Aleteia

Biust na wierzchu i supermini. Dylematy pań i… panów?

Shutterstock
Udostępnij

Kobiety często mówią: „To moja sprawa, jak się ubieram, a jego sprawa, co sobie wyobraża”. Czy rzeczywiście tak jest?

Kiedy przychodzi lato i wreszcie wygrzebiemy się spod kurtek i czapek, mamy ochotę wyrazić wakacyjny luz również strojem. I czasem przesadzamy.

Bodźce wzrokowe są dla mężczyzny w sferze seksualnej tym, czym dla kobiety bodźce dotykowe. To oczywiście nie znaczy, że mężczyźni nie są wrażliwi na dotyk ani że na kobiety kompletnie nie działa to, co widzą. Chodzi o to, że dla facetów widok nagiego albo półnagiego kobiecego ciała jest silnym sygnałem pobudzającym. Z tą skłonnością już się urodzili. Tak ich stworzył Pan Bóg.

Jak każda naturalna cecha, również ta może być dobrze lub źle wykorzystana. Dobrze – wtedy, kiedy mąż cieszy się, że żona pięknie wygląda w nowej bieliźnie. Źle – kiedy ogląda pornografię albo patrzy na kobiety jak na trofea. Nawet mężczyzna o złotym sercu, rozmodlony i zakochany, musi się starać panować nad swoim wzrokiem i wyobraźnią. To wszystko prawda, ale nie możemy mówić: „To moja sprawa, jak się ubieram, a jego sprawa, co sobie wyobraża”. Jeśli ubieram się w taki sposób, że skłaniam kogoś do grzechu, to jego grzech jest również moim problemem.

Kiedyś znajomy wrócił z wiosennego spaceru i powiedział: „Widziałem już dziewczynę z gołym brzuchem. No i co ja mam teraz ze sobą zrobić?”. To był oczywiście żart, a kolega nie ma w sobie nic z donżuana, ale chyba dobrze to ujął. Został w pewnym sensie zaatakowany tym gołym brzuchem – skądinąd zapewne zgrabnym i opalonym. Widok był dla niego przyjemny i reakcja organizmu również należała do błogich. Tylko że zaraz przyszła refleksja: „Chwileczkę, TĘ reakcję rezerwuję dla przyszłej żony”. Ludzie mają prawo chodzić ulicą i nie być zmuszani do staczania ze sobą takich walk. Niestety, wielu mężczyzn dzisiaj niczego nie rezerwuje dla żon i ochoczo zerka w dekolty. Ale im również – a może nawet szczególnie – nie należy dawać okazji do złego.

Powiecie pewno, że kusa spódniczka to drobiazg w porównaniu z rozciągniętymi nagimi ciałami na billboardach czy symulowanymi orgazmami w reklamach telewizyjnych. I pewnie będziecie mieli rację. Jednak na reklamy nie mam wpływu, a na swój ubiór – mam.

Powiecie może również, że kanony przyzwoitości i nieprzyzwoitości w kobiecej modzie są różne w różnych miejscach i czasach. To tylko częściowo prawda. Wprawdzie niektóre amazońskie czy afrykańskie plemiona uznają, że kobiecy biust nie wymaga przykrywania, a w Europie bywały czasy, kiedy uważano, że odsłonięte łydki są nieobyczajne. Jednak wyjąwszy skrajne i odosobnione sytuacje, ubranie, które dzisiaj uznajemy w naszej kulturze za dopuszczalne, to zupełne minimum. Mniej już się nie da.

Gdzie leży granica przyzwoitości? Takie rady oczywiście łatwo obśmiać i zarzucić temu, kto je formułuje, że biega z linijką po ulicach i mierzy kobietom spódnice. Tak jest zresztą chyba ze wszystkimi tematami, które dotykają spraw czystości i przyzwoitości. Zaryzykuję jednak. Z własnego doświadczenia (kilkanaście lat i kilka kilogramów temu) wiem, że naprawdę można tego nie wiedzieć. Minimum to: przykrywamy wszystko, co jest między kolanami a dekoltem. Chowamy bieliznę. Powinnyśmy więc nosić spódnice, sukienki i spodnie, które zakrywają uda, i bluzki, które zasłaniają biust.

Są miejsca, w których obyczajny ubiór jest ważniejszy niż gdzie indziej. Takim miejscem jest na przykład kościół. Ten, kto przychodzi na modlitwę, powinien pamiętać, że inni też chcą robić to samo – i nie błyskać bliźnim golizną. Jest jeszcze kwestia szacunku dla miejsca, w którym się znajdujemy, i dla tego, co się dzieje na ołtarzu. Raczej nie rozsiadamy się w głównej nawie z frytkami i keczupem, a więc również nie przychodzimy na mszę w stroju piknikowym ani plażowym. Wykluczone są bluzki na ramiączka i szorty (to akurat również uwaga do panów).

Przy podejmowaniu decyzji dotyczących ubrania warto postawić na delikatność. Jeśli mamy wątpliwość, czy jakieś ubranie nie będzie wulgarne albo wyzywające, lepiej wybrać inne. To buduje w nas szacunek dla samych siebie i – wbrew pozorom – pomaga czuć się swobodnie.