Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak choroba dziecka leczy rodzica z egoizmu

CHOROBA DZIECKA
Shutterstock
Udostępnij

„Rak mojego trzyletniego syna sprawił, że sam chciałem umrzeć” - stwierdził wprost kanadyjski piosenkarz Michael Bublé.

Cierpienie zmienia wszystko

Słowa, jakie wypowiedział amerykański artysta mogły zszokować wiele osób. Informacja dotycząca strasznej, nowotworowej diagnozy zawsze wzbudza poruszenie. Gdy dodamy do tego informację wskazującą, iż mowa jest o rodzinie kogoś powszechnie podziwianego, wówczas medialne poruszenie mamy zagwarantowane.

Światowe media od pewnego czasu informowały, iż gwiazdor wraz ze swoją żoną dowiedzieli się w 2016 r., że u ich najstarszego dziecka wykryto nowotwór wątroby. W wypowiedziach Michaela Bublé odnaleźć można m.in. takie zdania: „Chciałem wtedy umrzeć. Zupełnie nie wiedziałem nawet, jak oddychać”. W dostępnej w sieci rozmowie, jaką w lipcu tego roku Bublé przeprowadził przy okazji organizacji kolejnych koncertów stwierdza wprost: „Nikt nie jest w stanie tego zrozumieć. Byli ludzie, którzy na całym świecie się za nas modlili”.

Przypomina sobie ponadto, iż diagnoza była niczym uderzenie, które całkowicie zmieniło perspektywę życia. Jak sam artysta stwierdza, omawiane doświadczenie wyleczyło go z egoizmu, co doprowadziło do dwuletniego urlopu od pracy.

 

Lęk może prowadzić do nadziei

Zapoznając się z doniesieniami medialnymi na wspomniany temat, dowiedzieć się można było, iż Bublé w stanie załamania rezygnuje z dalszej kariery. Informacja ta okazała się jednak nieprawdziwa. Istotniejsze jednak w tej sytuacji jest, iż słuchając jego słów dostrzec można człowieka, który daleki jest od doświadczenia stanu rozpaczy.

W rozmowie prowadzonej z gospodynią programu „Exclusive” piosenkarz nie krył wzruszenia. Widać, że świadomość niespodziewanego zbliżenia się śmierci jego syna wywołuje w nim przerażenie. Jednocześnie jednak Bublé bardzo wyraźnie podkreśla, że jest wdzięczny.

Z jednej strony spotkał się z szalonym wręcz zachowaniem własnej siostry, która zdecydowała się z rodziną zmienić miejsce zamieszkania, by być bliżej w razie potrzeby wsparcia brata. Z drugiej strony piosenkarz nie przestaje dziękować tysiącom ludzi mającym różną drogę do Boga, którzy zapewniali go o swojej modlitwie.

Doświadczenie wdzięczności wyraźnie porusza go, a jednocześnie wręcz zachęca do dzielenia się nadzieją. Jego syn Noah znajduje się obecnie w stanie remisji. Bublé wprost stwierdza, że ostatnie lata postrzega z perspektywy otrzymanej łaski, a także siły, jaką dała mu wiara, którą emanował nawet jego menadżer: ani razu nie pytał, kiedy artysta wróci na światowe estrady, ale każdego dnia zapewniał o modlitwie.

 

A może to miła komercja?

Słuchając podobnych deklaracji związanych z końcem kariery bądź przewartościowaniem swojego życia, złośliwy może powiedzieć, że to „takie amerykańskie”. W końcu Bublé wraz ze swoją żoną Luisianą zawiesili swoje kariery już w 2016 r., gdy pod koniec października dowiedzieli się o lekarskim rozpoznaniu. Być może to „odgrzewanie tematu”. Sceptyk może powiedzieć jeszcze, że piosenkarz zdążył się dorobić, a więc nawet jeśli przejdzie kiedyś na wcześniejszą emeryturę, to i tak nie doświadczy biedy.

Słucham Michaela Bublé od lat. Pamiętam, jak w trakcie jednego z programów muzycznych Kuba Wojewódzki nazwał go „Nieślubnym synem Franka Sinatry”. Zdanie lekko kąśliwe, ale genialnie pokazujące wielkość talentu tego nadal młodego piosenkarza, którego świetne aranżacje amerykańskich kolęd pewnie wybrzmią już niebawem w wielu polskich domach.

Bublé w wywiadzie dla „Daily Mail Weekend” wprost stwierdził, że zamierza dokończyć pracę nad albumem „Love”, po czym kończy aktywność publiczną. Szczerze pisząc, nie wiem, czy piosenkarz ten definitywnie kończy pracę. Nie wiem, jak to się stało, że wypowiedź jego została źle zrozumiana. Być może był tu element marketingu, choć słuchając jego słów raczej w to nie wierzę. Bublé bowiem mówiąc o synu, nie przestaje dziękować.

Słowa takie jak: łaska, wdzięczność, nadzieja i wiara nieustannie pojawiają się w jego wystąpieniach medialnych. Zmiana perspektywy nie jest tutaj tylko pustym frazesem i pojmie to każdy, czyje dziecko niespodziewanie zachorowało na schorzenie, które przeraża. Myśląc o Bublé mam jednak także inną refleksję.

 

Wracam do domu

Michael Bublé pojawił się w Polsce kilkanaście lat temu. Jego pierwszym, najbardziej znanym utworem była piosenka „Let me go home”. Warto do niej dzisiaj wrócić. Padają w niej bowiem m.in. takie słowa:

„Kolejny samolot, kolejne słoneczne miejsce
Wiem, że jestem szczęściarzem, ale chcę do domu
Muszę wrócić do domu
Pozwól mi wrócić do domu
Jestem za daleko od miejsca, w którym jesteś Ty
I chcę wrócić do domu”.

W kolejnych wersach artysta stwierdza:

„I czuję się tak, jakbym żył życiem kogoś innego”.

W końcowej części utworu dodaje: „Miałem swój czas, to się skończyło. Muszę wrócić do domu”.

Michael Bublé nie porzucił kariery. On w końcu znalazł swój dom.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail