Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Marianna – matka, która wychowała świętego

MARIANNA POPIEŁUSZKO
Paweł Skraba/REPORTER
Udostępnij

Choć pewnie Kościół nie wyniesie jej na ołtarze, może być „nieoficjalną” patronką tych wszystkich matek, w których życiu radość macierzyństwa splata się ze łzami bólu. Czyli... każdej matki.

Marianna Popiełuszko – matka świętego

„Ja jestem ból do samego nieba” – powie o sobie po śmierci syna. Ćwierć wieku później dane jej będzie uczestniczyć w jego beatyfikacji. Marianna Popiełuszko – matka, która wychowała świętego.

Jej twarz znamy ze zdjęć – poorana zmarszczkami, naznaczona cierpieniem, ale pełna pokoju. Cieszyło ją bycie z ludźmi – czasem wolała zrezygnować z posiłku, żeby mieć czas na rozmowę. Dusza towarzystwa, chętnie opowiadała dowcipy, chociaż sama rzadko się śmiała. Ale każdą okazję wykorzystywała, żeby przekazywać to, co według niej było sensem życia.

 

W Boga wierzyć

„Najważniejsze to w Boga wierzyć i Boga mieć na pierwszym miejscu” – rzuciła kiedyś na pożegnanie jednemu z biskupów. A dziennikarzom, którzy przyjechali do Okopów zobaczyć dom rodzinny przyszłego błogosławionego, wypaliła – „Bez Boga to ni do proga. Czuwajcie, by był razem z wami, bo gdzie jest Bóg i wiara, tam i zwycięstwo będzie”.

Rytm życia Marianny Popiełuszko wyznaczały pory roku. Gospodarstwo było spore, kilkanaście hektarów, ale ziemia słaba – trzeba było włożyć wiele wysiłku, żeby utrzymać liczną rodzinę. Codzienność wypełniona była więc obowiązkami – sianie, plewienie, wyprowadzanie krów na pastwisko, gotowanie… Nawet w wysokiej ciąży nie przerywała pracy.

W niedzielę 14 września 1947 roku poszła jak co wieczór oporządzić krowy. Tam poczuła, że maleństwo w jej łonie pcha się na świat. Zdążyła jeszcze wrócić do domu, a już po kilku chwilach trzymała w ramionach syna – swoje trzecie dziecko. Przez całą ciążę modliła się o łaskę powołania dla rozwijającego się pod jej sercem dziecka, dlatego jako patrona wybrała dla niego św. Alfonsa, który był gorliwym i świętym kapłanem. Ze zrozumieniem przyjęła jednak decyzję syna, kiedy na V roku seminarium zmienił imię na Jerzy. I choć w jej sercu na zawsze pozostał Alkiem, we wspomnieniach nie powiedziała o nim inaczej, jak „ksiądz Jerzy”.

 

Nie mówić źle o innych

Kilka lat po narodzinach Alka rodzinę dotknęła pierwsza tragedia – na rękach Marianny umarła nagle niespełna dwuletnia Jadwisia, czwarte z pięciorga jej dzieci. Dla całej rodziny śmierć tej rozszczebiotanej dziewczynki była ogromnym ciosem. Ale życie musiało toczyć się dalej. Marianna jak co dzień wstawała przed wszystkimi, aby rozpalić ogień w piecu, oporządzała dzieci i wychodziła w pole. W niedzielę prowadziła wszystkich do kościoła – 5 km, które musieli pokonać, było świetną okazją do odmawiania różańca.

Zresztą modlitwa towarzyszyła jej przez cały czas. Uczyła dzieci klękać do niej zaraz po przebudzeniu i na kolanach kończyć dzień. Wychowywała je na szlachetnych, prawych ludzi. „Uczyłam, żeby nie mówić źle o innych i dla każdego być dobrym” – wspomni potem, zeznając w procesie beatyfikacyjnym.

 

Oddałam syna Kościołowi

Kiedy po maturze Alek oznajmił rodzinie, że wstępuje do warszawskiego seminarium, jej serce opanowały sprzeczne uczucia: radość, że jej syn będzie księdzem, ale i ból, że od teraz będzie już daleko. „Oddałam go Kościołowi” – powiedziała wtedy, powtórzy to potem jeszcze wiele razy, także wtedy, kiedy po śmierci ks. Jerzego władze namawiać ją będą na pochowanie go w rodzinnej Suchowoli. „Oddałam go Kościołowi” – powie, domagając się, aby spoczął tam, gdzie żył, pracował i cierpiał. Ale wcześniej, przez lata jego seminarium i kapłaństwa „oddałam go Kościołowi” będzie dla niej oznaczać rzadkie, krótkie spotkania, oddalenie i tęsknotę, a potem także lęk o jego życie. Przyjmowała to wszystko jako oczywistą, matczyną ofiarę.

Ksiądz Jerzy starał się jak mógł, aby uchronić rodziców przed lękiem. Nie opowiadał o gęstniejącej wokół niego atmosferze, o donosach, przesłuchaniach i prowokacjach władzy. Ale mama swoje wiedziała – w domu słuchała Radia Wolna Europa, a oglądając Dziennik Telewizyjny szukała informacji o synu. To z niego dowiedziała się i o porwaniu, i o znalezieniu ciała.

Pamiętała, że Jerzy podczas ostatnich odwiedzin niespodziewanie rzucił – „jakbym zginął, to tylko nie płaczcie po mnie”. Już wtedy ją zmroziło. Kiedy kilka tygodni później, 30 października 1984 roku jechała zidentyfikować ciało swojego syna, wiedziała już, że te słowa były prorocze. I nie płakała – jej mąż głośno krzyczał z rozpaczy, a ona siedziała jak skamieniała. I taka była przez cały czas – spokojna, nieruchoma. „Ja jestem ból do samego nieba” – powie potem o sobie.

Łzy popłynęły dopiero, kiedy stanęła przy otwartej trumnie i zobaczyła zmaltretowane ciało. Swój ból łączyła wtedy z bólem Maryi cierpiącej pod krzyżem. I choć od chwili śmierci Jerzego potrafiła odmawiać już tylko bolesne tajemnice różańca, to powtarzała: „Niech im Pan Jezus daruje. Najbardziej bym się cieszyła, żeby oni się nawrócili. Ja już im przebaczyłam”.

 

Życie było dobre

Po śmierci syna jej życie zmieniło się diametralnie. Ta prosta, niewykształcona kobieta, która wcześniej rzadko opuszczała rodzinne Okopy, teraz gdy tylko mogła przyjeżdżała na grób syna. A tam spotykała wielkich tego świata – Margaret Thatcher, Georga Busha, Vaclava Havla, biskupów i kardynałów z całego świata. Tam też zbolałych rodziców przytulił Jan Paweł II. „Matko, dałaś światu wielkiego syna” – powiedział jej, ale ona natychmiast odpowiedziała „Ojcze Święty, nie ja dałam, ale Bóg dał przeze mnie światu”.

W końcu, 6 czerwca 2010 roku doczekała chwili niezwykłej: na placu Piłsudskiego w Warszawie poprowadziła różaniec, modląc się z tysiącami zebranych tam ludzi, a po chwili słyszała, jak kardynał Angelo Amato ogłasza, że jej syn został włączony w poczet błogosławionych Kościoła.

Odeszła 19 listopada 2013 roku. „Życie było dobre” – stwierdziła kilka lat wcześniej, zeznając przed trybunałem beatyfikacyjnym. To dobre życie było wielokrotnie naznaczone śmiercią bliskich jej osób. Lista członków rodziny, których odprowadzała na tamten świat, jest długa – oprócz dwojga dzieci i swoich rodziców pochowała zabitego w czasie wojny młodszego brata, młodziutką synową, 18-letniego wnuka, dwóch mężów ukochanych wnuczek…

Życie i śmierć w jej domu były ze sobą nierozerwalnie splecione. „Ale przecież bez krzyża nie da się do nieba dostać” – tłumaczyła zawsze, kiedy ktoś pytał ją o cierpienie. I choć pewnie Kościół nie wyniesie jej na ołtarze, może być „nieoficjalną” patronką tych wszystkich matek, w których życiu radość macierzyństwa splata się ze łzami bólu. Czyli… każdej matki.

Wszystkie cytaty za „Matka świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko”. Milena Kindziuk, Znak 2012

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail