Aleteia

Balet, języki, gra na skrzypcach. Witajcie w koszmarnym świecie korpo-dzieciństwa

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Coraz częściej w debacie publicznej pojawia się hasło „korpo-dzieciństwo”. Według zeszłorocznych badań RDA „Free Time Report” przeciętny mały człowiek spędza na nauce i zajęciach dodatkowych aż 46 godzin tygodniowo.

Rafałek to uczeń, którego pamiętam do dziś. Miał niezwykłe predyspozycje językowe, ale mimo moich szaleńczych starań, na zajęciach z włoskiego nie przyswajał prawie nic. Ten jego bunt przeciwko nauce i wiedzy wynikał z pewnego ważnego powodu. Mimo zaledwie dziesięciu lat na karku i właściwej sobie ochoty do zabawy, w ciągu tygodnia uczęszczał na tyle zajęć, ile ja prawdopodobnie nie zdążyłam uświadczyć w trakcie niemal trzykrotnie dłuższego życia.

Po szkole prywatny szofer rodziców odwoził go na jogę bezpośrednio do domu. Po jodze, w zależności od dnia, były jeszcze: karate, pianino, francuski, skrzypce, taniec klasyczny i towarzyski, pilates i co najmniej trzy godziny odrabiania lekcji ze specjalnymi korepetytorami.

 

Ocalić kawałek dzieciństwa

Kiedy w piątki wieczorem na zajęcia docierałam też ja, znajdowałam ucznia w szafie, wtulonego w stertę pluszowych zabawek. „Proszę, niech pani będzie człowiekiem, nie uczmy się już”, „Czy możemy się dzisiaj pobawić?”. „A może zamiast lekcji opowiem pani, co się dzisiaj działo w szkole”.

O ból serca przyprawiał dylemat, czy sumiennie wywiązywać się z obowiązków, czy uratować małemu człowiekowi kawałek dzieciństwa. Próbowałam łączyć jedno z drugim. Robiliśmy tor przeszkód w garderobie, śpiewaliśmy śmieszne piosenki, rzucaliśmy piłką do kosza i organizowaliśmy zabawkom spektakle – wszystko po włosku.

 

Badania nt. korpo-dzieciństwa

Coraz częściej w debacie publicznej pojawia się hasło „korpo-dzieciństwo”. Według zeszłorocznych badań RDA „Free Time Report” przeciętny mały człowiek spędza na nauce i zajęciach dodatkowych aż 46 godzin tygodniowo (czyli zazwyczaj więcej, niż pracują jego rodzice), zaś na niezaplanowane aktywności ma w ciągu tych samych siedmiu dni zaledwie 1,5 godziny.

I chociaż Rafałek to przykład z pogranicza zjawiska, trudno nie zadać sobie pytania, gdzie leży granica między twórczym dzieciństwem z szansą na rozwój a zwyczajną torturą i odbieraniem najbardziej beztroskich w życiu lat?

Z odpowiedzią na zatrważające wyniki raportu Brytyjczyków pospieszyła agencja SW Research, która na zlecenie platformy edukacyjnej Squla.pl opublikowała we wrześniu 2016 r. badania przeprowadzone w Polsce. Dzieci ankietowanych rodziców należały do trzech grup wiekowych: przedszkolaki (w tym zerówka), klasy 1-3 i 4-6.

 

Prace domowe są bezużyteczne?

Według nich tylko 15% dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym nie ma zadawanych prac domowych, a odrabiają je średnio przez 2 godziny dziennie. Gdy dzieci rozpoczynają naukę w szkole, już 98% z nich ma zadawane prace domowe – 9% spędza nad nimi więcej niż 3 godziny dziennie. W starszych klasach podstawówki wszystkie dzieci mają zadawane prace domowe, a aż 15% z nich spędza od 3 do 4 godzin dziennie na ich odrabianiu.

Im starsze dziecko, tym częściej jego rodzic uważa, że nauczyciele zadają za dużo prac domowych. Wśród rodziców z dziećmi w starszych klasach podstawówki 54% z nich zgadza się z tym stwierdzeniem. 30% badanych sądzi wręcz, że prace domowe obecnie zadawane są bezużyteczne.

Mimo negatywnego do nich stosunku, rodzice chętnie wysyłają pociechy na zajęcia pozaszkolne. Średnio aż 79% z nich spędza na dodatkowych lekcjach od 3 do 8 godzin tygodniowo.

Jeśli jednak znajdzie się czas, dzieci – zdaniem rodziców – w 73% wybierają zabawę z rówieśnikami na świeżym powietrzu. Dopiero na drugim miejscu w ich hierarchii znajduje się komputer, który i tak, wedle ankietowanych, służy głównie do nauki.

 

Po co dziecku zwykła zabawa

Co jest jednak złego w tym – powie ktoś – że chcemy, by nasze dzieci się rozwijały? Że dajemy im szansę doświadczyć tego, czego sami nie mogliśmy doświadczyć?

Aby odpowiedzieć, wystarczy sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby rodzice Rafałka z dnia na dzień stracili płynność finansową. Jak zareagowałby ich przyzwyczajony do ciągłej aktywności i spełniania oczekiwań syn, gdyby nagle zyskał po szkole siedem godzin wolnego czasu, z którym mógłby zrobić, co tylko by chciał?

Po kilku (albo już kilkunastu) latach życia w ciągłym biegu prawdopodobnie wciąż nie wiedziałby, kim jest. Bo skąd miałby wiedzieć? Rodzicom wydawałoby się pewnie, że dali mu wszystko, co mogło mu pomóc dowiedzieć się, co sprawia mu radość. Tymczasem potraktowali go jak „przedłużenie ich samych”. Nie dali mu pola do odnalezienia tożsamości. Nie dali mu też szansy na zapoznanie się z życiem, jakiego będzie doświadczał w przyszłości.

 

Nie wychowuj pracoholika

Dlaczego? Psychologowie biją na alarm. Czas wolny, zabawy zorganizowane samodzielnie (nie pod okiem dorosłego instruktora) to szalenie istotny moment w procesie dziecięcego rozwoju.

Podczas zabawy z rówieśnikami dziecko odkrywa, jak funkcjonują relacje międzyludzkie. Tworzy z innymi własny świat, oparty na swoich regułach, co sprzyja rozwijaniu twórczości i wyobraźni. Uczy się przestrzegać norm społecznych i rozwija zdolności komunikacyjne. Co ważne – nie jest wówczas zależne wyłącznie od woli dorosłych, którzy programują jego świat tak, żeby był wolny od konfliktów i naturalnych życiowych trudności.

Dorosły już Rafał – bez takich swobodnych doświadczeń – powieli schematy z dzieciństwa. Niewykluczone, że stanie się pracoholikiem, bo za każdym razem, gdy będzie miał czas wolny, doświadczy poczucia winy. Latami będzie też leczył się z perfekcjonizmu, bo naznaczony nadzwyczajnymi wymaganiami rodziców, nigdy nie będzie z siebie zadowolony. Takiego człowieka bardzo łatwo będzie zmanipulować i wrzucić w ramy bezlitosnej korporacji.

Szczęśliwe dziecko, szczęśliwy dorosły

Rafałek, który będzie miał czas na zabawę, wyrośnie na zaradnego i pewnego siebie mężczyznę. Z trudnościami społecznymi spotka się już w dzieciństwie i wypracuje metody, jak sobie z nimi radzić. Jego poczucia własnej wartości nie będą warunkowały kolejne zadania z listy „do wykonania”.

Będzie też potrafił mądrze odpoczywać i myśleć poza schematami (bo właściwych odpowiedzi nie wpoją mu z miejsca dorośli). Nie będzie biegł przed siebie bez celu niczym chomik na kołowrotku, a jest duża szansa, że będzie cieszył się życiem. Nie będzie wprawdzie grał na skrzypcach ani mówił po holendersku. Ale czy to naprawdę aż tak wielka cena za szczęśliwe i spełnione dziecko?

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail