Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Ronaldinho. Dar, który dostał od Boga

RONALDINHO
AFP/EAST NEWS
Udostępnij

Jak udaje się Panu wykonywać te wszystkie dryblingi, zwody, akcje, podania? – pewien dziennikarz zapytał kiedyś Ronaldo Assis Morreirę – Ronaldinho. – Wychodzą mi naturalnie – odpowiedział piłkarz, rozbrajając rozmówcę swoim słynnym, pełnym uroku uśmiechem.

Ronaldinho – zakochany w futbolu

Bo Ronaldinho taki już jest – szczery, bezpośredni, ale przede wszystkim zakochany w futbolu. Kilka dni temu zakończył oficjalnie karierę, choć od kilku lat nie kopał już zawodowo w piłkę. Wybrał grę z przyjaciółmi, mecze benefisowe, objazdy po całym świecie, gdzie prezentował paletę technicznych umiejętności.

Uwielbia w gronie bliskich osób wybrać się na halę, by tam czarować dryblingiem, uwodzić techniką, zaskakiwać błyskotliwością podań. Dinho, jak nazywają go kibice, cieszy się grą w piłkę niczym małe dziecko. Wielkie pieniądze, kampanie reklamowe, uwielbienie tłumów – to wszystko spłynęło po nim, jak po kaczce. Oczywiście, cieszył się z wysokich zarobków i sympatii fanów, ale jeśli o którymkolwiek z piłkarzy można powiedzieć, że zasobny portfel i popularność zbytnio go nie zmieniły, to właśnie o nim – o Ronaldo Assis Morreirze, znanym szerzej jako Ronaldinho Gaucho.

 

Ronaldinho i dar od Boga

3 grudnia 2003 roku. Stadion Barcelony eksploduje radością dziesiątek tysięcy kibiców. Słynny Camp Nou niemal wybucha i rozpada się na drobne kawałki, wszak ryk fanów legendarnej Blaugrany przekracza wszelkie bariery dźwięku. Mieszczące się na górze Tibidado Obserwatorium Fabra odnotuje w tym właśnie momencie ruch sejsmiczny. Nie doszło jednak do żadnego trzęsienia ziemi. To Ronaldinho strzelił swojego pierwszego gola dla Barcelony w meczu z Sevillą.

Ale życie czarnoskórego brazylijskiego czarodzieja futbolu nie było wcześniej tak szczęśliwe, jak Camp Nou tamtego dnia. Nie chodzi nawet o biedę, jaka przez kilka lat jego życia trapiła rodzinny dom, lecz o traumę, jaką stała się dla małego Ronaldo śmierć ojca – Joao da Silva Moreiry.

Ten zakochany w futbolu robotnik z Porto Alegre zaszczepił w małym Ronaldinho miłość do futbolu. I choć najstarszy z rodzeństwa Dinho, Roberto, znacznie wcześniej zaczął odnosić sukcesy, Joao zawsze powtarzał: jestem dumny z wielkiego talentu pierworodnego syna, lecz to Ronaldo będzie w przyszłości wielkim piłkarzem!

 

Śmierć ojca i ręce wzniesione ku niebu

Słowa ojca okazały się prorocze. Roberto faktycznie nie zrobił wielkiej kariery, nieustannie trapiły go kontuzje. Za to Ronaldinho podbił serca kibiców na całym świecie. Joao okazał się także pierwszym nauczycielem piłkarskiego rzemiosła dla małego Ronaldo. „Kiedy byłem mały, dryblowanie sprawiło mi wielką radość – opowiada piłkarz w biografii autorstwa Luci Caioli – czasem, chociaż mogłem strzelić gola, dalej dryblowałem. Mogłem tak spędzać całe popołudnia. Kiedy szedłem grać z przyjaciółmi, ojciec, który zawsze bardzo poważnie ze mną rozmawiał, powiedział, że nie powinienem tyle dryblować. Zabronił mi mieć więcej niż dwa kontakty z piłką. Bardzo dobrze zapamiętałem tamtą lekcję: głównym celem jest strzelanie goli”.

Zapewne także religijność, jaką wyniósł z rodzinnego domu, sprawiła, iż źródła swojego wielkiego piłkarskiego talentu Ronaldinho nie szukał jedynie w ilości potu wylanego na treningu, lecz w Bogu. Nie miał wątpliwości, że niezwykła umiejętność gry w piłkę to Jego dar.

Mocno związany z ojcem Ronaldinho bardzo przeżył śmierć Joao. Zmarł w 19. rocznicę ślubu. Pokonał go zawał serca. Od tego momentu Ronnie po każdym strzelonym golu będzie wznosił ręce ku niebu. Bo Joao tam przecież jest, patrzy na niego i przypomina kochającemu drybling piłkarzowi: „Głównym celem jest strzelanie goli”.

 

Życie w rytmie samby

21 czerwca 2002 roku, japońska Shizuoka. Ten słoneczny dzień w Kraju Kwitnącej Wiśni okazuje się szczęśliwy jedynie dla niektórych – piłkarzy oraz kibiców reprezentacji Brazylii. W ćwierćfinale mistrzostw świata Canarinhos wyeliminowali bowiem Anglików. Szczególny zachwyt fanatycznych fanów Brazylii wzbudził Ronalidnho. Pomocnik uderzył z 30 metrów, wrzucając piłkę pod poprzeczkę bramki słynnego bramkarza Lwów Albionu, Davida Seamana. Golkiper będzie po tym meczu zanosił się płaczem, pocieszany przez kolegów z reprezentacji.

To, co zrobił w tym meczu Ronaldinho, zakrawało niemal na cud. Jak się okazało, wcale nie jedyny w karierze Brazylijczyka. Ronnie zachowywał się bowiem na boisku tak, jak gdyby usilnie pragnął łamać wszelkie zasady fizyki. Ze przyklejonym do twarzy uroczym uśmiechem, obnażającym odstające z przodu zęby, zawstydzał największych obrońców. Wystarczyło, że otrzymywał piłkę, a potrafił ją przyjąć i odegrać w taki sposób, że kibice wprost szaleli ze szczęścia.

Dinho bawił się na boisku. On nie rozgrywał meczów, ale tańczył w rytmie samby. Nie biegał po boisku, lecz surfował. Po golach pozdrawiał kibiców wyciągając kciuk oraz mały palec dłoni. To słynne aloha – gest wykonywany właśnie przez łowców morskich fal. Wielkie pieniądze, kampanie reklamowe Nike czy Pepsi nie robiły na nim wrażenia. Co więcej, w grze w piłkę indywidualne statystyki nie odgrywały dla niego najważniejszej roli. Liczyła się… zabawa! Gdy w 2005 roku wygrał z FC Barceloną mistrzostwo Hiszpanii, pytany o podsumowanie sezonu, w którym strzelił mniej goli niż w poprzednim, odparł: „Dobrze się bawiłem, bo wygrywaliśmy!”.

 

Przede wszystkim radość

Ronaldinho czerpał z piłki pełnymi garściami. Być może dlatego daleko mu było do takich współczesnych cyborgów futbolu jak Cristiano Ronaldo czy Robert Lewandowski – stuprocentowych profesjonalistów, którzy pierwsi wchodzą do siłowni na trening i ostatni z niej wychodzą.

Dinho bywał na dyskotekach, nie dbał o dietę, chętniej odpowiadał w drużynie za dobrą, rozrywkową atmosferę niż nauczyciela młodszych piłkarzy, choć sam Leo Messi niezwykle chwalił sobie współpracę z nim. Przerośnięte ego, jeśli takie w ogóle miał, nikomu nie dawało się we znaki, podobnie jak układ nerwowy, którego wydawał się być pozbawiony. Śmiał się nieustannie, a przyznanie, że jakiś młodzik będzie w przyszłości lepszy od niego, nie przysparzało mu większego problemu.

Ronaldinho nie grał w piłkę dla sławy, pieniędzy czy splendoru towarzyszącego wielkim sukcesom. Choć to wszystko z pewnością było dla niego ważne. Najbardziej jednak nakręcała go dobra zabawa. Czyli to, czego w dzisiejszym – pełnym schematów i wyrachowania – futbolu tak bardzo brakuje.

Słynny pomocnik Deco, który grał z Ronaldinho w FC Barcelonie, widzący, jak fetowany jest Brazylijczyk na piłkarskich salonach, stwierdził: „Nagrody nie zmieniły go. Pozostał sobą, wciąż się uśmiecha”. Te dwa zdania to najlepsze, co można powiedzieć o wielkim Dinho.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail