Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Edukacja domowa – subiektywny bilans „zysków i strat”

EDUKACJA DOMOWA
Shutterstock
Udostępnij

Rok szkolny powoli dobiega końca. Ten miniony był dla nas pod wieloma względami wyjątkowy. Był to pierwszy rok, w którym naszą pierworodną objął obowiązek szkolny, i pierwszy raz, gdy dopełniliśmy go w ramach edukacji domowej. Jakie napotkaliśmy trudności, co nas zaskoczyło i czy było warto?

Mit 1 – socjalizacja

Wybierając tę formę nauczania, spotkaliśmy się z kilkoma zarzutami. Większość z nich okazała się bezpodstawna. Po pierwsze – obawa o socjalizację dziecka. Edukacja domowa nie jest jednak jednoznaczna z zamknięciem dziecka w domu. W czasie tego roku, nasze córki miały stały kontakt z innymi dziećmi na osiedlu i na zajęciach dodatkowych, a także nawiązały kontakty „międzynarodowe”, które nie byłyby możliwe, gdybyśmy byli zależni od grafiku szkolnego.

Poza tym, dziecko w ED w pewnym sensie jest nawet bardziej społecznie przygotowane, bo razem z rodzicem bierze udział w wielu czynnościach dnia codziennego, np. zakupach, wizycie na poczcie czy w banku. Dzięki temu uczy się interakcji społecznych od dorosłych, a nie od równie „nieokrzesanych” (z przymrużeniem oka) rówieśników.

 

Mit 2 – brak odpowiedniego wykształcenia

Inne obawy dotyczyły tego, czy poradzimy sobie z nauką. Odkryliśmy, że materiał „do przerobienia”, przy indywidualnym podejściu i kreatywności, robi się w ekspresowym tempie. Daje to możliwość wykorzystania zaoszczędzonego czasu na nieskrepowaną zabawę, a więc coś, co jest kluczowe dla rozwoju dzieci.

Trudność sprawiała nam pewna regularność, a także motywacja, która generalnie na dobrym poziomie, miała swoje gorsze tygodnie. I mam tu na myśli zarówno dziecko, jak i rodzica, bo jemu też nie zawsze chce się sypać pomysłami i odpowiednio kreatywnie przygotować dane zagadnienie.

Mimo to, przerobienie obowiązkowego materiału nie sprawiło nam żadnego problemu. Sądzę jednak, że na dalszym, bardziej zaawansowanym etapie nauki, mogą pojawić się trudności. Dodatkowy korepetytor to także dodatkowy koszt, jednakowoż zdarza się potrzebny również w trakcie edukacji tradycyjnej. Motywacja do nauki i w szkole będzie się zmieniać, a część materiału, który będzie sprawiał trudność i tak trzeba będzie ponownie przerobić razem w domu.

 

Trudności…

Chyba największym minusem, jest kwestia finansowa. Jeśli rodzice mają wolne zawody, być może są w stanie pogodzić nauczanie i pracę zawodową. W naszym przypadku było to niemożliwe, więc siłą rzeczy jedna osoba wzięła na siebie odpowiedzialność za utrzymanie rodziny, druga rolę nauczyciela i opiekuna młodszych dzieci.

To łączyło się z większym zaangażowaniem energii i czasu w pracę naszego jedynego generatora przychodów, i nieco większym stresem, niż przy dwóch niezależnych źródłach dochodu.

 

…i radości!

To, co było miłym zaskoczeniem, to odkrycie, ile nauczanie swojego dziecka może dawać satysfakcji. Podobało mi się, że idziemy swoim tempem, że materiał robimy „po swojemu”. Możemy pracować na podręczniku według klucza, ale nie musimy. Zadanie może mieć kilka poprawnych rozwiązań, a jeśli się chce, można pisać w zeszycie czerwonym długopisem, bo czemu nie?

Ta indywidualność, brak presji, i zrozumienie, że pewne umiejętności przychodzą z czasem, niekoniecznie wyznaczonym „odgórnie”, dawały nam dużo radości w odkrywaniu świata, bez zbędnego stresu. Brak zależności od pracy i szkoły, dał nam również wyjątkową możliwość dłuższych wyjazdów, nawet kilkutygodniowych. Cenna była nawet… nuda. Brak zaplanowanego co do minuty planu dnia, wymuszał na dziewczynkach zorganizowanie sobie zajęcia, czym w swej nieskrępowanej kreatywności niejeden raz mnie zaskoczyły.

 

Największy zysk

Najważniejszym odkryciem minionego roku było jednak co innego. Mianowicie to, że nie tylko kocham moje dzieci, ale też ogromnie je lubię, i lubię spędzać z nimi czas. Obawiałam się, czy nie będziemy sobie za bardzo działać na nerwy, będąc non stop razem, ja i moja trójka. I bywały takie dni, w których chętnie urwałabym się do pracy. Była to jednak tylko kropla dziegciu w łyżce miodu – budowania więzi, bycia dostępnym, bezcennego czasu poznawania się i bliskości.

Brak pośpiechu, brak nerwowych poranków, spóźnień i gonitwy, ciągłych uwag „pospiesz się”. Trudne i ambitne pytania, które zadają mi, a nie rówieśnikom. Możliwość towarzyszenia im w odkrywaniu świata, relacji, życia. To wszystko tak łatwo umyka w gonitwie “praca-dom-praca-dom”.

Choć nasza domowa przygoda powoli się kończy, nie wykluczam, że jeszcze kiedyś do niej wrócimy. Ten rok pokazał mi, że warto. Nie zamieniłabym tego doświadczenia za nic w świecie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail