Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak „wyznawcy” końca świata radzili sobie, gdy ten nie nadchodził?

pixabay.com
Udostępnij

„Koniec świata” jako najdziwniejsze święto w kalendarzu – nie dość, że ruchome to nigdy nie wiadomo, ile razy i kiedy w danym roku wystąpi. Jak więc radzili sobie z tym ludzie, którzy „przeżyli” koniec świata?

„Ten uczuć, gdy czekałeś na koniec świata, a on nie nadszedł”.

Mr Bean Wtf GIF - Find & Share on GIPHY

 

Główny propagator jednej z głośniejszych w ostatnich tygodniach przepowiedni dotyczącej „końca świata”, David Meade, po niefortunnym dla niego, a szczęśliwym dla ludzkości 23 września przyznał się do pomyłki w obliczeniach i ogłosił, że koniec dziejów nadejdzie jednak 15 października. Tyle że gdy piszę te słowa mamy noc z 21 na 22 października, a „końca nie widać”.

Nie żebym miał pretensje, ale ci, którzy z różnych względów zawierzyli Meadowi, mogą się dziś czuć niezręcznie. Podobnie jak np. ci, którzy 5 lat temu, w ostatnim dniu kalendarza Majów, przegrali cały swój dobytek w Vegas, czy też ozdobili swe twarze wymyślnymi tatuażami. Zachodnie, a szczególnie amerykańskie media, pełne były wówczas tego rodzaju doniesień.

Jak więc poradzić sobie z całkowitą kompromitacją idei, w którą zawierzyło się całym swoim życiem? Historia dostarcza skazanym na to nieszczęśnikom kilku porad. Dobrym przykładem pozostają tu wydarzenia sprzed równych 173 lat. Na tamten dzień koniec świata zapowiedział niezwykle popularny w XIX-wiecznej Ameryce Północnej baptystyczny kaznodzieja William Miller (no dobra, tak naprawdę nie on, ale „proroctwo” to jest mu, jako liderowi ruchu, powszechnie przypisywane). Wszystko w oparciu o słowa Pisma Świętego z Księgi Daniela, mówiące o oczyszczeniu świątyni.

W początku lat 40′ ówczesnego stulecia zawierzyło Millerowi przeszło 100 tys. osób, a millerystyczne broszury rozeszły się w nakładzie 6 mln egzemplarzy (dla przypomnienia – całkowita populacja USA liczyła w tamtym okresie ok. 17 mln osób, Kanady – ok. 3 mln). Nie dziwi więc, że 22 października 1844 r. przeszedł do historii jako dzień Wielkiego Rozczarowania. Było to jednocześnie pierwsze tego rodzaju wydarzenie, które zostało szczegółowo, w sposób naukowy, opisane przez psychologów. A jak poradzili sobie z rozczarowaniem oczekujący na powtórne przyjście Pana wierni? Poniżej kilka przyjętych przez nich wariantów postępowania:

Po pierwsze – niektórzy z nich zareagowali wobec millerystycznych zborów agresją. Spalono i zdemolowano kilka baptystycznych świątyń, a w Toronto doszło nawet do wysmarowania gorącą smołą i obtoczenia w pierzu członków tamtejszej wspólnoty.

Po drugie – wielu czołowych millerystów złożyło samokrytykę, przyznając się do błędu w obliczeniach. Mamiąc więc dalej swych wyznawców, wyznaczali oni kolejne daty końca świata, najczęściej na kwiecień, lipiec czy październik 1845 r. Ich rozczarowani sympatycy często zaczynali negować rzeczywistość duchową w całości.

Po trzecie – wielu spośród sympatyków Millera, kontynuując zgłębianie Pisma Świętego w poszukiwaniu wskazówek co do dnia paruzji, stanęło u początku nowych wspólnot wyznaniowych, w tym największego ze współczesnych ruchów adwentystycznych Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, ale również Badaczy Pisma Świętego czy Świadków Jehowy.

Po czwarte wreszcie – niektórzy spośród millerystów, zainteresowani pod wpływem „proroka” życiem duchowym i Pismem Świętym, rozpoczynali wreszcie życie gorliwych chrześcijan.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail