Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Czy Jezus miewał migrenę? Wiara w Boga-człowieka to jest rewolucja

Mężczyzna z brodą patrzy w świat
Udostępnij

Gdyby Jezus urodził się dwa tysiące lat później, nie nosiłby luźnej szaty i długich włosów. Mógłby mieć marynarkę i spodnie w kant albo dres i czapkę z daszkiem, jak mój sąsiad saksofonista.

Pamiętam, jak zbierając materiał do jednej z książek, spisałam historię chłopaka, który chciał się oświadczyć dziewczynie podczas Światowych Dni Młodzieży. Niestety, planów nie zdołał zrealizować, bo romantyczną atmosferę zepsuł mu toi-toi, koło którego przyszło mu nocować razem z ukochaną.

Historia nie trafiła jednak na karty książki, bo kiedy jej bohater dowiedział się o planach publikacji, całkowicie się oburzył. O niedoszłych oświadczynach opowiedział nam ponoć w ramach anegdoty, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby w wywiadzie o duchowym przeżyciu dotknąć tak prozaicznej sfery, jaką jest fizjologia.

Nawet podpisując się jedynie imieniem, nie zgodził się oznajmić czytelnikom, że konieczność dostępu do toalety w różnych miejscach kościelnych wydarzeń jest podczas takiej masowej imprezy niemal tak samo ważna, jak wejściówki na mszę czy komunikanty. I nie sposób udawać, że nie istnieje.

To podejście, które zdarza się nierzadko. Zdaniem wielu – chrześcijanin żyje bowiem idealnie. Jego małżeństwo pozbawione jest konfliktów, a dusza nie zna ciężaru cielesnych potrzeb i pokus. Nie chowa też do nikogo urazy i bez wysiłku wszystkim wybacza. Codzienną wizytę w toalecie zastępuje zaś brewiarzem i myje się myjką uszytą z chmury światła i obłoków.

Stop, proszę się nie obrażać. Ta ironia nie jest po to, żeby kogoś obśmiać czy skrzywdzić. Służyć ma raczej zwróceniu uwagi, jak bardzo takim spojrzeniem spłaszczamy również obraz… własnego Boga.

Bo czy słysząc, że Jezus był (jest) jednocześnie Bogiem i człowiekiem, w którą z tych równych części możemy łatwiej uwierzyć? Że to Bóg – jasne. Nie widzimy Go, a działa, czujemy Jego obecność, modlimy się do Niego, więc jest Bogiem. Prądu przecież też nie widzimy, a działają nam pralki i telewizory.

Ale Bóg w ludzkim ciele – to już zupełnie co innego. Sama mam czasem wrażenie, że nie do końca w to wierzę. Zwłaszcza kiedy doświadczam marności mojej kondycji.

Kiedy – sapiąc wchodzę na siódme piętro schodami, bo zepsuła mi się winda. Kiedy boli mnie ząb albo kiedy mam katar. Kiedy wydaje mi się, że mogę żyć samą pracą, a już w połowie dnia okazuje się, że nie dam rady, bo jestem głodna.

Jezus też bywał głodny albo miał niestrawność, bo (dajmy na to) zjadł zepsutą rybę. Musiał się myć, kiedy się spocił po pełnym pracy dniu i raz na jakiś czas obcinać paznokcie. Mógł się nabawić próchnicy, jeśli by nie dbał o uzębienie, a jego układ wydalniczy funkcjonował dokładnie tak samo jak nasz.

Gdyby zechciał urodzić się dwa tysiące lat później, nie nosiłby w dodatku luźnej szaty i długich włosów (co z naszej perspektywy jednak odbiera mu ten rys codzienności), a mógłby mieć marynarkę i spodnie w kant albo dres i czapkę z daszkiem jak mój sąsiad saksofonista.

Czy to w ogóle można sobie wyobrazić? Czy gdybym poszła do Niego (jak do saksofonisty) fuknąć, żeby przestał trąbić, uwierzyłabym, że w tym wątłym ciele (przepraszam Cię, sąsiedzie) jest ktoś, kto mnie kocha i zbawił? 

Chociaż to niezwykle trudne, warto się o taki trening wyobrażeniowy pokusić. Pomaga, kiedy człowiekowi przytłoczonemu całym złem świata, zaczyna się wydawać, że Bóg wcale go nie kocha. Że jest gdzieś daleko. Że stworzył nas i zapomniał doglądać. Że Jego wejście w cały brud tego świata jest w ogóle niemożliwe (tym bardziej powątpiewa, że już się stało).

Wiara w Boga-Boga – oczywiście – jest ważna. Ale nie wiem, co by z niej zostało, gdyby nie wiara w Boga-człowieka. To właśnie dzięki niej nieco wyraźniej można zobaczyć ogrom Bożej miłości, bo zejście Boga do postaci człowieka jest jak wyjście w zimowy poranek spod kołdry, kiedy wszystko mówi, że lepiej jest jednak się nie ruszać.

Więcej! Jest jak skoczyć spod tej kołdry w przerębel. Z jakiego powodu mielibyśmy coś takiego zrobić? Chyba tylko jeśli w tej lodowatej wodzie tonął ktoś, kogo naprawdę kochamy.

Wiara w Boga w ludzkim ciele pomaga też nabrać więcej empatii do każdego człowieka, ale i na siebie spojrzeć łagodniej.

Dlaczego łagodniej? Żaden ze znanych mi chrześcijan nie ma monopolu na dobre wybory czy wybaczanie bez poczucia krzywdy. To wszystko nie dzieje się dzięki naszej własnej sile, ale załatwia je za nas – jeśli tylko tego chcemy – Jezus. Czyli Bóg-Bóg do tego stopnia, żeby mieć taką siłę. I na tyle Bóg-człowiek, żeby wiedzieć, jak ciężko jest być człowiekiem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail