Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Szczęście w domku na palach

Stefan Czerniecki
Udostępnij

Nikomu do głowy nie przyszłoby narzekać. To przecież niezwykle udany rok. Tego lata poziom wód nie przekroczył wysokości bali. Jezioro nie zabrało chaty.

Szum jeziora Tonle Sap, największego w całej Kambodży, majaczy się w głowie. Słońce świeci niemiłosiernie. Kto żyw, szuka cienia. Oczywiście, za wyjątkiem stęsknionych słońca białych turystów. Przyjechali tu z zimnej Europy. Dla nich ciepło i promienie niestraszne. Idą więc odważnie po otwartych kambodżańskich podwórkach mieszkańców wioski Phumi Chhma.

Od czasu do czasu przystają, aby zrobić zdjęcie. Czasem też, aby przepuścić mknący po jedynej asfaltowej ulicy wioski, motor. Także ten ciągnący za sobą długi wóz z położonymi nań drewnianymi drzewami. Lepiej się zatrzymać. Kierowca może po prostu nie zdążyć.

Phumi Chhma to wioska nad jeziorem. Wioska złożona z domków na palach. Jak łatwo się domyślić, postawionych, aby ustrzec lokatorów przed powodzią. Do większości domków od głównej ulicy wioski prowadzą niewielkie, chybotliwe mostki. Takie jak ten tutaj.

Pod mostkiem prowadzącym do jednej z chat widać wychudzonego starca. Pieczołowicie struga łódź. Jest tak pochłonięty pracą, że nie zauważa, jak jeden z turystów podchodzi blisko ze swoim zoomem. Chce ukraść tę chwilę dla potomnych.

Dwieście metrów za domkiem na palach widać ciągnącą się zieloną polanę. Nie, przepraszam. To jednak nie polana. To tarasy ryżowe. Z drewnianego mostka widać kilka osób pracujących przy zbiorach ryżu. Bardzo niewdzięczne, siermiężne i wykańczające zajęcie. Ale z czegoś przecież żyć trzeba.

Przez ulicę osady co i rusz przebiega jakiś malec. Bez obaw. Wprawdzie przed kilkoma chwilami przez jezdnię przemknął wspomniany transport drzewa, ale od tamtej pory już cisza. Czasem przejedzie tylko jakiś rowerzysta. Jeszcze rzadziej pojawi się tuk-tuk (hałaśliwy motorek przewożący turystów). Tego ostatniego słychać jednak już na dobre dwie minuty przed tym, jak się pojawi. Mama przebiegającego przez jezdnię malca może zatem dalej spokojnie drzemać. W hamaku rozwieszonym na werandzie jej usytuowanego na bambusowych palach domku.

Przyzwyczajony do okresowych standardów życiowych Europejczyk szybko by mnie poprawił: „Domku? Raczej jego imitacji”. Cóż… Tutaj to domek. Tak go nazywają. Mało tego. Nikomu do głowy nie przyszłoby narzekać. To przecież niezwykle udany rok. Tego lata poziom wód nie przekroczył wysokości bali. Jezioro nie zabrało chaty. Wybudowana przed dziesięcioma miesiącami konstrukcja posłuży przez minimum dwa lata. Jak na tutejsze standardy to i tak wyjątkowo długo.

Ta kambodżańska cykliczność pór deszczowej i suchej zawiera się w pewnego rodzaju paradoksie. Zmienny poziom wód i konieczność umiejętnego współegzystowania z sezonowością pory suchej bądź wilgotnej jest dla tutejszych mieszkańców wybawieniem, ale i przekleństwem zarazem. Wybawieniem, bo dzięki cyklicznym wylewom okoliczne pola rokrocznie dają obfity plon ryżu. Przekleństwem, bo gdyby nie pora deszczowa, te pale nie byłyby konieczne.

Spacer po wiosce Phumi Chhma pozwoli poznać codzienność mieszkańców. Pozwoli choćby rozkoszować się bitwą dwojga maluchów. Biją się o loda na patyku. Mała dziewczynka usiłuje wyrwać starszemu i wyższemu o dwie głowy bratu jego zdobycz. Nie ma szans sięgnąć. Przynajmniej jednak próbuje.

– Powiem mamie, zobaczysz – odgraża się po kolejnej nieudanej próbie.

Zaraz obok inna scenka. Prosto z sielankowej wsi Kambodży. Czterech chłopaków puszcza złożoną z jakiejś kolorowej gazety imitację latawca.

– Teraz ja, teraz ja! – przekrzykują się jeden przez drugiego.
– No, dobrze. Ale uważajcie… Postarajcie się wyrzucić go jak najmocniej w górę – instruuje pozostałych najstarszy z grupy.

To zdecydowanie nieco inny świat od tego pozostawionego w ojczyźnie. Początkowo obawiałem się. Wymuszania jałmużny, kradzieży, niebezpiecznych typków. O ile pierwsza obawa spełnia się w stu procentach, o tyle o pozostałych mogę zapomnieć.

– Halo, halo! Proszę pana! Zapraszamy, zapraszamy! – słyszę kobiecy głos. Dochodzi mnie z mijanej właśnie chaty.
– Ale… Ja nie mogę. Ja się bardzo spieszę – kłamię z braku wyrobionego poczucia asertywności. Tak koniecznego przy tego typu sytuacjach.

W końcu ulegam. Lądując we wnętrzu drewnianej werandy kambodżańskiej chaty. Wietrząca okazję mama prędko daje mi potrzymać malutkie, ledwie kilkumiesięczne dziecko. Czeka na moją reakcję. A ta nie może być przecież inna. Zanim zdążę się zorientować, pod moją piersią zobaczę czarne, zdziwione białym przybyszem oczka słodkiego maleństwa. Trudno pozostać obojętnym. O to chodziło matce dzidziusia.

– Panie… Na zupę dla niego. Dajcie chociaż kilka rieli… – wypala błagalnie.

Tags:
podróże
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail