Aleteia

Stracił nogę w wypadku, dziś jako kapitan reprezentacji Amp Futbol mówi: nie cofnąłbym czasu

PRZEMYSŁAW ŚWIERCZ, AMP FUTBOL
Udostępnij

Reprezentacja Polski w Amp Futbol na przełomie października i listopada weźmie udział w Mistrzostwach Świata, które odbędą się w Meksyku. W specjalnej rozmowie dla Aletei Przemysław Świercz, kapitan drużyny, opowiada o pasji do sportu, wypadku, relacji z Panem Bogiem i byciu liderem.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Mateusz Nagórski: Większość młodych chłopców marzy o tym, aby zostać piłkarzem. Czy podobnie było z Tobą?

Przemysław Świercz: Oj tak! Swoją przygodę z piłką rozpocząłem w Narwi Ostrołęka. To była druga klasa szkoły podstawowej. Piłka zawsze była w moim życiu. Oprócz treningów raz czy dwa razy w tygodniu graliśmy z kolegami na boisku czy w sali. To było coś ekstra!

 

Czego nauczyła Cię piłka nożna w tamtym czasie?

To dawało mi rytm funkcjonowania i uczyło dyscypliny. Trening, trening, trening i w weekend mecz. Zaangażowanie w futbol, ale też taniec ludowy, kształtowało mnie jako młodego chłopaka. Dzięki temu nie chodziłem gdzieś po klatkach pić alkohol czy palić fajki. Sport stawał mnie do pionu. Nie było czasu na głupie pomysły. Wiedziałem, że mam mecz i trzeba się do niego dobrze przygotować.

Nauczyłem się umiejętnie i z pokorą cieszyć ze zwycięstwa, ale również poszanowania przeciwnika. Stajesz twarzą w twarz z człowiekiem. Masz być mocny, masz wygrać, ale masz go też szanować. Te wszystkie rzeczy, które wymieniłem są w sporcie bardzo ważne. Można je zero-jedynkowo przenieść na funkcjonowanie w każdej innej dziedzinie życia. Sport jako metoda wychowawcza to po prostu rewelacja.

 

Zawsze byłeś związany ze sportem. Najpierw była młodzieńcza pasja do piłki i tańca ludowego, studia na warszawskiej AWF, następnie jako trener pływania. Twoją pasją są również podróże. Jedna z nich miała jednak zaskakujący przebieg…

To była wyprawa ze znajomymi na motocyklach do Norwegii. Rewelacyjny wyjazd. Strasznie na niego czekałem. To był piąty dzień podróży. Jechaliśmy do miejscowości Stavanger i mieliśmy około 30 kilometrów do celu. Gdy jadę, niespodziewanie staje przede mną kamper. Nie zdążyłem zahamować i uderzyłem w niego. Nagle leżę na asfalcie. Jestem przytomny. Sprawdziłem czucie rąk, a później podniosłem się, żeby zobaczyć, czy z kręgosłupem jest wszystko dobrze i czy całe ciało reaguje. Wszystko wydawało się okej. Natomiast odczuwałem ból w prawej nodze. I tak patrzę, a noga jest nienaturalnie wygięta. Podszedł do mnie kolega, spojrzał i aż go odrzuciło. Pomyślałem sobie – „O kurde, chyba nie jest dobrze”. Helikopterem zabrano mnie do szpitala.

W szpitalu podano mi narkozę. I pamiętam, że wtedy odbyła się we mnie wewnętrzna walka o swoje życie. Byłem w czarnej otchłani i czuję, że jest jakaś siła, która ciągnie mnie w dół, a ja nie chcę się tej sile poddać i idę do góry. Mówię, że chcę jeszcze żyć i się nie poddaję. Ale ta siła była tak mocna, że w pewnym momencie coś we mnie pęka i mówię – „dobra to już jest koniec. Już schodzę z tego świata”. I jak się obudziłem po operacji to z taką radością. Jednak żyję. Wow! Udało się tej sile wyrwać. Ta radość była tak duża, że informacja o stracie nogi nie była, aż tak ważna.

Na drugi dzień kolejny powód do radości, bo przyszedł do mnie polski ojciec z zakonu kapucynów. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Ale ważna była możliwość spowiedzi i przede wszystkim jego obecność. Wiesz co? Wtedy przyszedł do mnie Pan Bóg w jego osobie i dał mi swoją miłość, spokój  i radość.

 

Czy miałeś pretensje do Boga?

Nie, nie, nie. Nigdy nie miałem pretensji do Pana Boga, ani do norweskich lekarzy, że taką decyzję podjęli. Widocznie Pan Bóg postawił to wyzwanie po coś. Moim celem jest odnaleźć ten sens. Moja mama mówi, że każdy ma w życiu krzyż. Pytanie, czy będziesz go niósł czy się ugniesz pod jego ciężarem.

To Pan Bóg pomógł mi przejść przez to wydarzenie w sposób płynny. Gdyby nie On, to byśmy sobie nie porozmawiali. To nie są rzeczy, które wyczytasz w książkach. Ta siła i pokój pojawia się w twoim umyśle, twoim sercu. Trudno to wytłumaczyć słowami.

Pytanie, po co ten wypadek zdarzył się w moim życiu? Myślę, że z dnia na dzień coraz bardziej wiem dlaczego. Mogę pokazać swoim dzieciakom, które uczę pływać, że facet bez nogi i chodzący o kulach nie musi nagle rezygnować ze wszystkiego. Inna rzecz jest jeszcze taka, że mogę teraz dawać innym siłę, coś dobrego poprzez dzielenie się swoim doświadczeniem. Dzięki tej historii mogę grać z orłem na piersi. Jeśli tak jest, to tylko Panu Bogu dziękować, że to się stało w moim życiu.

 

Jak powiedziałeś, dzięki wypadkowi otworzyła się przestrzeń do gry w reprezentacji Polski Amp Futbol, której jesteś kapitanem, a więc naturalnym liderem zespołu.

W moim rozumieniu kapitan nie zawsze musi być liderem. Może, ale nie musi. W naszej reprezentacji jest wielu liderów, a przede wszystkim trener Marek Dragosz. Jest wielu chłopaków, którzy potrafią wziąć ciężar gry na siebie czy „pociągnąć” zespół w trudnym momencie. Moją rolą jako kapitana jest spiąć klamrą cały zespół i dać chłopakom przestrzeń do bycia liderami, ale także każdej osobie w drużynie pomóc, aby czuła się potrzebna.

 

A jakie według Ciebie są cechy dobrego lidera?

Lider powinien mieć świadomość celu, dużą dawkę pokory i nastawiony „radar” czy uwagę na inne osoby. Bardzo ważne jest wsłuchiwanie się w kolegów. Chodzi o to, aby poznać i zrozumieć ich osobowość. Jeden zawodnik będzie bardziej introwertyczny, a drugi z kolei impulsywny. Lider powinien mieć taką mądrość, dzięki której będzie potrafił połączyć różne charaktery i razem zbudować zespół. Moja filozofia w tym temacie jest taka, że jeśli stworzymy warunki do tego, aby jednostka stawała się lepsza, to cała drużyna na tym skorzysta i będzie lepsza. Ważne jest to, żeby uszanować każdego z osobna i dać mu przestrzeń do ekspresji jego osobowości. Lider powinien więcej słuchać niż mówić.

 

To bardzo ciekawa wizja bycia liderem. Często kapitan kojarzy się z osobą, która na boisku pokrzykuje na kolegów i ich ustawia na boisku.

Z racji mojego charakteru bardzo nie lubię krzyku na boisku. Tego się uczymy z chłopakami, żeby się nie „opierniczać”, ale raczej podpowiadać. Przecież chcemy jak najlepiej. Na boisku podejmujemy w naszym przekonaniu najlepsze decyzje w danym momencie. Jeżeli damy sobie przestrzeń na bycie sobą, to może ktoś trzy razy nie poda, ale za czwartym zrobi to. Z kolei krzyk może spowodować, że zawodnik zamknie się w sobie. I tutaj potrzebna jest ta mądrość i słuchanie, żeby zrozumieć, jakich zawodników mamy w drużynie. Jeden potrzebuje ostrzejszego sygnału. Drugi oczekuje raczej wsparcia. „Nic się nie stało, zapomnij o pierwszej połówce i zagraj w drugiej na 100%”. Mówmy do siebie głośno, ale nie ze złością.

Jakby nie było, w końcowym rezultacie mamy obok siebie na boisku człowieka. Może nie wyjdzie mu mecz, ale przyjdzie na następny trening i żyjemy dalej. Ty masz na niego realny wpływ, jak on żyje i jakie podejmuje decyzje. Niesamowita jest ta złożoność tych procesów, bo jakby nie było pracujesz z człowiekiem.

 

Już niedługo wyjazd na Mistrzostwa Świata do Meksyku. Celujecie w złoto?

Chcemy wygrywać każdy kolejny mecz. Co w rezultacie przyniesie złoty medal. Jednak cel główny na Mistrzostwa to zbudować Mistrzowski Zespół. Na ten moment ciężko pracujemy, żeby zrealizować oba cele.

 

Czy gdybyś mógł cofnąć czas, to nie wsiadłbyś tego dnia na motocykl?

Nie cofnąłbym nigdy czasu. Zadziało się tak wiele fantastycznych rzeczy, które sprawiły, że dzisiaj jestem tym kim jestem. W ogóle nie myślę w takich kategoriach.