Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Potencjał różnic, czyli jak nie oszaleć z kimś innym niż ja

MIŁOŚĆ
Brooke Cagle/Unsplash | CC0
Udostępnij
Komentuj

Jak wykorzystać potencjał różnic i po czym poznać, że zniszczą związek.

Drodzy Czytelnicy! Ślub to dla wielu wymarzony i wyczekany moment, określany jako ten najważniejszy w życiu. Chcemy, wraz ze specjalistami i naszymi autorami, pomóc Wam przygotować się do Waszej wspólnej małżeńskiej drogi.

Publikujemy teksty w ramach „Aleteiowego kursu przedmałżeńskiego”. Nie wystawiamy zaświadczenia :), ale mamy nadzieję, że nasze teksty pomogą Wam „żyć bardziej” już teraz, u progu Waszego wspólnego życia, a także po „sakramentalnym TAK”! Korzystajcie, przekazujcie dalej, a przede wszystkim – kochajcie się mocno!  

 

Różnica charakterów

„Różnica charakterów” – to statystycznie najczęściej używany eufemizm, by podać przyczynę rozwodu. W praktyce oznacza takie przeżywanie odmienności drugiego, że porozumienie przestaje być w ogóle możliwe. To albo niekończące się awantury, albo przerywane złośliwościami milczenie, które dom zamienia w grobowiec.

Czy zatem szukając partnera na całe życie, powinniśmy znaleźć kogoś jak najbardziej podobnego do siebie? Czy o to chodzi i czy to w ogóle możliwe?

Różnice są mało ważne, gdy jesteśmy zakochani. Trochę z powodu idealizacji. One powodują, że generalnie widzimy to, co dla nas wspólne, dużo słabiej zaś chropowatości. „Uwspólniamy” też zainteresowania: on idzie z nią na zakupy ciuchowe, które trwają sześć godzin, ona dla niego spędza wieczór na trybunach trzeciej ligi. Jeśli różnice widać, to tylko takie, które podsycają wzajemne przyciąganie.

 

Proza życia

Po ślubie, gdy emocjonalny high już trochę opadnie i zderzymy się z prozą życia, po pierwsze odzyskujemy widzenie faktu, że druga osoba jest od nas różna, a po drugie – zaczyna nas to irytować. Jako ludzie nosimy w sobie taki automat, który mówi nam, że dobre jest tylko to, co znane. Przekładając na nasz język: robić coś dobrze – to znaczy robić to po mojemu.

Męski świat wydaje się kompletnie nie przystawać do kobiecych złożoności. Na przykład on lubi milczeć, a ona lubi opowiadać, bo wtedy układa sobie w głowie. Ona nie rozumie, jak można myśleć o niczym i to aż trzydzieści razy dziennie. On nie pojmuje, gdzie jest ten guziczek, który wyłącza jej słowa, żeby ona mogła przejść choć trzy razy dziennie w jakiś stand-by i dać mu czas bez trudnych pytań.

Dla niej świat to milion szczegółów, dla niego spokój globalnej wizji. Dla niego „kocham cię” oznacza wstawanie do pracy rano, nawet jak mu się nie chce, a dla niej kwiaty, koniecznie cięte – inaczej ona jest cięta i myśli o nim, że już mu na niej nie zależy.

 

Dwa domy w jednym

Ale przecież różnice płci to tylko mały element w całej konstelacji różnic. Gdy ona po ślubie od męża flegmatyka będzie oczekiwać nagłych zwrotów akcji i spontanicznych wycieczek do Paryża, to nie doczeka się ich nigdy. Gdy on chciałby, żeby choleryczna żona najpierw czytała instrukcję, a potem używała robota kuchennego – to także zostanie zawiedziony.

On i ona wnoszą do swojego domu także swoje własne domy. Po przekroczeniu progu przez nowożeńców ich wspólny dom jest pełen „duchów”: głosów rodziców każdego z nich, wzorców, w jakich zostali wychowani, tradycji spędzania świąt, robienia porządków czy planowania wydatków.

Ponieważ różnice w małżeństwie spotkamy na każdym kroku, największym kapitałem, jaki możemy wnieść w posagu, to nasz stosunek do nich. Albo staną się kulą u nogi, którą podamy potem w sądzie jako przyczynę rozpadu związku, albo jego najlepszym cementem. Synergia to suma naszych różnych kompetencji, nasz atut jako pary.

 

Szacunek dla inności

Wygrana relacja to ta, w której różnice otacza się wielkim szacunkiem i wtedy stają się źródłem zachwytu, miejscem na humor, a także na długie rozmowy, by zrozumieć świat drugiego i zaakceptować go. Są też okazją, by wypracować „trzecie rozwiązanie” – takie, które ochroni nas oboje i dobro naszej relacji. Ono z kolei wymaga poszukania czegoś, co wychodzi poza utarte koleiny „mojej racji” i „twojej racji”.

Sferą, w której różnice rzeczywiście mogą być źródłem cierpienia w małżeństwie, są wartości. Przed ślubem naprawdę trzeba zrobić dobry ich audyt, ponieważ różne zainteresowania czy różny sposób smarowania masła na kromce raczej nas nie zniszczy, a rozjazd wartości – może.

Wartości określają, co dla mnie jest ok, a co nie jest ok – i to w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Dla jakiej wartości poświęciłbym życie? Bez jakiej wartości nie będę funkcjonować dobrze w codzienności? Jeśli u niego na szczycie hierarchii znajdzie się kariera, a dla niej rodzina, to życie każdego z nich będzie toczyć się na innej planecie.

Ale jeśli są w stanie w hierarchii – i to na w miarę podobnych szczeblach – umieścić wspólne wartości, na przykład „prawdomówność”, „uczciwość”, „szacunek”, „relacje”, „wiara” – to tym bardziej wzrastają szanse na to, że znajdą porozumienie nawet w różnych sposobach realizowania tych wartości. Jeśli więc dla niego „wiara” – to niedzielna msza i krótka modlitwa codzienna, a dla niej – godzinna medytacja nad Pismem Świętym o stałej porze rano, łatwiej będzie się im otworzyć na różnice niż wtedy, gdy on jest wierzący, a ona nie znosi nawet wzmianki o religii.

 

Jakie macie potrzeby?

Za kompromisy w dziedzinie wartości płacimy potem w związku słono. Zakochanie, zwłaszcza przy dużych emocjonalnych deficytach wyniesionych z własnego domu, może eliminować różnice, które są oczywiste dla otoczenia – gdy znajomi i rodzina mówią: „ten związek nie zagra”, a osoba w nim tkwiąca jest przekonana, że wygrała los na loterii. Jej deklaracja, że „w czasie wolnym najchętniej czytam Kanta” może w emocjonalnym zauroczeniu zlać się w synonim z jego zupełnie odmiennym pomysłem na hobby, jak na przykład „w czasie wolnym myślę, jak zrobić jakiś kant”.

To właśnie jest sfera, gdzie „Kant” i „kant” ostatecznie się nie zejdą. Jeśli moje potrzeby w dziedzinie fundamentalnych wartości nie są zaspokojone – frustracja z czasem stanie się nie do uniesienia, zwłaszcza wtedy, gdy zabraknie emocjonalnej „nagrody”, jaką daje zakochanie. Codzienne życie z kimś, kto na przykład za główną wartość w życiu uważa ryzyko, będzie piekłem, jeśli dla mnie jest nią bezpieczeństwo naszej rodziny.

Gdy myślę o wyzwaniach stojących przed ludźmi szukającymi dzisiaj „drugiej połówki” i to na całe życie, przychodzą mi do głowy dwie rzeczy: pierwsza, drugie połówki nie istnieją, bo drugi człowiek jest zawsze oddzielnym bytem i to bardzo różnym ode mnie, a nie częścią mnie. Druga: szukaj tam, gdzie są Twoje wartości. Jeśli masz serce idealistki, szukaj na wolontariacie w hospicjum dla dzieci, a nie w pubie na mieście. Jeśli nawet pierwsza rozmowa przy barze się sklei, codzienne życie być może już nie będzie łatwe do posklejania…

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail