Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak można wejść do kościoła, patrzeć na krzyż i sobie ziewać?!

JEZUS NA KRZYŻU
Shutterstock
Udostępnij

Radość i wielbienie Boga, skądinąd piękne i wartościowe, bez przyjęcia nauki o krzyżu mogą się okazać jałowe i nietrwałe. Takie wyparcie krzyża z formacji wspólnot widać już powoli również w Polsce.

W czasach studenckich miałem tzw. „fazę” na słuchanie znanych polskich kaznodziejów i rekolekcjonistów. Oczywiście pierwsze skrzypce grał ks. Piotr Pawlukiewicz. Byli też o. Karol Meissner, ks. Mirosław Maliński, ks. Marek Dziewiecki…

Ich głoszenia słuchało się przyjemnie, nawet jeśli mówili o nieprzyjemnych sprawach. Aż tu w końcu huknął pewnego dnia z głośników ks. Stanisław Orzechowski. Mówił do studentów na temat krzyża. Temat niepopularny, mimo że bez krzyża nie byłoby zmartwychwstania i chrześcijaństwa. Taki paradoks.

 

Krzyk „Orzecha”

Przejąłem się zwłaszcza jednym wątkiem z jego nauczania. Ks. „Orzech” autentycznie wrzasnął: „Jak można wejść do kościoła, patrzeć na krzyż i sobie ziewać?!”. Stwierdził, że krew go zalewa, gdy coś takiego widzi, a ja pomyślałem: dobrze, że nie studiuję we Wrocławiu, bo ziewnąć mi się zdarzy, a ks. Stanisław to postawny człowiek i nie wiadomo, jak by się to dla mnie skończyło.

Niewyspany student to standard, ale nie zmienia to faktu, że słusznie ks. „Orzech” się oburzał. Od tamtej pory patrzę na krzyż zupełnie inaczej. Jakoś mi nie powszednieje, a gdy włączy się opcja: ziewanie, szybko przywołuję się do porządku, przypominając sobie tego bardzo doświadczonego już wtedy kapłana, który był tak prawdziwy w swoim przejęciu tym, jak traktujemy krzyż, jak nie zauważamy jego doniosłości i głębi.

Ksiądz Orzechowski wiedział, co robi. Ktoś mógł poczuć się dotknięty jego ekspresją, ale ja dziękuję za nią Bogu, bo był to genialny nośnik treści. Treść była krótka i zwięzła: krzyża nie można lekceważyć. Bez krzyża nie ma prawdziwej wiary. Krzyż należy adorować.

 

Krzyż na marginesie?

Obecnie, nieco już rzadziej, też zdarza mi się posłuchać tzw. „znanych” kaznodziejów. O krzyżu usłyszałem ostatnio ponownie w jednej z wypowiedzi pracującego w Anglii ks. Piotra Glasa. Dzielił się swoimi obawami. Jak twierdził, na Zachodzie temat krzyża – zwłaszcza w charyzmatycznych wspólnotach – jest praktycznie nieobecny. Liczy się wyłącznie uwielbienie, śpiew, radość, fakt, że jesteśmy zbawieni.

Jednak, jak mówił, ta radość i wielbienie Boga, skądinąd piękne i wartościowe, bez przyjęcia nauki o krzyżu, w dłuższej perspektywie mogą się okazać jałowe i nietrwałe. Takie wyparcie krzyża z formacji wspólnot widać już według ks. Glasa powoli również w Polsce.

Zestawiłem te spostrzeżenia z własnymi obserwacjami i trudno mi się nie zgodzić. Mam wrażenie, że wspomniany wcześniej ks. Orzechowski wiedział, co robi również dlatego, że zwłaszcza młodym ludziom, którym duszpasterzował, łatwo jest nie tylko fizycznie, ale też duchowo ziewać na widok krzyża.

 

Naśladować Ukrzyżowanego

Dobrze, że ks. „Orzech” krzyczał. Wyrwał mnie z letargu, w którym krzyż jest znanym, opatrzonym i bezrefleksyjnie przyjmowanym do wiadomości symbolem. To jest właśnie duchowe ziewanie na jego widok: przychodzę do Kościoła, by odbębnić swoje, bez postawy miłości nie tylko wobec Boga, ale też wobec bliskich. Jakież to jest lekceważące w stosunku do Boga, który ukochał mnie do końca, dał życie za mnie!

Łatwo przechodzi mi przez gardło, że powinienem naśladować Jezusa. Ale kiedy ktoś doprecyzuje, że mam Go naśladować również jako ukrzyżowanego, to już nie jest tak prosto. Tamten krzyk pozwolił mi się ogarnąć.

Po prelekcji ks. „Orzecha” nie potrafiłem już ziewać na widok krzyża, ale tylko fizycznie. Po prostu nie dało się. To był dobry wstęp, by po czasie wszedł mi też w duchową krew brak duchowego ziewania. Zacząłem autentycznie dostrzegać w krzyżu ofiarę, miłość, wyrzeczenie. W cieniu tych wartości zacząłem się czuć jakoś bezpiecznie i siłą rzeczy zacząłem je wprowadzać w swoje życie.

Bez krzyża nie ma zmartwychwstania. W moim życiu nie ma go bez osobistej ofiary, daru z siebie. Czasami potrzeba, by ktoś na mnie huknął, by dobrze to zrozumieć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail