Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Spacery po cmentarzu i mój Dzień Wspomnień Rodzinnych – lubię 1 listopada!

SPACER NA CMENTARZU
Jan Graczyński/EAST NEWS
Udostępnij

To czas, w którym mogę podzielić się tym, co ważne z moimi dziećmi. To chwile zadumy, opowieści o przeszłości i zapalane w kolejnych miejscach znicze. Zapał i przejęcie, jakie widzę w dziecięcych oczach, gdy opowiadam o odwadze ludzi walczących za wolność, której sami nie doświadczyli, a dzięki której my możemy cieszyć się spokojem codzienności.

Radosne świętowanie

Święto Zmarłych – ta nazwa pojawia się wszędzie, od stacji telewizyjnych po warzywniak, w którym robię zakupy. Wprawdzie przedstawiciele Kościoła co roku przypominają i powtarzają, że to dzień Wszystkich Świętych, czyli wspomnienie wszystkich osób zbawionych, mam jednak wrażenie, że te komentarze nie docierają poza kościelne mury.

Może dlatego, że dużo chętniej słuchamy dyskusji o Halloween? A może dlatego, że w samym Kościele zdarzają się niespójności? Pierwszego listopada słyszę najpierw płomienne kazanie na temat radości zbawionych w Niebie. Potem pojawiam się na cmentarzu i już z daleka słyszę procesję i donośne: “Dooooobry Jezu, a nasz Paaaanie, daj im wieczne spoczywanie”. Z radosnym świętowaniem kojarzy się to raczej słabo…

Może właśnie dlatego przez długi czas czułam, że nie lubię tego wszystkiego: zatłoczonych ulic przy cmentarzu, tłumów i hałasu zagłuszającego to, co najważniejsze. I może dlatego uparcie szukałam własnego sposobu na przeżywanie tego dnia.

 

Dzień rodzinnych wspomnień

Dla mnie pierwszy listopada to nie „święto zmarłych”. To również nie tylko dzień Wszystkich Świętych. To również Dzień Wspomnień Rodzinnych. Dzień pamięci o bliskich, którzy też byli niekiedy święci w swoich wyborach, a jednocześnie bardzo ludzcy w codziennych zmaganiach. I dzień, w których moje dzieci mają szansę uczyć się tego, czego nie nauczy ani katecheta, ani żaden z nauczycieli.

Bardzo lubię wejherowski stary cmentarz, istniejący od połowy XIX wieku. Od wielu lat nie odbywają się tu już pogrzeby i nawet 1 listopada alejkami spaceruje tylko garstka osób. Zaraz za bramą wejściową znajduje się grób mojego prapradziadka. Jest niewielki i pewnie na nikim nie robi większego wrażenia. Dla mnie jest jednak niezwykle ważny. To dowód na to, że tu są moje korzenie. Mimo wielu przeprowadzek i zmian w moim życiu, mam to miasto, jego ulice i historię. Miejsce, które w pewnym sensie pozostaje niezmienne i jest dowodem na to, że jestem stąd. Dosłownie z dziada pradziada.

 

Podróż w czasie

Czas spędzony na starym cmentarzu jest dla mnie w pewnym sensie małą podróżą w czasie. Otaczają mnie historie ludzkich miłości i dramatów sprzed lat. Ukochane żony i matki, opłakiwane przez nieutuloną w żalu rodzinę. Dzielni młodzi mężczyźni, prawie chłopcy, którzy oddali życie w walce o wolność w 1939 roku. Więźniowie obozu koncentracyjnego Stutthoff, których pamięć czcimy w szczególny sposób, bo byli wśród nich również członkowie naszej rodziny. To część historii miasta i część mojego życia.

1 listopada to dzień, w którym mogę sobie o tym przypomnieć. To również czas, w którym mogę podzielić się tym, co ważne z moimi dziećmi. To chwile zadumy, opowieści o przeszłości i zapalane w kolejnych miejscach znicze. Zapał i przejęcie, jakie widzę w dziecięcych oczach, gdy opowiadam o odwadze ludzi walczących za wolność, której sami nie doświadczyli, a dzięki której my możemy cieszyć się spokojem codzienności. I historie rodzinne – ich niesamowite piękno i urok.

Wspomnienia Dziadków, stare zdjęcia, anegdoty, które nie nudzą się, mimo że opowiadane są po raz kolejny. Przywoływane słowa i obrazy nie mają w sobie nic ze „święta zmarłych”. Wręcz przeciwnie – w jakimś sensie ożywiają tych, którzy odeszli.

To coś niesamowicie cennego, co jednocześnie bardzo łatwo przeoczyć. Tak często tracimy energię na dyskusję o Halloween, dyni i tym, że „Holy wins” (jakby to, że ŚWIĘTY wygrywa, nie było oczywiste dla wierzącego katolika). I żeby było jasne – sama wcale nie należę do osób, które będą bronić świętowania Halloween. Nie tylko dlatego, że plastikowe pająki, nietoperze i równie stylowe dodatki za 4,99 zł w promocji kłócą się z moim poczuciem estetyki. Przede wszystkim dlatego, że ten hałas i brzydota odciągają moją uwagę od czegoś, co jest dużo ważniejsze.

Stać nas przecież na coś więcej. Stać nas nie tylko na wykrzykiwanie, co katolik powinien, a czego nie powinien robić na przełomie października i listopada. Stać nas nie tylko na walkę z fanami halloweenowych zabaw, ale na zagłębienie się w piękno i dziedzictwo naszych rodzin. Stać nas na prawdziwe świętowanie – na radość z Nieba pełnego świętych i ziemi pełnej śladów inspirujących ludzi. Również tych, którzy chodzili po tych samych ścieżkach, co my. Dalekich przez upływ lat, ale wciąż bliskich przez wspomnienia i miłość, jaką nosimy w sercu.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail