Aleteia

Roger Moore. Kiedy już umrę, chciałbym, żeby ludzie mówili: „Żył dłużej niż wszyscy nasi znajomi”

Collection Christophel / RnB/EAST NEWS
Udostępnij

Aktor zmarł dziś w Szwajcarii, w wieku 89 lat, „po krótkiej, lecz dzielnej walce z rakiem”, jak poinformowała rodzina.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Czy jest tu ktoś poniżej pięćdziesiątki, kto pamięta kryminalny serial „Święty”? To właśnie rolą Simona Templara, sprawiedliwego złodzieja o nieskazitelnych manierach, okradającego wyłącznie złoczyńców, brytyjski aktor filmowy Roger Moore wkroczył w naszą pop-wyobraźnię. Zmarł dziś w Szwajcarii, w wieku 89 lat, „po krótkiej, lecz dzielnej walce z rakiem”, jak poinformowała rodzina.

Jeśli nie jako „Świętego”, zapamiętamy go na pewno jako Jamesa Bonda z serii filmów o agencie 007. Tę rolę przejął po Seanie Connerym i George’u Lazenbym, i od 1973 do 1985 roku zagrał w siedmiu odsłonach przygód szpiega nie do pokonania. Kreował tę postać z takim wdziękiem i poczuciem humoru, że nie sposób dąsać się dziś na oczywiste archaizmy, fabularne banały i rozmaite nieprawdopodobieństwa tych części serii.

To dziś kino „historyczne” (nie mówiąc już o tym, że kostiumowe…), pokazujące w popularnej manierze czasy zimnej wojny i wytwornych szpiegów, którym uchodzi każda niestosowność, bo – doskonale wychowani w najlepszych brytyjskich uczelniach – wiedzą, jak i kiedy najskuteczniej można łamać konwenanse. Lub łokcie oponentów.

Choć filmowy Bond bywa zaledwie bladym cieniem swojego książkowego pierwowzoru – „prawdziwie męskiego mężczyzny”, który pije na umór, miewa kaca, problemy rozwiązuje siłą, a kobiety traktuje przedmiotowo (najuprzejmiejszy eufemizm, jaki przychodzi mi na myśl) – to przecież niewiele mu brakuje do owego wątpliwego archetypu króla stworzenia, jaki pewnie tu i ówdzie, niczym wirus ospy, drzemie jeszcze w postaci przetrwalnikowej.

Tak, gdyby nie rozbrajający wdzięk Rogera Moore’a, James Bond byłby typem nieznośnym. Sam o tej roli mówił: „Mam zupełnie inną osobowość niż poprzednicy. Nie jestem tym typem zabójcy z zimną krwią. Dlatego gram to głównie dla zabawy”. Bał się także broni palnej – po wypadku z czasów służby w brytyjskiej armii – więc kiedy miał strzelać na planie filmowym, zawsze mrużył oczy. Ten trick przejął podobno po Garym Cooperze. O swoim trzecim małżeństwie mówił natomiast: „W domu mam zawsze ostatnie słowo, brzmi ono «Tak. Tak, kochanie»”.

W 2009 roku wycofał się z grania w filmach, ale parę lat później wystąpił w pilotażowym odcinku nowej wersji przygód „Świętego”. Zapytany w wywiadzie, czy planuje kiedykolwiek przejść na emeryturę, odpowiedział: „Jest takie stare powiedzonko, że aktor idzie na emeryturę, kiedy telefon przestanie dzwonić. Zależy, co będzie w ofercie dla takiego starszawego dżentelmena jak ja. Nie mam zamiaru biegać i uprawiać ćwiczeń akrobatycznych, ale jeśli znajdzie się coś rozsądnego, to bardzo chętnie”. Ostatni film z jego udziałem to „Bajkowe Boże Narodzenie” z 2011 roku, zagrał w nim angielskiego arystokratę, który gości w swoim zamku rodzinę z Ameryki.

 

Rzeczywiście, jego rola w tym filmie nic wspólnego z wizerunkiem superszpiega nie ma. I pewnie nieprzypadkowo finałem jego aktorskiej kariery stała się sympatyczna, familijna komedia z dziecięcym wątkiem.

Bo przecież Roger Moore swoją ogromną popularność wykorzystywał w dobrej sprawie. Kiedy w 1981 roku kręcił w Indiach „Ośmiorniczkę”, swój przedostatni film z bondowskiej serii, przeraziła go skala panującej tam nędzy. To wtedy zaangażował się w działalność UNICEF-u. Jako przyjaciel Audrey Hepburn ogromnie podziwiał jej pracę na rzecz tej organizacji, i w 1991 roku sam został Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Za swoją pracę charytatywną odznaczono go dwukrotnie Orderem Imperium Brytyjskiego, Nagrodą Humanitarną UNICEF-u im. Audrey Hepburn, niemieckim Krzyżem Zasługi za zaangażowanie przeciwko handlowi dziećmi i Nagrodą im. Daga Hammarskjölda, przyznawaną przez ONZ.

Miał wielkie poczucie humoru. O swojej śmierci powiedział kiedyś: „Nie zaplanowałem swojego pogrzebu. Nie jestem Królową. Ucieszyłbym się chyba z konduktu przez Stockwell (dzielnica Londynu). Kiedy już umrę, chciałbym, żeby ludzie mówili «Żył dłużej niż wszyscy nasi znajomi»”.

Wśród wielu słów, jakimi żegnali go dziś przyjaciele aktorzy, wspominając jego ciepło, serdeczność i hojność, warto przytoczyć wypowiedź Ewana McGregora, także ambasadora UNICEF: „Dziękuję ci za to, że przez 26 lat tak niestrudzenie broniłeś praw wszystkich dzieci. Pokazałeś, że wszyscy mamy moc, by zmieniać życie bezbronnych”.