Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

A co jeśli irytują mnie niektóre cechy mojego dziecka?

MATKA KRZYCZY NA DZIECKO
Shutterstock
Udostępnij

Wielkim obciążeniem dla dziecka jest systematycznie okazywany brak akceptacji. Jeśli pierwsze słowa, jakie wypowiadasz na jego widok, zawierają już korektę (np. „jak możesz zawsze się tak guzdrać przy ubieraniu?!”), rośnie ono w przeświadczeniu: „jestem nie ok”. Takie wyobrażenie o sobie to kiepski posag.

Na początek trzeba uświadomić sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, że właśnie czegoś w naszym dziecku „nie lubię” – inaczej będę uciekać w racjonalizacje. „Nasza córka nie może być taka roztrzepana, bo nigdy sobie w życiu nie poradzi”. Wtedy pojawiająca się we mnie antypatia uzyska uzasadnienie („wściekam się na ciebie dla twojego dobra”). Przecież jednak mogę kogoś kochać i czegoś w nim nie lubić. Co z kolei nie oznacza, że mam prawo wylewać na drugiego swoje poirytowanie.

 

Co konkretnie cię denerwuje?

Warto zastanowić się, czego konkretnie w naszym dziecku nie lubię. Jeśli nie wyciągniemy na światło własnych uprzedzeń, wówczas łatwo przeniesiemy niechęć z jednego zachowania dziecka (na przykład: „buja w obłokach i nie słyszy, co się do niego mówi”) na całą jego osobę. Do tego może dojść myślenie: „on mnie wkurza”, „doprowadza mnie do szewskiej pasji” – i wszelkie przejawy irytacji są już dozwolone, bo przecież to „jego wina”. Z bezpańskimi uczuciami nie da się jednak zrobić niczego konstruktywnego. Jedynie przyznanie się do nich i wzięcie za nie odpowiedzialności („to ja jestem zdenerwowana”) umożliwia budowanie relacji z otoczeniem, w tym – z naszymi dziećmi.

Wielkim obciążeniem dla dziecka jest systematycznie okazywany brak akceptacji. Jeśli pierwsze słowa, jakie wypowiadasz na jego widok, zawierają już korektę (np. „jak możesz zawsze się tak guzdrać przy ubieraniu?!”), rośnie ono w przeświadczeniu: „jestem nie ok”. Takie wyobrażenie o sobie to kiepski posag. Nie wzmacnia na trudy życia, ale raczej prowadzi do postawy „przepraszam, że żyję”. No bo jeśli ciągle denerwowałem rodziców, to znaczy, że od początku było ze mną coś bardzo nie tak.

 

Nie oceniaj

Gdy już wiesz, co jest dla ciebie trudne, nazwij tę cechę czy zachowanie dziecka w sposób wolny od oceny. Zamiast „straszna z niego gaduła” – lepiej będzie: „on lubi dużo opowiadać”. Zamiast „jest głuchy jak pień” albo „olewa, gdy się do niego mówi” – pomyśl: „nasz syn często się zamyśla i nie słyszy za pierwszym razem, co do niego mówimy”.

Używam celowo słowa „nasze dziecko” zamiast „moje dziecko”, by pokazać jeszcze jedną zmianę perspektywy. Niby to kosmetyka, a jednak ten zaimek dzierżawczy jest nie końca sprawiedliwy. Jasne, że dziecko przychodzi na świat ze mnie, mamy albo taty, i w jakimś sensie jest „moje” – ale słowo to kojarzy się też z zawłaszczeniem. Jeśli „moje”, to ma być takie, jak sobie wymyślę. „Nasze dziecko” – poszerza ciasnotę słowa „moje” przynajmniej o drugiego rodzica.

 

Zachowuje się jak teściowa…

Mamy szansę budować dobre więzi z dziećmi, gdy przyznajemy sobie nawzajem prawo do odrębności. Dzieci mają prawo być zupełnie inne niż my. Dobrze jest zadać sobie pytanie, dlaczego dany sposób bycia działa na mnie jak płachta na byka? Czy przypomina mi kogoś, kogo nie darzę sympatią? Czy odzwierciedla to, czego sam(a) w sobie nie lubię? Czy uderza w jakieś moje nie do końca uprawnione przekonania na temat świata? Na przykład: „tylko ludzie perfekcyjni odnoszą w życiu sukces” albo „nikt mnie nie szanuje – nawet córka mnie nie słyszy”? Jeśli rodzic chce dojść do ładu ze swoim dzieckiem, najpierw musi wyruszyć w podróż zrozumienia i poukładania samego siebie.

Na koniec – warto się zastanowić, czy dana cecha dziecka naprawdę utrudnia życie jemu i otoczeniu. Jeśli tak jest, zadajmy sobie pytanie: „jak mogę pomóc”? Czego dziecko potrzebuje, by pójść do przodu? Może zamyślonemu synowi trzeba położyć rękę na ramieniu i złapać z nim kontakt wzrokowy, zanim zaczniemy mówić mu coś ważnego. Historie lubiącej rozmawiać córki można „zaparkować” na bardziej spokojny czas niż ubieranie się, by zdążyć do przedszkola („kochanie, w aucie na spokojnie o tym mi opowiesz”).

Ważne, byśmy ocalali w dzieciach ich odrębność i wyjątkowość – i umieli je wspierać. Wychowamy samodzielnych, lubiących samych siebie ludzi.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail