Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Ojciec Wenanty: „Brat bankomat”, „Polski Szarbel” i mentor św. Maksymiliana

WENANTY KATARZYNIEC
Udostępnij

Ojciec Kolbe tak o nim napisał: „Nie silił się na czyny nadzwyczajne, ale zwyczajne nadzwyczajnie wykonywał”.

„Mentor” Kolbego

Jego dyskretna obecność i wstawiennictwo leżą u podstaw wielkich dzieł, które inicjował i rozwijał św. Maksymilian. Napisał on o Wenantym: „Nie silił się na czyny nadzwyczajne, ale zwyczajne nadzwyczajnie wykonywał”.

Ojciec Wenanty Katarzyniec był pięć lat starszy od o. Maksymiliana Kolbego. Urodził się w 1889 r. we wsi Obydów niedaleko Lwowa. Należeli do tego samego zakonu. Spotykali się rzadko, ale były to spotkania, które położyły grunt pod drogę Maksymiliana do świętości.

Tak wynika z listów o. Kolbego i jego najnowszej biografii autorstwa Tomasza Terlikowskiego. „Wydawca biografii św. Maksymiliana po przeczytaniu rozdziału o Wenantym powiedział, że muszę napisać i jego biografię. Rzeczywiście Wenanty jest w życiorysie o. Kolbego nieco zapomnianą postacią, a miał na niego wielki wpływ” – mówił w Telewizji Republika Terlikowski.

 

Proste święte życie

Czytając pobieżnie o życiu Wenantego można odnieść wrażenie, że wieje nudą, bo on nic nie wydawał, nie jeździł nigdzie na misje i nie doznawał cudownych uzdrowień, ale wystarczy kilka faktów, by stwierdzić, że to heros. W czym?

W wierności codziennym obowiązkom. Jako siedmiolatek, mały Józek (takie było jego imię od chrztu) „odprawiał” już msze święte w przydomowej szopie, na które potrafił spędzić całą wieś, a miejscowy proboszcz, który pewnego dnia ukradkiem podsłuchał jego „kazanie” był zachwycony. Gdy zapukał do drzwi zakonu franciszkanów, przełożony powiedział, że nie przyjmie go bez znajomości łaciny. Po roku wrócił znając łacinę i grekę.

Jako kapłan tylko rok był wikariuszem, ale z parafii musiał wyjeżdżać pod osłoną nocy, bo ludzie by go nie puścili. Potrzeba było specjalnych kościelnych zgód, by z zaledwie jednorocznym stażem kapłańskim został magistrem nowicjatu w lwowskim seminarium franciszkanów.

 

Mistrz wierności małym krokom

Ojciec Maksymilian pisał o Wenantym, gdy ten zaczął chorować na gruźlicę:

Lekarz polecił mu posilać się co 2 godziny, wypoczywać i przebywać na słońcu. Wykonywał to zlecenie, choć mu to niemało sprawiało przykrości. „Dla mnie jedzenie jest prawdziwą pokutą”, rzekł mi, „ale wmuszam w siebie”.

Adorował Najświętszy Sakrament godzinę dziennie. Pewnego dnia prowincjał franciszkanów wszedł późno w nocy do kaplicy i zobaczył w bocznej ławce Wenantego. Postanowił sprawdzić czy uda mu się czuwać na modlitwie dłużej niż on. Po 1,5 godz. zrezygnował.

W Kalwarii Pacławskiej, gdzie Wenanty spędził ostatnie lata życia, mimo choroby przyszedł pewnego dnia do przełożonego, bo chciał godzinkę pospowiadać. Z godzinki zrobiło się 12 godzin, po których Wenanty już nie podniósł się z łóżka.

Był stuprocentowo poddany rytmowi zakonnego życia. Mistrz wierności małym krokom, skromności, umartwienia i pokory. Św. Maksymilian napisał o nim: „(…) spokój, uprzyjemniający obcowanie z nim, wskazywał, że jest on panem całkowitym siebie”. To jest określenie, które ściska mnie za serce i inspiruje.

 

„Pomogę, ale po śmierci”

Śmierć o. Wenantego była jednocześnie początkiem wydawniczej działalności o. Maksymiliana. Zmarł w marcu 1921 r., a w styczniu 1922 r. ukazał się pierwszy numer działającego do dziś „Rycerza Niepokalanej”.

Wenanty przed śmiercią motywował o. Kolbego, by ten, mimo braków finansowych, starał się o rozpoczęcie wydawania pisma i sam zadeklarował, że wspomoże to dzieło, ale dopiero po śmierci. Wspomagał zwłaszcza w sprawach finansowych i robi to do dziś.

Franciszkanie nadali mu wdzięczny i wymowny przydomek „Brat bankomat”. Jest zadziwiająco skutecznym orędownikiem w kwestiach materialnych. Zaświadczam to osobiście i zaświadczy to mnóstwo ludzi na przestrzeni niemal już wieku od jego śmierci, którzy zwracali się do niego nawet z najprostszymi, najbardziej prozaicznymi sprawami  – po prostu ze wszystkim.

To dlatego jego biografia opatrzona jest podtytułem „Polski Szarbel” – niewidoczny za życia, działający najwięcej po śmierci.

 

Droga do beatyfikacji

Na stronie internetowej http://www.wenanty.pl mamy kopalnię wiedzy o ojcu Wenantym i teksty modlitw za jego wstawiennictwem – m.in. o jego beatyfikację, która wydaje się być dość bliską perspektywą. 26 kwietnia 2016 r. papież Franciszek wyraził zgodę na publikację dekretu o heroiczności cnót o. Wenantego – od tej pory możemy go nazywać Czcigodnym Sługą Bożym.

By został beatyfikowany, potrzeba jedynie cudu, który (jak twierdzi Tomasz Terlikowski) już jest. Według dziennikarza w Rzeszowie miało miejsce uzdrowienie z nowotworu za wstawiennictwem o. Wenantego.

Myślę, że Bóg ma słabość do ludzi, którzy są niezwyczajni w swojej zwyczajności – skromni, pokorni i wierni w zwykłych codziennych obowiązkach. Wenanty inspiruje swoją prostotą i mam nadzieję, że już wkrótce będziemy mieli wśród polskich świętych kolejnego wielkiego patrona.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail