bardzo chciałem doświadczyć.

A kiedy już tę niełatwą, bądź co bądź, batalię o czystość podjąłem i trwam w niej do dziś, okazało się, że nie mam nerwicy, spazmów czy stanów lękowych. To, że seks pojawił się w moim życiu dopiero w najbliższej i najbardziej zobowiązującej relacji, było normalne, a nie ekstremalne. Ekstremalnym należałoby raczej nazwać zachowanie kogoś, kto przed ślubem musiał spróbować wody z wielu źródeł.

Można się śmiać ze wstrzemięźliwości. Mam wrażenie, że dla wielu przeciwników czystości przedmałżeńskiej ludzie ją praktykujący to ciemnota, której ksiądz zakazał seksu, bo nie chciał być w tym udręczeniu sam. Tymczasem by pozostać czystym do ślubu w XXI wieku, trzeba być gigantem. Czystość to nie zaścianek. Czystość to norma.