Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Szanuj zdanie dziecka! Siłowe łamanie jego woli to wygrana bitwa, ale przegrana wojna

Udostępnij

Nie chcesz iść na basen w sobotę z rana? Stracisz kieszonkowe albo odbiorę ci telefon. Jestem większy i silniejszy. I to ja decyduję, co i kiedy robisz…

Z czasów naszego dzieciństwa w złotych latach osiemdziesiątych moje pokolenie mogło wynieść przekonanie, że celem wychowywania jest to, by dzieci słuchały rodziców. Służyły temu hasła typu „siedzenie nie szklanka”, „dorosły ma zawsze rację” albo „dzieci i ryby głosu nie mają”. Jest to pułapka, w którą mogą wpadać rodzice we wszystkich momentach dziejowych: za dowód swojej skuteczności biorą sytuację, w której dzieci zawsze się ich słuchają.

Dziecko jednak to człowiek, który pojawia się w rodzinie nie po to, by rodzicom było wygodnie, by wzmacniał ich poczucie sukcesu i kopiował ich przekonania na temat świata i życia. Ono z tej rodziny prędzej czy później wyruszy w świat. Trzeba więc zacząć od końca i odpowiedzieć sobie na pytanie: jakim człowiekiem będzie nasze dziecko? Gdy wyobrazimy sobie naszą córkę czy syna za 20 i 30 lat – jak się czują sami ze sobą, jacy są w swoich rodzinach, jakich wyborów dokonują w pracy?

Do tej wizji możemy dobrać stosowne narzędzia. Jeśli pragniemy, by nasze dziecko było pracownikiem miesiąca, który wychodzi z pracy o 22:00 i po piętnastu latach nadaje się na kozetkę terapeuty, możemy wrócić do metodologii „dzieci i ryby nie mają głosu”. Jest ona do tych celów doskonała.

Nie chcesz zjeść budyniu? Będziesz nad nim siedzieć, aż zmienisz zdanie. Masz bałagan na biurku? Zrobię ci pilota i potłukę ulubiony kubek. Jestem większy i silniejszy. I to ja decyduję, co i kiedy robisz. Nie lubisz chodzić na basen w sobotę z samego rana, płaczesz i prosisz, by dać ci spokój? Zagrożę ci, że stracisz kieszonkowe, odbiorę ci telefon, nakrzyczę na ciebie i jeszcze się obrażę na trzy dni. Stracisz wszystko, przede wszystkim moją akceptację…

Oczywiście jest to droga na krótkotrwałą wygraną. Jak mówi Stephen Covey, to wygrana bitwa, ale przegrana wojna. To zwycięstwo pyrrusowe. Czego nie zrobisz dla mnie, by nie utracić najcenniejszego, co masz w życiu: miłości mamy i taty? Ostatecznie zrobisz wszystko, czego chcę.

Taka wygrana niesie ze sobą jednak mnóstwo strat: zawiedzione zaufanie, zerwane relacje, dla dziecka – poczucie bycia nikim, dla rodzica – autorytet oparty na pozycji i sile, najniższy w skali przywództwa. W dorosłe życie dziecko wnosi przekonanie, że wygrywa zawsze silniejszy, więc zarówno w grupie jak i w rodzinie może albo być na pozycji podporządkowującego się, albo rządzącego innymi. Często zresztą wytrzymuje „bycie nikim” w pracy, a odgrywa się na najbliższych w domu, powielając wyuczony schemat.

Lista strat praktycznie nie jest ograniczona czasem, bo taki model wychowania idzie w kolejne pokolenia. Na ogół rodzice nie mają świadomości, co naprawdę się wydarza i jakie będzie miało dalekosiężne skutki, gdy każdorazowo zyskiem wydaje się złamana wola własnego dziecka.

A przecież „łamanie” nie kojarzy się nam z rodziną. „Łamie się” ludzi w wojsku i to właśnie po to, by słuchali ślepo, bezmyślnie, ze strachu. By nie zadawali pytań, dlaczego. By strzelali, gdy padnie komenda, choć nieważne, do kogo. Albo przynosili przełożonemu papierosy czy spełniali inne zachcianki, nie kwestionując przesłanek.

Zanim więc wybierzemy ścieżkę na skróty, warto zapytać siebie samych, czy tego chcemy dla naszych dzieci? By rzeczywiście słuchały innych bez poznania intencji czy sensu działania? Czy chcemy, by spełniały życzenia innych ze strachu przed utratą ich akceptacji? By syn sięgnął po narkotyki, bo inaczej wszyscy go wyśmieją i odrzucą? By dorastająca córka poszła na „dowód miłości”, gdy chłopak zaszantażuje ją odejściem?

Czy to znaczy, że dzieci mają robić, co chcą i nie słuchać rodziców? Nie. Jednak to dorosły modeluje zachowania, jakich chciałby nauczyć dzieci. Okazując szacunek – uczy szacunku. Tłumacząc – uczy, że ważne jest zadawanie pytań. Pokazując wartość jakiegoś działania i jego cel – angażuje rozum i wolę dziecka, by chciało słuchać, a nie musiało. Buduje autorytet poprzez budowanie więzi opartej na miłości, zaufaniu, poznawaniu siebie nawzajem, zainwestowanym i spędzonym razem czasie.

Jeśli między rodzicem a dzieckiem istnieje relacja, łatwiej sprawiać, by dzieci słuchały i współpracowały z rodzicami. W dorosłość potem wniosą zdolność budowania takich stosunków z innymi, w których szukamy najlepszych rozwiązań dla każdego, zachowując szacunek dla różnych potrzeb i przekonań – w tym także swoich własnych.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.