Aleteia

Ida Nowakowska-Herndon: Pan Bóg jest nieodłączną częścią mojego życia i nie potrafię Go schować do kieszeni

IDA NOWAKOWSKA-HERNDON
Agnieszka Śnieżko/EAST NEWS
Udostępnij

Polska tancerka i aktorka. Występowała w musicalach „Piotruś Pan”, „Taniec wampirów”, „Koty” i „Upiór w operze” w warszawskim teatrze Roma oraz w spektaklach „Romeo i Julia” i „Metro” w teatrze Buffo. Dużą popularność przyniosła jej rola jurorki w dziewiątej edycji programu TVN „You Can Dance – Po prostu tańcz”. W rozmowie dla Aletei opowiada o swoim małżeństwie, które często dzieli Ocean, o trudnych rozstaniach, a przede wszystkim o Panu Bogu, który jest jej największą pasją i inspiracją.

Anna Salawa: Ty w Polsce, twój mąż w Stanach. Jak radzicie sobie w takim związku na odległość?

Ida Nowakowska-Herndon: Odległość chyba jest już częścią naszej relacji. Choć marzymy, żeby jednak dalekie dystanse przestały być częścią naszego małżeństwa. Owszem, warto czasem zatęsknić, ale dłużej to już przesada. Żadna rozłąka, która trwa dłużej niż dwa tygodnie, przecież nie buduje relacji. Wiadomo, każdy potrzebuje bliskości. Na szczęście coraz bardziej dążymy do tego, żeby nasze życie nie było na walizkach. Planujemy to wszystko unormować.

Marzymy o stabilizacji, o dziecku. Ale musimy poczekać, aż mąż skończy studia. Razem studiowaliśmy aktorstwo, wtedy też się poznaliśmy, ale niedawno mój mąż to porzucił i zaczął studiować dyplomację. I pewnie ze względu na jego przyszłą pracę będziemy się musieli co dwa, trzy lata przeprowadzać. Ale bardzo marzy mi się być normalną żoną, stworzyć normalny dom, bo na razie to trochę taki duplex na dwóch kontynentach stworzyliśmy.

Na szczęście, bardzo dużo ze sobą rozmawiamy. Znamy się 8 lat, z czego 3 lata jesteśmy po ślubie. I to, co przede wszystkim dla nas jest ważne, to że bardzo chcemy ze sobą być. Niepotrzebne nam romanse, bo nie mamy na to czasu, chęci, energii. Ja chcę spędzić fajne życie z moim mężem, bo on mnie ekscytuje i wiem, że on też tego chce.

 

Znana jesteś z tego, że publicznie opowiadasz o swoich wartościach. Czy w show-biznesie ludzie zaczepiają cię ze względu na twoją wiarę?

Przede wszystkim nigdy nie ukrywałam się ze swoimi wartościami. Pan Bóg jest nieodłączną częścią mojego życia i nie potrafię Go schować do kieszeni. Często dostaję też od obcych ludzi wiadomości, w których piszą, że zawsze biła ode mnie pozytywna energia i kiedy dowiadują się, że jestem osobą wierzącą, to już wiedzą skąd TO mam… Bardzo często dziękują mi, że publicznie mówię o Panu Bogu.

Na co dzień mam dużą styczność z nastolatkami, bo prowadzę różne warsztaty, mam swój kanał na Instagramie, który obserwuje sporo młodzieży. A umówmy się, że dla nastolatków wiara nie jest cool. I wtedy, jak osoba z telewizji, która występuje w programie You Can Dance otwarcie mówi, że Pan Bóg jest Kimś bardzo ważnym, mam świadomość, że dla nich to bardzo mocne wyznanie.

 

I zdarza się, że ludzie znając twoje poglądy, w chwilach kryzysu przychodzą i proszą cię o modlitwę albo o wsparcie?

Dwie moje koleżanki dokonały aborcji. Bardzo się tego wstydziły, nie potrafiły sobie poradzić z tym, co się stało i przyszły do mnie, aby porozmawiać. Było to dla mnie trudne doświadczenie. Nie wiedziałam, jak do tego podejść. Bardzo wierzę w Miłosierdzie i w przebaczenie, i że Jezus każdemu przebacza. Z drugiej strony jestem bardzo przeciwna aborcji, uważam to za ogromne zło, zamach na życie, które jest największym cudem i darem.

Nie mogłam tym dziewczynom powiedzieć, że są beznadziejne, że nie powinny tak robić, bo one nie tego oczekiwały, zresztą ja też tak nie uważałam. One wiedziały, że zrobiły coś złego, żałowały. Czuły się takie niewarte uwagi, niegodne. Starałam się im pokazać, że to jedno wydarzenie nie przekreśla całego ich życia. Że nadal mogą być dobrymi matkami, dobrymi ludźmi.

 

Swoją wiarę wyniosłaś z domu?

Ja zawsze chodziłam do kościoła, wierzyłam w Pana Boga, dla mnie to było bardzo normalne. Ale jak to u każdego, bywały w moim życiu różne okresy. Byłam wychowana w katolickiej rodzinie, ale oboje moi rodzice byli artystami i ta wiara chyba była taka bardziej otwarta. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek zmuszał mnie do chodzenia do kościoła. Sama chciałam. Jak byłam małą dziewczynką, bardzo pociągało mnie, że trzeba pracować nad sobą, dążyć do ideału, a zarazem dobrze mi było z wiedzą, że jest Ktoś na górze, kto się nami opiekuje, chroni.

Dużą inspiracją w wierze jest też dla mnie moja mama. Szczególnie doceniłam to po stracie taty. Jest bardzo silną kobietą, w swoim życiu przeżyła sporo śmierci różnych bliskich i mam wrażenie, że ją to mocno życiowo zahartowało. Dla mnie jest piękną kobietą. Nie miała żadnych operacji plastycznych, a pomimo wieku nadal jest piękna. I kiedy ktoś ją pyta, co robi, że tak dobrze wygląda, ona odpowiada: „wierzę w Pana Boga. On mi daje taką świeżą, ładną twarz i energię do życia”. Albo mówi: „a no tak, właśnie wróciłam z kościoła, to był mój lifting”. Bardzo mnie to inspiruje.

 

Co daje ci bycie w Kościele? 

Dzięki Panu Bogu jestem bardzo wyluzowana. Wiele osób stara się o jakieś role, walczy. Wiem, ja też ciężko pracuję. Naprawdę. Ale mam w sobie spokój, że Pan Bóg się o resztę zatroszczy. Czasem żartujemy sobie z przyjaciółką Marceliną Zawadzką, jak to ciężko musimy pracować… Ale potem się śmiejemy, że hola, na co my narzekamy. Robimy to, co kochamy i jeszcze możemy nazywać to pracą.

A mi się w życiu wszystko wydaje łatwe, bo mam Pana Boga za plecami, który nadaje mi do wszystkiego dystansu. Ale to życie z Panem Bogiem ma też drugą stronę. Ciągle czuję, że muszę zrobić więcej. Że muszę dać więcej z siebie ludziom.

 

I nigdy nie było żadnego przełomowego momentu w twojej wierze?

Oczywiście, że były. Jeśli chodzi o przełomowe momenty, to pamiętam, że na studiach trafiłam na pewne spotkanie modlitewne. W jednym miejscu modliło się jakieś pół tysiąca osób. Zrobiło to na mnie kolosalne wrażenie. Młodzi, piękni ludzie, którzy modlili się do Pana Boga. Pamiętam, że po tym spotkaniu byłam prawie przez rok na duchowym haju.

To był właśnie taki jeden z przełomowych momentów w mojej wierze. I po tym czasie nadszedł też taki okres oświecenia. Że powoli zaczęłam odkrywać kolejne prawdy wiary. Zrozumiałam, jak ważny jest sam Kościół jako wspólnota. Doceniłam też swoją polskość. W Los Angeles gdzie mieszkałam, chodziłam do kościoła do polskiej parafii. I niestety, na nabożeństwach byłam zawsze najmłodszą osobą.

 

A kryzysy?

Największy nastąpił po śmierci mojego taty. Byłam wściekła na Pana Boga. Nie rozumiałam, dlaczego tata musiał odejść… Przecież całe życie starałam się żyć według Bożych przykazań, być dobrym człowiekiem, a On nagle zabiera mi kogoś tak bardzo dla mnie ważnego. Dużo złości we mnie było.

 

Jak sobie poradziłeś w tej trudnej sytuacji?

Pewnego dnia natrafiłam na książkę pt. Sztuka żałoby, gdzie było opisane, jak przeżyć z Chrystusem trudny czas po stracie kogoś bliskiego. Że trzeba dać sobie czas, by się wypłakać. Bo nie ma się co łudzić, że życie po stracie danej osoby wróci do swojego dawnego porządku. Ono już nigdy nie będzie takie same. Powoli uczyłam się żyć tylko ze wspomnieniami o tacie. Wiem, że on jest już w lepszym miejscu. Że tam już jest spełniony. Czyli taki, jak my ciągle staramy się w tej naszej codzienności być.

To był w ogóle trudny czas, bo na przestrzeni pół roku straciłam trójkę osób z rodziny – odszedł najpierw mój tata, potem jego siostra, czyli moja ciocia, a potem brat mojej mamy.

 

Z jednej strony śmierć taty, z drugiej strony twój ówczesny chłopak przychodzi do Ciebie wtedy z pierścionkiem i prosi cię o rękę…

Tak, mój mąż oświadczył mi się zaraz po śmierci taty. Siedziałam wtedy w Warszawie i on się bał, że ja już nie będę chciała wrócić do Stanów. Jak przyszedł do mnie z pierścionkiem (zresztą sam go zrobił), byłam w szoku, bo przecież byliśmy bardzo młodzi.

Niby przyjęłam zaręczyny, ale bardzo się od niego oddaliłam. Nie chciałam się przywiązywać, bo skoro i tak wszyscy, których kocham odchodzą, to po co…

Wtedy czułam, że życie jest takie kruche, ulotne, że trzeba je wykorzystać tylko w dobry sposób… A mój przyszły mąż wydawał mi się wtedy taki zawadiacki, młody, jeszcze w takim studenckim wirze z poczuciem, że świat należy do niego i wszystko może. I przyznam, że ta jego postawa strasznie mnie wtedy irytowała.

Ja w ogóle nie chciałam wtedy z nim być. A on się uparł i powiedział, że wie, że znajduję się teraz w bardzo trudnym okresie życia, on wielu rzeczy nie rozumie, ale tylko on do mnie pasuje, że będzie przy mnie, nauczy się być dla mnie wsparciem i chce być moim mężem.

I pamiętam, że tą postawą mnie rozmiękczył. Mogłam krzyczeć, płakać, kopać, denerwować się, a on był i czekał. To był bardzo trudny rok dla nas. Ale dzięki Bogu udało się nam go przetrwać.