Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Św. Turybiusz de Mogrovejo wybrał wierność Jezusowi, nie ideałom swoich czasów [Wszyscy Świetni]

ŚWIĘTY TURYBIUSZ DE MOGROVEJO
Udostępnij

Święty Turybiusz został świętym (a nie wicekrólem), bo potraktował Jezusa nie jak szwedzki stół, z którego wybiera ulubione smaki, potraktował Go poważnie.

Chrystus jest prawdą, nie zwyczajem. – św. Turybiusz de Mogrovejo

 

Gdy ktoś jest prawdziwym, a nie malowanym (albo wyłącznie nominowanym) pasterzem, nie może odpowiedzieć inaczej, gdy słyszy jak jego podwładni (księża i świeccy) usprawiedliwiają nieludzkie traktowanie bliźnich, mówiąc: „Cóż, tak to już jest, taki jest zwyczaj”.

Święty arcybiskup Turybiusz to jeden z tych (wcale nie tak licznych) katolików (i w ogóle – przybyszów z Europy), dzięki którym możemy jeszcze patrzeć w oczy potomkom rdzennych amerykańskich plemion. Które przez konkwistadorów traktowane były tak, jak dziś przez niektórych (niestety, również chrześcijan) traktowane są zwierzęta: jako narzędzie do pomnażania swojej siły i bogactwa, którym można rozporządzać jak rzeczą, bezkarnie zabić, karmić się świadomością swojej nad nimi wyższości.

Prawnik i szlachcic

Turybiusz (Toribio Alfonso de Mogrovejo), urodzony w 1538 r., z wykształcenia był prawnikiem (i to nie najgorszym, był profesorem prawa w Salamance i Oviedo). Pochodził z zamożnej, szlacheckiej rodziny. Z ludzkiego punktu widzenia walka o prawa ludzi z definicji przegranych nie była mu potrzebna po nic.

Mógł spokojnie dołączyć do licznej rzeszy tych swoich braci i sióstr, którzy lali krokodyle łzy wzruszenia podczas religijnych uroczystości, dawali sute ofiary na Kościół i obwieszali się z każdej strony krzyżami, finansując swój katolicki dobrobyt i bezpieczeństwo z krwi i rozbojów dokonywanych w imię Boga i Króla na amerykańskich Indianach.

Nie brakowało wówczas (oj, nie) takich, którzy wyjaśniali, że wiadomo: Jezus żył tych paręnaście wieków temu i nie znał dzisiejszych realiów, a w tych czasach krzyż musi sprzymierzyć się z mieczem, z władzą, z majątkiem. Tu i ówdzie trzeba iść na życiowy kompromis z „idealistycznym” przesłaniem Jezusa, zgodzić się, że ofiary muszą być. Ewangelia Ewangelią, ale eksterminować i wykorzystywać Indian można i trzeba, bo co poradzisz: „Tak się utarło, nie da się inaczej, taki jest przecież tu zwyczaj”.

Chrześcijaństwo i ryzyko

Dziś też mamy pod bokiem wielu takich, dla których chrześcijaństwo to rodzaj kulturowej, sentymentalnej nakładki na ich prywatne przyzwyczajenia, biznesy, polityki. Członkostwo w szacownym klubie, którego głównym celem jest obrona własnego stanu posiadania. Wydeptują posadzki kościołów, obsypują biskupów komplementami, walczą o wpisywanie, gdzie się da „wartości chrześcijańskich” i wzywają do rechrystianizacji kontynentu.

Gdy przychodzi jednak do konkretów, do miejsca, w którym wierność Ewangelii przestaje być dbaniem o mój własny komfort i bezpieczeństwo, gdy pojawia się – nieodłączne od niej – ryzyko, wtedy nagle okazuje się, że są rzeczy ważniejsze od wyraźnych, dobitnych poleceń Jezusa, nakazujących karmić głodnych, przyjmować obcych, odwiedzać więźniów, bez żadnych warunków wstępnych i dokonywania ocen.

Znów mamy to samo, co w czasach świętego Turybiusza: Ewangelia Ewangelią, ale jest jeszcze przecież zwyczaj, zdrowy rozsądek, racja stanu, cywilizacyjne zagrożenie, „ordo caritatis” itd. itp. etc.

Nauczyć się nowego świata

Święty Turybiusz został świętym (a nie wicekrólem), bo potraktował Jezusa nie jak szwedzki stół, z którego wybiera ulubione smaki, potraktował Go poważnie. Gdy – wbrew jego woli, przy jego stanowczych sprzeciwach – papież na wniosek króla mianował go (wówczas jeszcze świeckiego człowieka) arcybiskupem Limy i prymasem Peru, Turybiusz po przybyciu na miejsce (już jako ekspresowo wyświęcony ksiądz i biskup), zaczął od tego, że do pracy ruszył na piechotę, nauczając po drodze spotkanych ludzi, chrzcząc ich (to on ochrzcił podobno m.in. świętą Różę z Limy i świętego Marcina de Porres), poznając ich problemy.

Piesze wizytacje diecezji stały się w ogóle znakiem rozpoznawczym arcybiskupa. W czasie swoich rządów przeszedł sam, bez żadnego orszaku, tysiące kilometrów, wielokrotnie zapadając na tropikalne gorączki. Wiedział, że w kontaktach z ludźmi mówiącymi (i myślącymi) inaczej nie wystarczy głośniej mówić „po swojemu”, żeby się dogadać, trzeba nauczyć się ich świata.

Postępował tak, jak później choćby nasza rodaczka, święta Urszula Ledóchowska, która jadąc do pracy w kolejnych krajach, nie oczekiwała, że wszyscy nauczą się pięknego i dumnego języka Mickiewicza (albo chociaż kościelnej łaciny), a sama pilnie, miesiącami, uczyła się najpierw języka ludzi, wśród których miała żyć i działać. Turybiusz nauczył się czterech języków miejscowych indiańskich narodów, oficjalny katechizm wydany z jego inicjatywy był trójjęzyczny: po hiszpańsku i w językach Quechua i Aymara.

Zmarł podczas wizytacji duszpasterskiej

Był niestrudzonym organizatorem diecezjalnych synodów, próbując wciągnąć jak największą część duchowieństwa i kolonizatorów w poczucie, że nie przyjechali tu zużywać tę część świata, że Bóg nie pozwolił im wygrać tego całego złota, ziemi, ludzi w Lotto. Przypominał, że wszystko to nadal należy do Boga, a zadaniem Bożego Kościoła jest – czy będzie się to politykom albo biznesmenom podobało czy nie – widzieć obraz Stwórcy w dokładnie każdym człowieku.

Księżom robiącym (najczęściej nieludzkie) biznesy na konkwiście zapowiadał ekskomunikę. Nie może specjalnie dziwić, że krytyków miał co nie miara, a donosy na niego szły do Hiszpanii i papieża tonami. Zmarł w biegu, podczas kolejnej wizytacji duszpasterskiej, w marcu 1606 r. Beatyfikowano go w 1679., kanonizowano w 1726.

Żył zgodnie z logiką Królestwa

Kolejny święty, który wiedział, że nie jest studolarówką (czy jakiekolwiek nominały były wtedy w obiegu), że nie musi podobać się wszystkim. Wiedział – bo przecież stoi to jak wół w Ewangelii – że skoro żyjemy w epoce Nowego Testamentu, to już wcale nie (jak było w Starym) dobrobyt, władza, pokój i bezpieczeństwo są znakiem, że jest się blisko Boga (proszę zobaczyć, jaki to dobrobyt, władzę, pokój i bezpieczeństwo miał podczas pobytu na świecie Boży Syn).

Turybiusz wybrał wierność Jezusowi, nie ideałom swoich czasów i dlatego to on dziś jest święty, a o setkach i tysiącach podobnych mu urodzeniem, wykształceniem, pozycją społeczną arystokratów, prawników, duchownych – historia zapomniała zaraz po tym, jak zeszli z tego świata.

Prawda potwierdzająca się od dwóch tysięcy lat (również dziś w życiu naszych uczonych, pisarzy, showmanów, polityków, biznesmenów, gospodyń domowych, robotników, studentów): gdy bierzesz ślub ze swoją epoką – niechybnie umrzesz wraz z nią.

Życie czeka tych, co umieją już dziś, w naszych ziemskich realiach, żyć zgodnie z logiką Królestwa, które jest poza czasem. Dziś cały świat może pukać się w czoło, patrząc na wybory, których dokonujemy. Spokojnie: za jakiś czas będzie lamentować, dlaczego nie wystarczyło mu odwagi, by – gdy była na to pora – dokonywać innych.

Jest to tekst Szymona Hołowni z cyklu realizowanego dla Aletei, zatytułowanego: Wszyscy Świetni – Wszyscy Święci. Codziennie (zapraszamy na profil FB). Więcej nieoczywistych historii świętych znajdziesz w książce „Święci pierwszego kontaktu”. 

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail