Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

15 twarzy Jezusa. Nie przejdziesz obok nich obojętnie

NAMALOWANA DROGA KRZYŻOWA
mal. Maria Bieńkowska–Kopczyńska
Udostępnij

Przez wiele lat była ateistką, nawrócenie ją samą zaskoczyło. Po kilku latach od tego przełomu stworzyła wyjątkową drogę krzyżową, na której widać tylko twarz Chrystusa. Poznaj historię i wyjątkowe obrazy malarki Marii Bieńkowskiej-Kopczyńskiej.

Małgorzata Bilska: Jak doszło do tego, że stworzyła Pani drogę krzyżową z obrazów, na których znajduje się tylko twarz Chrystusa?

Maria Bieńkowska-Kopczyńska*: To się zaczęło od chwili, kiedy po 40 latach przystąpiłam do sakramentu spowiedzi.

Po 40 latach…?

… ateizmu. Byłam zdeklarowaną ateistką. Zawsze się tak przedstawiałam. Droga krzyżowa powstała siedem lat po nawróceniu. W trakcie spowiedzi ksiądz zapytał, czym się zajmuję, bo chciał się zorientować, z kim ma do czynienia. Powiedziałam, że malarstwem. I zapytał, czy namalowałam Chrystusa. Byłam zdziwiona, bo skoro nie wierzyłam, jak mogłabym podjąć taki temat? Chociaż znam ateistów, którzy Go malują. Uderzyło mnie to wtedy w serce bardzo mocno. Miałam jednak w sobie może nie niepokój, ale odpowiedzialność za podjęcie tematu. Twarz Chrystusa musi coś wyrażać, to nie jest obojętny portret. Musiałam do tego dojrzeć.

Czas siedmiu lat był konieczny, żebym wyzwoliła się ze wszystkich zranień, cierpienia wewnętrznego, które każdy w sobie nosi. Nieznośne by było, gdybym malowała Chrystusa, mając w sobie jakieś nieprzebaczenie. Malowałabym wtedy swoje cierpienie, a nie Jego… W momencie, kiedy poczułam wewnętrzne uzdrowienie, wolność, byłam gotowa.

Malowanie Chrystusa to jednak nie to samo, co malowanie drogi krzyżowej.

To jest ze sobą związane. Istotą przyjścia Chrystusa na ziemię, esencją wcielenia był moment śmierci i odkupienia. Nie lubię wizerunków słodkiego, hollywoodzkiego Chrystusa. On miał w sobie miłość, a nie lekką słodycz, jaką chcielibyśmy widzieć. Wiedział, po co tu jest i co Go czeka.

Pani nawrócenie dokonało się na pielgrzymce do Włoch?

Poszłam do spowiedzi na górze Gargano. Wcale nie chciałam się spowiadać i nawracać. To chyba był wynik modlitw mamy i innych ludzi, którzy się za mną wstawiali. Pojechałam tam tylko po to, żeby zobaczyć freski Giotta w bazylice w Asyżu – z przewodnikiem turystycznym, nie z modlitewnikiem. Dla mnie samej było to zaskoczenie. Na górze Gargano, w święto Michała Archanioła, przeżyłam doświadczenie obecności Boga. Usłyszałam wyraźnie, że to jest czas łaski dla mnie i jeśli z niego nie skorzystam, łaska nie przyjdzie po raz drugi.

Jak Bóg przychodzi, człowiek nie ma żadnych wątpliwości. Nie musi się pytać, wie dokładnie. Doświadczenie obecności Boga sprawia, że działa pod impulsem. Pod wpływem tego, co słyszy – i się temu poddaje. Michał Archanioł walczył o moją duszę. To był akurat dzień odpustu trzech Archaniołów, wyrazista interwencja.

Ma Pani aniołów za opiekunów…

Zaraz po nawróceniu malowałam właśnie anioły, zwiastowanie. A potem dopiero Chrystusa.

To piękne! Pokazuje drogę życia Jezusa: od zwiastowania, więc od chwili poczęcia, do śmierci. 

Dokładnie tak. Moje obrazy są dość dynamiczne, ekspresyjne. Po nawróceniu zaczęłam malować bardzo łagodne, ciepłe. Nie spodziewałam się nawet, że potrafię takie namalować.

Gdy uporałam się ze sobą, mogłam namalować już Jego cierpienie, ale też miłość. Oczy Jezusa nie przerażają, bo w nich jest pełno miłości. Nawet kiedy piszę w medytacjach do drogi krzyżowej, że jest mnóstwo krwi i cierpienia, to w oczach On ma tylko miłość. Od przerażających obrazów męki człowiek się odwraca, nie jest w stanie udźwignąć cudzego cierpienia. Oblicza Chrystusa nie emanują cierpieniem. On cierpi, ale w Nim jest miłość. Cierpienie i miłość są od siebie nieodłączne.

 

 

To powszechny błąd, jaki robią też chrześcijanie. Zapominamy, że krzyż nie ma krzty sensu, gdyby Bóg nas nie kochał szaloną miłością, tą z Pieśni nad Pieśniami. W imię miłości zrobi się wszystko, żeby ratować ukochaną osobę. Bez miłości nie ma krzyża.

Tak.

Droga krzyżowa to miejsce spotkań. Jezus spotyka Matkę, Szymona z Cyreny, Weronikę, potem niewiasty. Dziś mnie to uderzyło, podczas Pani drogi, odprawianej w kościele oo. kapucynów w Krakowie.

Żeby spotkać drugiego człowieka, patrzy mu się w twarz. W oczy, nie na sylwetkę czy otoczenie. Nie ma innego spotkania. Trzeba wejść w jego duszę, spotkać jego oczy. Odczytać nastrój, wnętrze. Malowałam oblicza, a nie całe sceny, bo one nie są kompasem, nie pomagają w kontemplacji.

Mnie się to podoba. Mam nawet dwa argumenty za tym, żeby tak pokazywać drogę krzyżową. Pierwszy, filozoficzny – twarz Innego w koncepcji Emmanuela Levinasa jest warunkiem zaistnienia relacji. Twarz jest ważna, kluczowa. Drugi wiąże się ze zmianą komunikacji i pojawieniem się cyberprzestrzeni. Tam w ogóle nie spotykamy się twarzą w twarz, zostały nam emotikonki. Tylko że Bogu nie wyślemy SMS-a. A w twarz możemy Mu spojrzeć poprzez Jezusa lub wcale.

Jakie są reakcje na Pani drogę krzyżową?

Często spotykam się z głębokim, mocnym przeżyciem. Często ludzie mnie przytulają i mi dziękują. Przyznam, że sama ją przeżywam. Nigdy nie mogę przejść stacji, kiedy oddają ciało Matce. Po tylu latach nadal jest dla mnie wielkim wzruszeniem.

Kiedy pisałam medytacje, one nie były wymyślane, żeby coś ładnie ubrać w słowa. Poukładałam sobie zdjęcia obrazów i pisałam tak, jakbym mówiła do Chrystusa. Dlatego ta droga krzyżowa nie moralizuje. Jest spotkaniem z Nim.

Na mnie największe wrażenie zrobiła 13 twarz (Jezus zdjęty z krzyża), blada. Na innych jest pełno krwi. Miałam poczucie, że patrzę na twarz człowieka, który umarł. Nie żyje.

To jedyna stacja, gdzie Jezus ma oczy zamknięte.

Ile lat Pani malowała drogę?

W jeden Wielki Post.

Malowanie było formą modlitwy?

Oczywiście. Codziennie się modliłam rano i prosiłam o łaskę, żebym mogła namalować Chrystusa. To nie było spektakularne, robiłam ją dla siebie. Chciałam wejść w Jego pasję. Malując, chciałam przybliżyć się do Jezusa, współuczestniczyć z Nim we wszystkim, co przeżywał. Zresztą, niezależnie od podjętego tematu, artysta musi się otworzyć, wejść w głębię tematu. Sztuka to wielkie zaangażowanie psychiki, ducha i ciała. Jeżeli maluje się ogród, można poczuć zapach kwiatów na płótnie.

Trudno malować 14 twarzy tej samej osoby, jedną po drugiej. Ta monotonia skojarzyła mi się z graniem monodramu w teatrze: mało środków do dyspozycji. Co stanowiło największą trudność?

Nie wiem. Nie pamiętam, byłam tak pochłonięta malowaniem, że te obrazy się po prostu tworzyły. Przyjeżdżałam o 5 rano do pracowni, a o 5 po południu patrzyłam, że już ciemno, a ja jeszcze bez śniadania. Czas sam przeze mnie przepływał. To była kontemplacja. Śpiewałam do Pana Jezusa, mówiłam do Niego, czasami płakałam. To było bardzo zaskakujące, intymne spotkanie z Nim w mojej pracowni.

Jak przeciętny człowiek może kontemplować oblicza Jezusa? Zakładając warunki brzegowe: czas i ciszę.

Zajrzeć w swoje serce. Po prostu. Poruszyć je. Nie wzrok, nie słuch czy głos. Oczy same nie wystarczą. To serce musi być gotowe na spotkanie. Miłość oznacza, że spotykają się serca.

Przez twarz do serca?

Przez serce do twarzy.

*Maria Bieńkowska-Kopczyńska – malarka, absolwentka krakowskiej ASP; mieszka pod Krakowem, gdzie ma swoją pracownię.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail