Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Maciej Musiał o Bogu: Poczułem bezwarunkową czułość [wywiad]

MACIEJ MUSIAŁ
Beata Zawrzel/REPORTER
Udostępnij

„Poczułem, jak przychodzi do mnie Bóg. Przytula mnie. Poczułem niekończącą się, bezwarunkową miłość, przebaczenie, akceptację. Z oczu pociekły mi łzy. I to było moje osobiste, empiryczne doświadczenie. Nie potrzebuję nauki, która coś udowodni. Wtedy przestałaby to być wiara, miałbym tylko wiedzę” – mówi Maciej Musiał.

Z Maciejem Musiałem, aktorem (znanym m. in. z seriali „Ojciec Mateusz”, „Rodzinka.pl”) i prezenterem telewizyjnym, współpomysłodawcą, producentem wykonawczym i bohaterem pierwszego polskiego serialu Netflixa „1983”, studentem Akademii Sztuk Teatralnych im. S. Wyspiańskiego w Krakowie, rozmawia Małgorzata Bilska. Aktor pojawił się ostatnio w kolejnej produkcji Netflixa – „Wiedźmin”.

 

Maciej Musiał o tym, jak został aktorem

Małgorzata Bilska: Aktorstwo wyniosłeś z domu za sprawą zaangażowanych w teatr rodziców. Marzyłeś jako dziecko o wyborze innego zawodu? Strażaka, lekarza albo artysty, lecz z innego obszaru sztuk?

Maciej Musiał: Najpierw chciałem być Tabalugą [smok z serialu animowanego pod tym tytułem – przyp. MB], potem Power Rangersem, a potem chyba kierowcą tira jadącego przez Stany Zjednoczone. Był jeszcze fizjoterapeuta, fotograf mody (modelek)… Z tym aktorstwem to jakoś samo wyszło. Tak jak wspomniałaś, rodzice mają własny teatr dla dzieci. Codziennie pakują kostiumy, scenografie i jadą do przedszkoli grać dla dzieciaków. Kiedyś tata zabrał mnie na casting do reklamy. Udało się. Zagraliśmy w niej obaj. To chyba były soki Cappy, zresztą można to znaleźć gdzieś na YouTube. Najpierw był plan zdjęciowy jako alternatywa do siedzenia na matmie w szkole, później możliwość spotykania i poznawania ciekawych dorosłych. Z czasem to środowisko stało się naturalne i pojawiła się chęć studiowania samego zawodu aktora. Stąd Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie i moje ostatnie trzy lata życia spędzone właśnie tam.

Bardzo wcześnie zacząłeś grać w popularnych serialach. Pamiętasz jeszcze pierwsze dni na planie?

Pamiętam pierwsze dni „Rodzinki.pl”. To było zaraz po „39 i pół”, które uwielbiałem. Byłem fanem Tomka Karolaka (grał tam główną rolę) i bardzo się stresowałem jego obecnością. Okropnie mnie onieśmielał. Dlatego starałem się być zawsze perfekcyjnie przygotowany; mieć kilka wariantów sceny. On to doceniał, był mnie ciekawy i tak się zaprzyjaźniliśmy. To bardzo dobry człowiek. Z resztą „rodzinki” też się bardzo zżyliśmy, często spotykamy się poza planem.

Stres minął wraz z rutyną czy coś z tego zostało?

Nowy projekt, nowy plan zdjęciowy zawsze był dla mnie stresujący. Jest do dziś. Nagle wchodzi się w zupełnie nową, kilkudziesięcioosobową grupę, przed którą trzeba płakać, śmiać się, pokazywać emocje. Ta strona towarzyska zawsze mnie stresowała, ale to tylko pierwsze dni. Potem ludzie się zżywają.

 

Maciej Musiał: Najlepszą formą ewangelizacji jest postawa wierzącego

Publicznie mówisz, że wierzysz w Boga. Jego istnienie nie jest dowiedzione przez nauki empiryczne, co jest zarzutem przeciw wszystkim religiom. Skąd czerpiesz wiarę? 

Gdy miałem 17 lat, moja mama bardzo chciała, żebym przed 18-stką pojechał z nią na rekolekcje. Prowadził je pewien charyzmatyczny ojciec, a konferencje mówił Robert Tekieli. Dla świętego spokoju zgodziłem się. W drogę zabrałem wszystkie urządzenia elektroniczne, na których miałem gry: telefon, laptopa, PSP. Ale zapomniałem zabrać ładowarek. Niestety po 9 godzinach drogi (rekolekcje były w Kowarach) wszystko mi się rozładowało. Chcąc nie chcąc, musiałem zaangażować się w rekolekcje.

I co się wydarzyło?

Po trzech dniach, które były mało owocne (w moim przekonaniu), odbywała się modlitwa wstawiennicza, podczas której Robert, ojciec i reszta uczestników rekolekcji modliła się za każdego po kolei. Przyszła moja kolej, wyszedłem na środek. Ojciec nałożył na mnie dłonie i zaczął się modlić. A ja poczułem, jak przychodzi do mnie Bóg. Przytula mnie. Poczułem niekończącą się, bezwarunkową miłość, przebaczenie, akceptację. Z oczu pociekły mi łzy. I to było moje osobiste, empiryczne doświadczenie. Nie potrzebuję więc nauki, która coś udowodni. Wtedy przestałaby to być wiara, miałbym tylko wiedzę.

Jak widzisz rolę nas, świeckich katolików, w głoszeniu Ewangelii?

Myślę, że najlepszą formą ewangelizacji jest postawa wierzącego. Jego bezinteresowna miłość do drugiego człowieka. Spotykam czasem osoby głęboko wierzące, radosne. Widzę, jak świecą im się oczy. Spotyka mnie od nich dużo dobra i to jest dla mnie ewangelizacja. Osobiście nie czuję mocy ewangelizacyjnej, bo wiem, jak wygląda moje życie, często dalekie od wzorowego. Ale gdy ktoś mnie pyta o to, w co wierzę – mówię.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail