Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Teściowa Śpiewa: Pan Bóg pozwolił mi siebie zaakceptować i pokochać (wywiad)

arch. prywatne
Udostępnij

„W życiu ważny jest dla mnie dystans i poczucie humoru. Ludziom często ich brakuje, dlatego swoimi piosenkami chcę im przypomnieć, jakie to ważne. Pan Bóg też ma poczucie humoru!” - podkreśla Beata Łubczonek.

O tym, jak Bóg dał jej odwagę do występowania na scenie, jak reagują na nią warszawscy hipsterzy i dlaczego właściwie zaczęła śpiewać razem z zięciem, w rozmowie z Karoliną Sarniewicz mówi Beata Łubczonek. Znana w sieci jako Teściowa Śpiewa.

 

Karolina Sarniewicz: Słuchając Twoich tekstów, nie wierzę, że jesteś początkująca. Przyznaj, że tworzyłaś już od dawna – przynajmniej do szuflady.

Beata Łubczonek (Teściowa Śpiewa)*: Tak, od podstawówki. Najpierw pisałam wiersze – bardzo zresztą dołujące – potem, w liceum piosenki, głównie bluesy, a jeszcze później covery na śluby znajomych. Zawsze lubiłam pisać piosenki, ale wyłącznie dla najbliższych lub dla siebie. Dopiero kiedy w moim życiu pojawił się zięć Marcin Milanowicz, który też był związany z muzyką, bo grał w zespole rockowym, to wspólne rodzinne muzykowanie zaowocowało postanowieniem zrobienia czegoś razem. To było idealne rozwiązanie, bo jestem osobą, która potrzebuje, żeby ktoś ją zmobilizował, dopilnował różnych spraw, kiedy będę sobie spokojnie tworzyć, a przede wszystkim kogoś, kto mnie dowartościuje.

 

Czyli nie wierzyłaś, że to ma szansę komuś się spodobać?

Teoretycznie zawsze miałam sygnały od ludzi, że to jest fajne, ale jako że mam dosyć wysokie wymagania, lubię muzykę i dużo czytam, zawsze starałam się dorównać do tych największych i zawsze mi brakowało. Wydawało mi się, że jeżeli nie jestem Osiecką, Cyganem albo Koftą, to nie ma co, no bo po co?

 

W jaki więc sposób udało Ci się uwolnić od bezwzględnych standardów osobistych?

Prawie dwadzieścia cztery lata jestem we wspólnocie neokatechumenalnej w Kościele Katolickim. I to dopiero Pan Bóg pozwolił mi siebie zaakceptować i pokochać, żebym potrafiła wyjść do ludzi. Wydaje mi się, że to właśnie On nie pozwolił, żeby to stało się wcześniej, bo albo dostałabym sodówki, albo to by było nieprawdziwe, nie moje i jakieś takie na siłę.

 

Teściowa Śpiewa: Nie muszę być idealna

No dobra, ale w jaki sposób Bóg potrafił Cię nauczyć miłości własnej? Terapeuta zdążyłby na tym zarobić na budowę domu z ogródkiem.

Przed wejściem do wspólnoty byłam osobą, która oglądała się wstecz na różne cierpienia z dzieciństwa. Wiele rzeczy z tego czasu mnie blokowało, przez co nie mogłam iść do przodu. Nie mogłam zaakceptować ani siebie, ani innych i byłam skoncentrowana na swoich problemach. Lata formacji i Słowo, które tam dostajemy, powoli i mozolnie pomogły odkryć, że ja nic nie muszę, a Pan Bóg kocha mnie za darmo i każda dobra rzecz, jaką zrobię, jest Jego zasługą. To pozwala się rozluźnić i sobie odpuścić. Dzięki temu rozumiem, że nie muszę być idealna i idealni nie muszą być inni – więc mogę ich zrozumieć.

 

Niektórym właśnie ta wiedza nie pomaga. Jeżeli Pan Bóg jest wszystkim, a ja nie umiem nic, to jaka tkwi we mnie wartość? Jeśli pewnego dnia przestanie wspierać moją twórczość, to nic z tego nie będzie.

Myślę, że jeśli nie będzie chciał mnie wspierać w ogóle, to też nic z tego nie będzie (śmiech). Ale po prostu jestem pewna, że będzie mnie wspierał zawsze. Poza tym On daje też rozeznanie i mądrość. To widać na przykładzie powstawania naszego zespołu. Oczywiście, od zawsze twierdziłam, że wszystkie zdolności, jakie mam, są od Niego, ale długo nie modliłam się o to, żeby Pan Bóg w tym był, żeby dawał nam mądrość, mówił, jakie propozycje przyjmować i w którą mamy iść stronę. A od kiedy zaczęłam się modlić i podejmować te decyzje z Nim, zaczął się szum medialny wokół naszej twórczości (śmiech). Wcześniej przez cztery lata działalności zespołu bardzo powoli zdobywaliśmy swoją publiczność, a z Bożą pomocą tysiąc fanów na Facebooku zamieniło się w dwanaście tysięcy.

 

Wy chyba w ogóle nie planowaliście wielkiej kariery, a powstanie pierwszej piosenki było impulsem.

To była dla nas jednorazowa zabawa. Zawsze interesowałam się warszawskim folklorem i kiedy przeczytałam o konkursie muzeum Powstania Warszawskiego na szlagier dla Warszawy, napisałam tekst „Warszawski słoik”. Był taki jak wszystkie moje teksty, czyli złośliwy, przewrotny, śmieszny. Mój zięć zrobił do niego muzykę i wysłaliśmy. Tekst w konkursie poległ, ale ponieważ ludzie w sieci go chwalili, nam spodobało się tworzenie, kiedy z niczego powstaje coś. Ale to Muzeum zainspirowało nas do pisania o Warszawie. Kiedy tym tropem nagraliśmy już cztery piosenki, zaczęto zapraszać nas na koncerty, czego też nie planowaliśmy. Wszystko zadziało się samo.

 

Bałaś się, wchodząc pierwszy raz na scenę?

Oczywiście, do tej pory się boję, chociaż wszyscy mówią, że nic nie widać. Pierwszy raz występowaliśmy na urodzinach bloga Pańska Skórka – byli sami młodzi, a my praktycznie nie potrafiliśmy śpiewać. Byliśmy w szoku, bo ludzie jednak od razu nas kupili i sygnalizowali, że ta nasza twórczość pozytywnie ich nastawia. Z emocji nie mogłam zasnąć do rana. Nie chcę wyjść na jakąś artystkę-uzdrowicielkę – po prostu pierwszy raz zobaczyłam wtedy, jak fajnie jest być na scenie i mieć kontakt z ludźmi. Nam też koncerty pomagają psychicznie.

 

Beata Łubczonek: Bóg z moich grzechów wyciąga dobro

Ten zachwyt młodych to nie przypadek. Niechcący wpisaliście się w modny hipsterski nurt.

Rzeczywiście, mamy tego świadomość. Na jednym koncercie pewien młody hipster powiedział mi: „Widzę, jak pani się z nas trochę śmieje, ale to jest całkiem fajne”.

 

Twój dystans do siebie wywołuje dystans do siebie u nich?

Myślę, że tak. Nie tylko u hipsterów, ale w ogóle u wszystkich, np. ludzi starszych. Mam z ich strony duży odzew, że działam na nich motywująco, bo nie wiedzieli, że w tym wieku można jeszcze zrobić coś nowego. Piszą w komentarzach, że „nigdy nie jest za późno na pasję”. Dostaję też wiadomości od grubasów i innych przeróżnych ludzi, bo wychodzę na scenę taka, jaka jestem – nie wciskam się w żadne gorsety.

 

Jesteś bliska ludziom.

Jestem zupełnie sauté, ale to nie jest żadna abnegacja. Jestem po prostu najzwyklejszą kobietą, która na co dzień zajmuje się pracą zawodową i domem, i której wciąż jeszcze brakuje scenicznej ogłady i nie potrafi tworzyć tzw. wizerunku.

 

Twoje piosenki są dowcipne, ale to śmiech przez łzy, bo humor jest dosyć gorzki. Często skupiasz się na kwestii wykluczenia, stereotypach, na problemie szufladkowania ludzi. Dotyka Cię to osobiście?

Dotyka, bo jako osoba, która nie spełnia standardów tego świata dotyczących wyglądu, zetknęłam się nieraz ze swego rodzaju odmiennym traktowaniem, które nie do końca mi odpowiada. Z drugiej strony na własnym przykładzie przekonałam się, że wszyscy mamy tendencję do sądzenia po pozorach. A pierwsze wrażenie jest nieraz bardzo mylne.

 

Jesteś w stanie przytoczyć sytuacje z życia, kiedy poczułaś się odepchnięta, wykluczona?

To są dość osobiste historie, nie do opowiadania publicznie, ale dziś widzę, że to właśnie z sytuacji kryzysowych Pan Bóg potrafił wyprowadzić w moim życiu dobro. Dzięki temu, że ktoś źle mnie oceniał, teraz ja sama wiem, co to dla kogoś może oznaczać, i bardzo się pilnuję, żeby tak nie traktować innych.

 

Chcesz powiedzieć, że jesteś wdzięczna za cierpienie, które Cię spotkało?

Wiem, że łatwo powiedzieć, bo cierpiący człowiek często będzie wątpił w to, że Bóg w ogóle jest, albo będzie mu się wydawać, że go opuścił, obraził się na niego. Nie chcę też wchodzić w rolę kaznodziei. Mówię to jedynie z perspektywy osoby, która bardzo wiele w życiu przeszła, która wielokrotnie dochodziła do ściany i widziała, że jest kompletnie bezradna. Ale przekonałam się też, że Bóg nawet z mojego największego grzechu potrafił wyciągnąć dobro. Niech to nie będzie zachęta do grzeszenia, ale do wiary, że nigdy nie jest do końca beznadziejnie.

 

Zakosztowałaś życiowej mądrości z piosenki Agnieszki Osieckiej i to dlatego piszesz teraz takie głębokie teksty?

Pisanie przychodzi mi naturalnie. Nie zastanawiam się, o czym piszę, tylko po prostu teksty układają mi się w głowie, często pod wpływem jakiejś obserwacji, typu ograniczenia wagowe dla rowerów Veturilo. Piszę o tym, co mnie dotyka. Dlatego cieszę się, że zaczęłam tworzyć tak późno. Dzięki temu przeszłam przez jakiś bolesny czas i nauczyłam się werbalizować to, co czuję. Absolutnie nie neguję tego, że niektórzy młodzi ludzie już w dzieciństwie mogli przejść przez pewne straszne chwile. Chodzi mi tylko o to, że potrzeba czasu, żeby pewne sprawy potrafić przetworzyć. Czasami naprawdę nie trzeba się spieszyć, ale poczekać, aż to, co przeżyłaś, samo w tobie dojrzeje i zacznie próbować wyjść na zewnątrz.

Poza tym dzięki temu, że występuję w dojrzałym wieku, robię to w całkowitej wolności. Po tych ostatnich wywiadach i koncertach, zauważyłam, z jak ciężką pracą i presją wiąże się życie zawodowego artysty. Podziwiam i nie sądzę, żebym była w stanie tak żyć. Mam inną zarobkową pracę, a muzyką zajmuję się w wolnym czasie. Dzięki temu mogę swobodnie decydować, z jakich propozycji korzystać, a jakim odmawiać. Nie czuję żadnej presji, bo – parafrazując słowa piosenki – ja nie śpiewam dla hajsu, muzyka to moje hobby.

*Beata Łubczonek pracuje jako bibliograf w Głównej Bibliotece Medycznej. Jest żoną z 30-letnim stażem, mamą i babcią. Jej zięć Marcin Milanowicz jest dr. inż. modelowania matematycznego.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail