Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Bp Mirosław Milewski: Jestem biskupem i jestem sobą. Nadal sam chodzę po zakupy

BISUKP MIROSŁAW MILEWSKI
Udostępnij

W 2017 roku do kapłaństwa przygotowywało się około 3 tysiące kleryków. W 1992 roku było 8 tysięcy alumnów - spadek o ponad 60 procent na przestrzeni 26 lat. Niepokoi mnie mówienie, że nie ma problemu. On jest.

Z bp. Mirosławem Milewskim – biskupem pomocniczym diecezji płockiej, dr. nauk społecznych – rozmawia Małgorzata Bilska.

 

Małgorzata Bilska: Czy można się pomylić w rozeznawaniu powołania?  

Bp Mirosław Milewski: Tak.

Po czym to poznać?

Uogólniając można powiedzieć, że taka osoba ma głębokie przeświadczenie, że droga, którą idzie, nie jest jej. Źle wybrała, źle odczytała wolę Bożą.

Jeżeli ktoś popełni błąd i zdąży go naprawić zanim zobowiąże się do czegoś na całe życie, zdobywa doświadczenie. Na błędach się uczymy. Ale jeśli złoży przysięgę małżeńską, śluby zakonne…

Przyjmie święcenia kapłańskie…

Jak sobie wtedy radzić?

Często nie ma żadnej rady! Mamy wtedy do czynienia ze swoistym dramatem konkretnej osoby. W przypadku kapłanów czasem weryfikowania powołania jest 6-7 lat formacji w seminarium.

Ksiądz biskup był prefektem i jest wykładowcą w płockim seminarium. Na czym polega rozeznawanie?

Mówiąc w uproszczeniu chodzi o to, żeby uzyskać pewność, że konkretny kandydat ma powołanie i może zostać dopuszczony do święceń kapłańskich. A z drugiej strony, żeby sam zainteresowany miał jasność co do wyboru drogi. Są obiektywne kryteria służące rozeznaniu, chociażby: głębokie życie duchowe, przyjaźń z Panem Bogiem, duch ofiary, zdolność do poświęceń, czystość motywacji. Także – zdrowie fizyczne i psychiczne; intelektualne zdolności.

W Polsce rozgorzała debata na temat braku powołań. Mnie bardziej interesują te już rozeznane. Można zostać księdzem nie mając powołania?

Czyli takim urzędnikiem w sutannie…

Zakładamy, że skoro wykwalifikowani ludzie „zatwierdzili” powołanie, ono na pewno jest. Hipotetycznie może być tak, że go nie ma, święcenia są… Chyba, że chwila przyjęcia święceń jest równoznaczna z posiadaniem powołania.

Ufam głęboko, że ci, którzy przyjmują święcenia, mają powołanie. Mam nadzieję, że tak jest, chociaż nie można mieć stuprocentowej gwarancji. Można popełnić jakieś błędy. Były przypadki w czasach komunizmu, że SB-cy wysyłali do seminarium agentów. Zdarzało się, że przyjmowali oni święcenia.

Dobrze odgrywali rolę?

Tak. Wkomponowywali się w życie seminaryjne po to, żeby je inwigilować i niszczyć.

Biskupi amerykańscy zwrócili się do papieża z prośbą o wizytację i wsparcie, po opublikowaniu przez Wielką Ławę Przysięgłych Pensylwanii raportu o pedofilii. Może niektórzy z opisanych tam księży odgrywali rolę równie dobrze, jak SB-cy?

Obawiam się, że może mieć pani rację, że ktoś świadomie szedł do seminarium nie mając powołania. Jestem bardzo ciekawy efektów ewentualnej wizytacji w Ameryce.

Jak wygląda liczba powołań do kapłaństwa w naszych seminariach?

Trzeba jasno powiedzieć, że nie jest dobrze. Troska o powołania to gigantyczne wyzwanie dla polskiego Kościoła. To dziś bez wątpienia jeden z najbardziej palących problemów. Przyczyny najkrócej opisał Franciszek w ostatnim „Liście do Ludu Bożego: nadużycia władzy, nadużycia sumienia i seksualne.

Do tych ogólnie znanych przyczyn dodałbym: brak świadectwa wielu duchownych, nadużycia w samym Kościele, rodziny o coraz gorszej kondycji i mentalność światowa. To powoduje, że liczba powołań z roku na rok maleje. W 2017 roku do kapłaństwa przygotowywało się około 3 tysiące kleryków. W 1992 roku było 8 tysięcy alumnów – spadek o ponad 60 procent na przestrzeni 26 lat. Niepokoi mnie mówienie, że nie ma problemu. On jest.

Istnieje powołanie do bycia… biskupem?

Oczywiście!

Ksiądz arcybiskup Nossol mówił mi, że bardzo nie chciał być biskupem i jest szczęśliwy na emeryturze.

Kiedy szedłem do seminarium, moim jedynym i wielkim pragnieniem było: zostać księdzem. Przez myśl mi nie przeszło, że coś innego się wydarzy. Jednym z najszczęśliwszych momentów był ten, gdy dostałem nominację na wikarego. W podskokach tego samego dnia pojechałem zobaczyć parafię w Zakroczymiu.

Później wydarzały się rzeczy, które przyjmowałem jako wolę Bożą. Dziś widzę, że układały się w spójną całość. Niemal trzy lata temu zostałem zaproszony do nuncjatury. Jadąc, myślałem, czego może chcieć nuncjusz od prostego księdza? Podejrzewałem, że to może być to. Zostałem biskupem.

Wyszedł ksiądz w podskokach?

Nie (śmiech). Podskoków nie było, było poczucie wielkiej odpowiedzialności. Jakby ktoś mi nałożył 100-kilogramowy krzyż na ramiona. Niosę go z radością, choć czasami nieudolnie.

Za Franciszka, biskupa Rzymu, zmienia się coś w pełnieniu posługi biskupa?

Mogę mówić za siebie. Mirosław Milewski po święceniach biskupich to ten sam człowiek, co przed święceniami. Mam te same dobre cechy. Staram się je rozwijać. Nad wadami pracuję. Inne są zadania, mniej jest czasu, ale tak samo trzeba iść do sklepu na zakupy.

Przełamuje ksiądz stereotypy.

Jestem sobą. Niczego nie robię na pokaz.

Udaje się pogodzić bycie sobą z byciem biskupem – autorytetem?

Tak. Tylko trzeba być naturalnym i uważać, żeby nie być śmiesznym. Każdy kto ma wgląd w siebie, zna granicę. Na zakupy chodzę jak ksiądz, „na krótko”, w koloratce. Gdybym poszedł w dresie, wyglądałbym jak uczeń gimnazjum, mało poważnie i byłbym „nieczytelny”.

 

 

Jakie pasje ma ksiądz biskup?

Czytam książki, papierowe! (śmiech) Sport, to znaczy kibicuję. Lubię pojechać na koncert. Wychowałem się na muzyce rockowej lat siedemdziesiątych.

Ulubiony zespół?

Słucham sporo różnych. Teraz – Stevena Wilsona.

Maanamu ksiądz biskup słuchał?

Słuchałem, no co poradzić…

(śmiech) Mówiliśmy o błędach, że są normalne. Papież Franciszek umie się do nich przyznać. Niektórzy nie chcą go przez to słuchać.

Nieraz przyznawałem w mojej codzienności biskupiej, że się pomyliłem. Zrobiłem coś źle. Są sytuacje, że wykonuję krok w tył, koryguję decyzję. Z pokorą posypuję głowę popiołem. Robię to też regularnie w konfesjonale.

Papież jest głową Kościoła, następcą św. Piotra. Duch Święty wskazał go na konklawe. Nie ma dnia, żebym się za niego nie modlił. Powinniśmy go kochać, modlić się za niego, słuchać i wspierać w jego odpowiedzialności za Kościół. Tam jest Kościół, gdzie jest Piotr!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail