Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Postanowiła, że skończy ze sobą. Spakowała dzieci do samochodu i nacisnęła gaz do dechy [świadectwo]

Shutterstock
Udostępnij

„Nie spodziewała się, że przypadkowe spotkanie na środku pustyni zmieni całe jej życie” – opowiada Jim Murphy.

Myślisz, że nie nadajesz się do tego, żeby mówić innym o Jezusie, bo brak Ci odwagi, charyzmy i nie masz magisterki z teologii? Spokojnie! Jeśli jesteś gotowy, aby uważnie słuchać innych ludzi, to możesz naprawdę sporo zdziałać.

Tak twierdzi Jim Murphy – człowiek, który zdarł na ewangelizacji buty. Dosłownie. Ponad 14 par. Przez ok. 2 lata przemierzał Stany Zjednoczone modląc się za swój kraj.

W lutym 2019 r. odwiedził Polskę, aby w ramach organizowanego w Tyńcu kursu LTC (Leadership Training Course) szkolić ok. 150 liderów wspólnot charyzmatycznych pochodzących z 9 krajów świata. Na co dzień jest przewodniczącym Rady Światowej Koordynacji Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej (ICCRS) oraz dyrektorem ds. Formacji Liderów.

Na potwierdzenie tego, że powinniśmy mniej mówić, a więcej słuchać, podzielił się z nami następującą historią:

 

Jim Murphy opowiada

To wydarzyło się, gdy szedłem przez 2 lata z krzyżem przez Amerykę. Zbliżałem się do Nowego Meksyku i musiałem pokonać trasę prowadzącą przez spaloną słońcem pustynię. Tak jak wcześniej, dołączyło do mnie parę osób. Po kilku godzinach wędrówki zgubiliśmy się!  Ludzie, którzy wiedzieli, że będę przechodził przez ten teren, wysłali mi lokalnego przewodnika. Okazało się, że również on nie był w stanie odnaleźć drogi na szlak. Tak! Byłem zależny od przewodnika, który również się zgubił!

Starałem się nie okazywać irytacji, ale w środku wszystko kotłowało się we mnie. Byliśmy gdzieś na środku pustyni i kręciliśmy się w kółko. Wołałem do Boga: „Panie, dlaczego dałeś mi przewodnika, który zgubił się? Przecież to jego teren.”

Nagle zobaczyliśmy samochód, który mknął w naszą stronę z ogromną prędkością. Nie wiem skąd się tam wziął. Nie staliśmy przecież na drodze. Auto zatrzymało się tuż koło nas. Wysiadła z niego kobieta i zapytała nas: „Kim wy jesteście?” – Jesteśmy grupą chrześcijan – odpowiedziałem nieśmiało. – Idziemy z krzyżem przez Amerykę i mówimy ludziom o tym, jak bardzo Bóg nas kocha.

Chyba nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Wyciągnęła portfel i podała mi zdjęcie chłopaka. Piękna twarz i ciepłe spojrzenie. Wyglądał jakby miał ok. 16 lat. „To mój syn. Dzisiaj mija 2 lata, odkąd został zabity. Stał na ulicy i czekał na zielone światło. I nagle znalazł się w samym środku strzelaniny. Porachunki gangów. Dostał strzał prosto w serce. Pewnie zmarł jeszcze zanim jego głowa upadła na chodnik”.

Zaniemówiliśmy. „Od tego dnia nie umiem się modlić, nie jestem w stanie przytulić mojego męża. Nasze małżeństwo praktycznie nie istnieje. Nie umiem nawet wziąć na kolana naszych dzieci. Moje serce jest jak kawałek lodu.  Nie modlę się, ale całkiem sporo piję” – podsumowała. „To jest takie niesprawiedliwe, że został zamordowany!”, wykrzyknęła mi w twarz. „Dlaczego tak się stało?” – pytała.

Nie wiedziałem, co powiedzieć…  Po chwili milczenia w końcu przemogłem się.

„Wiesz… Żadne słowa nie są w stanie wyrazić, jak bardzo jest mi przykro z powodu tego, co CI się przytrafiło. Ja nigdy nie przeżyłem czegoś takiego. Ale mamy w naszym teamie osobę, której syn został zabity przez gang, podobny do tego, o którym mówisz. I to był wspaniały chłopak, tak jak Twój chłopiec. Wiem, że z powodu Jego śmierci, ojcu tego chłopaka pękło serce. Myślę, że wiem trochę o tym, co On przeżywa i dzięki temu potrafię w pewnym stopniu wyobrazić sobie, co Ty musisz czuć…”

Kobieta od razu spojrzała na mnie z zainteresowaniem. „Gdzie On jest? Chcę z nim od razu porozmawiać! On na pewno mnie zrozumie!”, zawołała.

„Wiesz, to Bóg Ojciec, który stracił swojego chłopca,”, powiedziałem. „Zabili Go ludzie z gangu podobnego do tego, o którym Ty mówisz. I to było bardzo niesprawiedliwe… Zrobili to jacyś szaleńcy… Nie wiem, co CI powiedzieć, ale wiem, że Ojciec wie, czego potrzebujesz… Oddajmy Mu to…” – zaproponowałem.

Kobieta patrzyła mi głęboko w oczy.

„Połóż, proszę, dłonie na krzyżu. Staniemy sobie tutaj za Tobą, a Ty porozmawiaj sama z Ojcem”, powiedziałem. Trwało to dłuższą chwilę. Staliśmy za nią i modliliśmy się w ciszy. Nagle kobieta gwałtownie podskoczyła i zaczęła płakać… Gdy zobaczyłem, że płacze, odruchowo położyłem dłoń na jej policzku i wziąłem na palec pierwszą łzę. Przyłożyłem ją do krzyża i po chwili zobaczyłem, że ta łza zostało niejako wchłonięta przez drewno krzyża. Pomyślałem: To jest właśnie to, co robi Jezus. On bierze na siebie nasze łzy, nasz ból.

„Co tu się dzieje?” – zawołała nagle nieznajoma.

„Myślę, że coś dzieje się w Twoim sercu”, odpowiedziałem.

„Tak, czuję ciepło w sercu, czuję, że…  Znowu chce mi się żyć!” – zawołała nieznajoma. W tym momencie usłyszałem dobiegające z samochodu głosy małych dzieci. „Mamo, mamo! Wszystko z tobą w porządku?”, wołały. Kobieta podała mi krzyż i zawołała dzieci, żeby szybko przybiegły do niej. Rzuciły się jej w ramiona, a ona, płacząc, przytula je mocno i wołała: „Jak ja Was kocham! Tak bardzo Was kocham!” Ona, która nie chciała się wcześniej nimi opiekować! „Wybaczcie”, zwróciła się do nas.  „Muszę szybko jechać do domu do mojego męża”. Pocałowała krzyż i ze łzami rzuciła się nam na szyje.

Odchodząc do auta zapytała nas pośpiesznie: „A co wy w ogóle robicie tutaj na środku pustyni?”. Cóż, nie przyznałem się, że jakiś kiepski przewodnik sprawił, że zgubiliśmy się tam.

„Nie macie o tym pojęcia, ale ja 2 godziny temu spakowałam dzieci do auta i wyjechałam z domu. Chciałam skończyć ze sobą. Jechałam 160 km/ha przez pustynię, płacząc. Dzieci były przerażone. W życiu nie spodziewałabym się, że na końcu tej drogi znajdę pokój i uzdrowienie!”

To było niesamowite i uświadomiło mi jak ważne jest, abyśmy dali prowadzić się Bogu. Przez 4 godziny kręciliśmy się w kółko z lokalnym przewodnikiem, który nie mógł odnaleźć drogi. Gdybyśmy byli na szlaku, to nigdy nie spotkalibyśmy tej kobiety. Gdyby przyjechała tam 5 minut wcześniej lub później, nie doświadczyłaby tam uzdrowienia.

– Widzisz – mówił Jim. –  Ta historia pokazuje, że gdy chcesz mówić innym o Bogu, nie musisz być świetnym mówcą. Nie musisz też rozwiązać od razu wszystkich problemów, z jakimi borykają się ludzie, którzy do ciebie przychodzą. Musimy bardziej ufać Bogu i dać się Mu prowadzić. Słuchaj ludzi i przyprowadzaj ich do Jezusa! On zajmie się nimi najlepiej!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail