Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Poszłam z Panem Bogiem na kawę”. Niezwykła opowieść o Ani Przybylskiej

ANNA PRZYBYLSKA
EAST NEWS
Udostępnij

Zapamiętamy ją jako policjantkę ze „Złotopolskich”. Ale rolą jej życia było bycie mamą drastycznie przerwane przez chorobę. Nieznane oblicze Przybylskiej przedstawiają autorzy jej biografii „Ania”.

Książka Grzegorza Kubickiego i Macieja Drzewieckiego „Ania” mogłaby zawierać adnotację, że wrażliwsi czytelnicy powinni przerwać lekturę jakieś 50 stron przed końcem. Wszystko dlatego, że z typowej opowieści o americam dream w polskich realiach, bez ostrzeżenia przenoszą akcję (może nie tyle oni, co samo życie) na szpitalne łóżko. A tu nawet najtwardsze serce zaczyna się kruszyć z każdą kolejną linijką. Mimo to, dotrwałam do zakończenia – i chcę Wam o nim napisać, bo to najmocniejszy punkt książki.

 

Marylka ze „Złotopolskich”

„Ania” to pierwsza oficjalna biografia Przybylskiej, aktorki, którą połowa Polski zapamięta z roli Marylki w „Złotopolskich”. Ale zanim zagrała sympatyczną policjantkę, trafiła na plan „Ciemnej strony Wenus” do Radosława Piwowarskiego. Reżyser, który właśnie miał lata świetności, odkrył talent Przybylskiej. Dzięki niemu dziewczyna z Gdyni wypłynęła na szerokie wody.

Z Piwowarskim zresztą połączą ją nie tylko role w kolejnych filmach, ale także nić wyjątkowej sympatii. W jednej z ostatnich sesji zdjęciowych dla „Gali” Przybylska godzi się wystąpić pod jednym warunkiem – tylko z reżyserem u boku. Piwowarski docenił ten gest, był już wtedy, jak sam mówi outsiderem, a ona wyciągnęła do niego rękę.

Pierwsza część książki, opowieść o tym, jak z agencji modelek Przybylska trafia na plan filmowy, a następnie pokazuje się u boku takich gwiazd, jak Cezary Pazura, Olaf Lubaszenko, gra u Bogusława Lindy to dla mnie, jako kogoś, kto nigdy nie był wielkim fanem aktorki, najmniej interesująca część biografii. Co nie zmienia faktu, że jest to książka świetnie udokumentowana, zawierająca wiele cytatów z udzielonych przez Przybylską wywiadów, wypowiedzi rodziny i przyjaciół (szkoda, że zabrakło rozmowy z mężem czy siostrą) i pięknie wydana (masa fotografii).

 

Rodzina najważniejsza

Znacznie ciekawiej jest, kiedy autorzy uchylają rąbka tajemnicy o Przybylskiej prywatnie. Oczywiście, wiedziałam, że była żoną i matką, ale nigdy nie miałam pojęcia, że była niezwykle oddaną rodzinie kobietą, marzącą o dużej gromadce dzieci, cierpiącą z powodu dwóch poronień (jedno w piątym miesiącu ciąży), zawsze stawiającą dzieci i męża na pierwszym miejscu (hen przed wszystkimi mega propozycjami i intratnymi kontraktami).

Nie znaczy to jednak, że Przybylska zamieniła się w kurę domową – a gdzie tam! Owszem, na czas ciąży rezygnowała z grania, ale krótko po porodzie pojawiała się na planie filmowym, często z maleńkim dzieckiem przy piersi. Właściwie tam, gdzie się dało, zabierała ze sobą dzieci, bywało, że maluchy pojawiały się na konferencji prasowej, bo przytulenie się do mamy po prostu nie mogło poczekać.

Umiejętnie łączyła rolę wielkiej gwiazdy z byciem żoną i mamą trójki dzieci. Właściwie, gwiazdą to ona była tylko na planach filmowych (i nielicznych galach, na których się pojawiała). Za progiem domu zamieniała się w pedantkę (anegdotki o jej zamiłowaniu do sprzątania to opowieści na długie godziny), wybitną kucharkę (która taśmowo lepiła pierogi i robiła genialne śledzie w oleju lnianym) i troskliwą, czułą mamę. A także lwicę strzegącą domowego ogniska.

 

Na wojnie z paparazzimi

Przybylska była jedną z pierwszych ofiar tabloidów, która szczególnie mocno doświadczyła ich wścibstwa. Tym mocniej, im bardziej chroniła swoją prywatność, nie pozwalała na fotografowanie dzieci i wystawanie pod ich przedszkolem. Legendą są kłótnie, w jakie zdarzało się jej wdawać z nieszanującymi prywatności dziennikarzami (mające finał nawet na komisariacie policji).

Na szczególne tory wojnę wprowadziła choroba Ani, a apogeum stał się wyścig plotkarskich portali o to, kto pierwszy poda informację o śmierci aktorki. Po takim fake newsie Przybylska odebrała telefon od jednego ze zdziwionych dziennikarzy, przekazując mu „pozdrowienia z zaświatów”. Bo taka była – potrafiła powiedzieć dosadnie, a nawet zakląć jak szewc. A jednocześnie, jak wynika z obficie cytowanych opisów przyjaciół, była niezwykle krucha i delikatna. I bardzo bała się śmierci.

 

Choroba uczy pokory

W jednym z wywiadów wyznała:

„Boję się umierania… Bardzo się boję. Wiem, że śmierć jest nieunikniona, całe życie się z nią oswajamy. Ale może dlatego, że mam rodzinę, nie potrafię pogodzić się z myślą, że ktoś będzie po mnie płakał. Ja umieram i mam święty spokój, ale po mnie zostaje żal matki czy rozpacz dziecka. To jest irracjonalne, ale często myślę o tym, jak bardzo skaleczyłabym swoje dzieci, gdybym przedwcześnie umarła. One już nigdy nie byłyby tymi samymi beztroskimi, pogodnymi dziećmi co teraz. Czuję się wtedy strasznie”.

Mocno zaangażowała się w pomoc chorym, zarejestrowała się w fundacji DKMS jako potencjalny dawca szpiku:

„Człowiek zdrowy nie myśli o chorobach, nie chce zastanawiać się nad nieszczęściem, uważając, że to go nigdy nie dotknie. Ale choroby, niestety, też są dla ludzi. Obcowanie z cierpiącymi, zwłaszcza dziećmi, uczy pokory wobec życia”.

Ania wiedziała, że odchodzi. Podejmowała leczenie, szukała terapii za granicą, ale kiedy kolejne środki nie przynosiły skutku, szykowała się na ostateczność. A jednocześnie, nadal miała nadzieję. Krzysztofowi Jaroszyńskiemu, który pisał dla niej monodram, powiedziała: „Jak tylko wyzdrowieję, będę do Twojej dyspozycji, ale teraz nie. Błagajmy oboje Boga, żeby wszystko było dobrze”.

 

Chciałabym się jeszcze pomęczyć

W ostatnich miesiącach życia zaczęła regularnie chodzić do kościoła. Kiedy nie miała siły, prosiła, by zawieźć ją na wózku. Od elżbietanek z orłowskiego klasztoru uczyła się odmawiania różańca. W domu postawiła krzyż i zdjęcie zmarłego taty, którego prosiła, by jeszcze jej nie zabierał, bo nie jest gotowa.

Spotkała się z zaprzyjaźnionym z rodziną księdzem, wyspowiadała. W jednym z ostatnich wywiadów przyznała, że „poszła z Panem Bogiem na kawę”. Swojej mamie z ulgą wyznała, że Dominik (pierwszy maż, wzięli rozwód), jako wdowiec, będzie mógł wziąć ślub kościelny. Martwiła się, co będzie z jej dziećmi, kiedy umrze. „Pewnie ludzie będą mówili: Przynajmniej się już nie męczy. A wiesz, ja bym chciała się jeszcze pomęczyć, byle tylko żyć…” – wyznała przyjaciółce.

Odeszła cichutko i spokojnie, przy mężu, mamie i siostrze. Krystyna Przybylska tak to wspomina: „Jeszcze wstałam, wzięłam ją za rączkę i szepnęłam: Dziecko nic się nie martw, wszystko będzie dobrze. Już nie odpowiedziała, tylko spod powiek popłynęły jej dwie łzy. Może mnie jeszcze usłyszała?”. Mama Ani po śmierci córki znalazła jej złoty notes, w którym zapisywała wszystkie piękne miejsca w Polsce, których nie widziała, a które chciała pokazać dzieciom. W miarę możliwości zabiera tam wnuki.

G. Kubicki, M. Drzewiecki, Ania, Wydawnictwo Agora 2017

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail