Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Przynoszę chorej żonie Pana Jezusa w komunii. Gabrysia od 18 lat żyje z silnym bólem mięśni (wywiad)

GABRYSIA, KLARA, ROBERT
fot. archiwum rodzinne
Udostępnij

Niektórzy nazywają Gabrysię Klimek polską Joanną Berettą Mollą. Inni zachodzą w głowę, jak udało się jej przyjąć 36 dawek chemioterapii i przeżyć. Jej mąż Robert mówi wprost: „kiedy się poznaliśmy, zobaczyłem anioła”. Przeczytajcie jego opowieść o niemal 22-letnim małżeństwie, w którym obok ogromnego cierpienia mnoży się dobro.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Gabrysia Klimek z Jastrzębia-Zdroju od 18 lat choruje na nowotwór tkanki łącznej i nabłonkowej, obejmujący głównie mięśnie. W 2009 roku, kiedy przechodziła drugi cykl chemioterapii i już wiedziała, że jest bezpłodna, okazało się, że pod jej sercem rośnie córeczka. „Klara okazała się światłem w naszym życiowym tunelu” – przekonuje Robert Klimek. W rozmowie z Aleteią opowiada, jak uczy się być „mężem na miarę”, z czym zmaga się na co dzień i jak to się stało, że przynosi swojej żonie komunię św.

 

Dominika Cicha: Inni pacjenci mówią o niej: „anioł na ziemi. Mimo że cierpi, ma w sobie spokój, z którego chce się czerpać”. A Mateusz Ochman pisze: „to kobieta, która ma więcej odwagi i męstwa niż wszyscy faceci na Facebooku razem wzięci”. To jaka w końcu jest Gabrysia?

Robert Klimek: Pewnego razu, kiedy leżała w szpitalu, zauważyła kobietę, która bardzo bała się leczenia. Lekarze mieli z nią spory problem. Gabrysia postanowiła pójść do niej, zagadnąć. Na drugi dzień wszyscy zauważyli zmianę. Pacjentka stwierdziła, że jak posłuchała Gabrysi – tego, co ona przeszła, to pomyślała, że sama głupoty wyprawia i zmieniła swoje nastawienie. To jest właśnie to anielskie usposobienie.

A odwaga? Kolejny przykład: w pierwszych latach choroby zdiagnozowano u niej grasiczaka, przyszło do operacji na otwartym mostku. Dzień wcześniej Gabrysia przechodziła przez szpitalny korytarz, obok dyżurki lekarskiej. Usłyszała, jak anestezjolodzy razem z ordynatorem chirurgii omawiają jej sytuację. Ponieważ ma chore mięśnie, może się nie wybudzić z narkozy. Anestezjolodzy mówili, że nie podejmą się jej usypiania, bo to za duże ryzyko. Toczyła się dyskusja, ordynator w końcu powiedział, że bierze całą odpowiedzialność na siebie. Proszę sobie wyobrazić, co siedzi w głowie takiej osoby, która słyszy, co lekarze mówią o jej jutrzejszym zabiegu. Jaką trzeba mieć odwagę, żeby pozwolić się jednak uśpić! Mnie, jako mężczyźnie, w takiej sytuacji pewnie by jej brakowało. 

Zawsze taka była?

Kiedy ją poznałem, zobaczyłem anioła… To była moja studniówka, 1993 rok. Zaprosiłem na nią koleżankę, a kolega z klasy – znajomą z klatki obok, Gabrysię. Tak się zdarzyło, że zostaliśmy posadzeni przy tym samym stoliku, naprzeciwko siebie. Sala gimnastyczna, przyciemnione światła, świeczka na stole, dość romantycznie. I siada przede mną taka piękna blondynka, o długich kręconych włosach… Zatkało mnie. Przetańczyliśmy całą noc. Moja koleżanka i kolega jakoś nam to wybaczyli. Zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie poprosiłem dziewczyny o telefon. Proszę pamiętać, że to były czasy przedkomórkowe! Gabrysia też nigdy nikomu nie dała numeru. To się stało, jak się rozstawaliśmy na studniówce… Zadzwoniłem, umówiłem się, przyszedłem z czekoladą, co okazało się strzałem w dziesiątkę. I jakoś to się potoczyło.

Zobaczcie rodzinne zdjęcia naszych bohaterów:

Choroba przyszła nagle?

Pierwsze dwa-trzy lata znajomości nie wskazywały, że coś się może posypać. Gabrysia była w szkolnym zespole tanecznym, uprawiała łyżwiarstwo figurowe. Była żywa, bardzo sprawna. Później zaczęły się anginy. Tak częste i mocne, że najpierw trzeba było nacinać Gabrysi migdały, potem je usunąć, bo już prawie ją udusiły. To były jakieś symptomy, że coś się zaczyna dziać w organizmie. Ale kto by wiązał jakieś tam anginy z tym, co później nastąpiło…

Pobraliśmy się w 1998 roku, skończyliśmy studia, Gabrysia zaczęła pracę jako pedagog w szkole podstawowej i prowadziła wychowanie do życia w rodzinie. Popracowała niecałe 3 lata. W maju 2001 roku, kiedy niosła ciężki plecak z książkami, którymi wyposażała swój gabinet pedagoga, wyskoczył jej dysk. Jak już poszła na L4, tak do pracy nigdy nie wróciła. Dwa lata z kawałkiem mieliśmy takiego małżeństwa „normalnego”.

Szybko dowiedzieliście się, co stoi za tymi dolegliwościami?

Ostateczna diagnoza trwała 3 lata… Badania, rozmowy ze specjalistami. W końcu trafiliśmy do świętej pamięci już profesora reumatologii. Powiedział nam, jaką widzi przyczynę choroby, i to się później potwierdziło w badaniach laboratoryjnych. Stwierdził, że w pewnym momencie, kiedy układ odpornościowy Gabrysi się osłabił przez te anginy, do głosu doszedł wirus cytomegalii, który miała w organizmie. Powiedział, że z takim wirusem to właściwie każdy człowiek chodzi na co dzień, tylko że zdrowy organizm spokojnie sobie z tym radzi. Natomiast przy osłabionym układzie odpornościowym wirus przedostał się do każdej komórki organizmu Gabrysi i zmodyfikował kod DNA. Od tego momentu układ odpornościowy zaczął sam siebie rozpoznawać jako ciało obce i atakować.

Taka była diagnoza i wszystkie późniejsze kroki, które podejmowaliśmy w leczeniu, łącznie z chemioterapiami, miały w założeniu odwrócić proces modyfikacji kodu DNA i przywrócić ten pierwotny. W praktyce się okazało, że to było tylko utrzymywanie Gabrysi przy życiu i łagodzenie objawów, żeby jakoś poprawić jej jakość życia. Nic nie wpłynęło na przyczynę choroby.

W ramach leczenia znalazło się 36 dawek chemioterapii. A to oznacza, że – jak mówi lekarz – „siła życia Gabrysi jest nieporównywalna z niczym innym. To jest jej cecha genetyczna i to jest jej wybawienie”.

Profesor, który prowadzi Gabrysię przez te wszystkie lata, powiedział nam wprost, że zgodnie z podręcznikami tej samej chemioterapii można dostać maksymalnie 12 dawek w ciągu całego życia. Ale po pierwszym takim cyklu minęło trochę czasu, widać było, że stan mięśni Gabrysi się pogarsza, więc profesor zdecydował się na rozpoczęcie drugiego 12-dawkowego cyklu. To na rok, półtora poprawiło troszeczkę siłę mięśniową, ale potem znowu nastąpiło pogorszenie. Poza wszelkimi zaleceniami zdecydowaliśmy się na trzeci taki cykl.

 

Klara – światełko w tunelu

Od jakiegoś czasu wiedzieliście, że nie macie szansy na dziecko. Jajniki Gabrysi wyglądały jak u 80-latki.

Zdiagnozowano ją jako kobietę bezpłodną, po menopauzie. Potwierdziło to tylko, dlaczego nie miesiączkowała od kilku miesięcy. Byliśmy wtedy po trzydziestce. Na naturalny sposób zostania rodzicami przestaliśmy liczyć, adopcja też nie wchodzi w grę, jeśli kobieta jest w takim stanie zdrowia, że nie będzie mogła się dzieckiem opiekować. Pogodziliśmy się, że do końca naszych dni będziemy we dwójkę.

Aż tu nagle cud!

Odjazd był taki, że nie wiem! Pojechaliśmy na kolejną rutynową wizytę na onkologię. Wcześniej morfologia, badania na wszystkie strony. Zawsze parametry Gabrysi były wystrzelone w kosmos. A tu nagle okazało się, że wszystko jest prawie w normie. Pani doktor zadzwoniła do laboratorium z pytaniem, czy przypadkiem nie pomylono nazwiska z wynikami. Szybko zleciła też kolejne badanie. Już wtedy miała na myśli test ciążowy z krwi. Dostała wyniki, zaprosiła nas i mówi, że 30 lat kariery nie pozwala jej wymyśleć scenariusza, na podstawie którego okazało się, że Gabrysia jest w zdrowej ciąży. Przez ten pierwszy trymestr, który jest najważniejszy dla dziecka, Gabrysia była na chemioterapii! Tym bardziej niewytłumaczalne jest, a my to traktujemy w kategoriach cudu, że Klara jest zdrowa, nie przejęła żadnych wirusów od mamy. Wiadomość gruchnęła nam na głowę, dostaliśmy kilkanaście minut na decyzję, co robić.

To chyba jedno z najtrudniejszych pytań, jakie można usłyszeć w życiu: „żona czy dziecko?”.

Odstawiać chemioterapię, potencjalnie kosztem życia Gabrysi i ratować dziecko czy kontynuujemy leczenie z ryzykiem utraty dziecka? W kaplicy szpitalnej moment tylko trwała narada z Górą. Gabi stwierdziła, że skoro chemia może ją zabić, to brak chemii też może ją zabić. Odstawiamy ją więc na tyle, na ile będzie trzeba, żeby ratować nowe życie.

Żona podjęła decyzję, a pan się zgodził?

Kiedyś tak to postrzegałem, ale od pewnego czasu widzę, że to była na podświadomym poziomie decyzja wspólna. Jeszcze zanim została wypowiedziana.

Po ośmiu miesiącach ciąży urodziła się Klara, dla was „światełko w życiowym tunelu”, dla lekarzy „zagadka śląskiej medycyny”.

Gabrysia rodziła w szpitalu klinicznym, więc było przy tym kilkunastu studentów. Wszyscy, łącznie ze mną, w fartuchach zielonych, maseczkach, wyglądali jak klony. Położna pyta, czy jest na sali tatuś. Zgłosiłem się. – A wiadomo, jak córka będzie miała na imię? – Tak, Klara będzie. – Klara, Klara… To z jakiegoś nowego serialu? Bo to rzadkie imię. – Nie, to od świętej Klary! Więc ten serial trwa już dość długo, od 800 lat.

Studenci zapytali, ile lat minęło od ślubu. Pan na to, że 11 i że córka-niespodzianka. A ci w śmiech!

Wiadomo, jak to studenci zrozumieli! Było przy tym trochę śmiechu, ale i ewangelizacji.

Klara jest córeczką tatusia?

Mamusi też! Mają bardzo dobrą relację i bardzo się kochają. Klara ciągle chce spać z mamusią, na zegarek tak zwany, czyli w nocy dookoła łóżka. Czasami można dostać piętą w nos (śmiech). Wiadomo, to są uroki rodzicielstwa, nie do przecenienia! Źle by było bez nich! Klara, odkąd zaczęła chodzić i mówić, musiała szybciej dorastać emocjonalnie, niż jej wiek na to wskazywał. Właśnie ze względu na sytuację w domu. Jest bardzo zdolną dziewczynką, świetnie wszystko zapamiętuje. Mało tego, chodzi do drugiej klasy szkoły muzycznej. Gra na… niech pani zgadnie, na czym może grać Klara!

Na klarnecie?

Oczywiście!

A do tego pięknie śpiewa.

Chodzi na warsztaty wokalne. Muzyka to jej pasja. W ostatnie święta pierwszy raz do rodzinnego kolędowania przygrywała nam na klarnecie.

 

Boję się, czy Gabrysia się obudzi

Jak wygląda wasza codzienność?

Zaczyna się od porannej garści pigułek. Policzyłem – ok. 30 dziennie musi połknąć. To są leki, które regulują gospodarkę hormonalną, duże dawki sterydów i najsilniejsze leki przeciwbólowe. Większość czasu Gabrysia leży. Trochę po domu może pochodzić. Nie jest przykuta do łóżka, ale spacer 200-metrowy to dla niej wyzwanie na miarę zdobycia K2. Wiąże się to z bólem, który jest  później okupiony bardzo długim czasem leżenia w jednej pozycji. Nie może się praktycznie wcale poruszać. Jak jeździmy do szpitali, lekarzy, to po takich trzech godzinach Gabrysia dzień – dwa po prostu musi leżeć, czekając, aż się bóle mięśniowe zmniejszą. Zakupy, przymierzenie jakiegoś ubrania czy buta to też jest wyzwanie logistyczne – Gabi jeździ w samochodzie, leżąc na tylnej kanapie, bo na siedząco nie da rady przejechać kilkunastu minut. Później znowu dzień – dwa musi leżeć, faszerując się dodatkowo opiatami. Jak Klara, która jest teraz w czwartej klasie, przychodzi odrobić lekcje, Gabrysia leży i tak jej tłumaczy. Taka proza życia naszego jest.

Gabrysia od początku choroby żyje z ciągłym bólem?

Ma permanentny ból mięśni. Leki przeciwbólowe różnej maści, które bierze kilka razy dziennie, tylko go łagodzą. Przez te 18 lat nie zaznała spokoju. Są sytuacje, w których każdy ruch, wysiłek fizyczny, ćwiczenia rehabilitacyjne, a więc praca mięśni, to ból fizyczny. Czasami nawet podniesienie kubka z herbatą jest dla niej problemem. Z tych powodów nie mogła brać córki na ręce. Raz – żeby jej nie upuścić, dwa – żadne dźwiganie nie wchodziło w grę. Gabrysia mogła przytulać córkę tylko na leżąco, nie mogła jej ponosić, nie mogła jej wykąpać w wanience, nie mogła iść z nią na spacer z wózkiem. Zwykłe gesty, które każda matka chciałaby wykonać wobec swojego dziecka. Choroba okradła ją z macierzyństwa w pełnym wymiarze.

Cały czas żyjecie w stresie?

To stres związany przede wszystkim z tym, że nie wiadomo, czy Gabrysia się rano obudzi. Jednym z objawów jest u niej momentalny spadek ciśnienia. Nawet do wartości 80/40. Bardzo często jest tak, że Gabrysia leży, rozmawiamy, a ona nagle jakby zasnęła. Jakby jej ktoś eter podłączył do nosa. Trzeba jej od razu podać leki, bo serce może nie wydolić. Takie sytuacje ciśnieniowe się zdarzają często, dlatego Gabrysia nie może na dłużej zostawać sama. Zawsze musi być pod ręką ktoś, kto zareaguje. Mieszkamy bardzo blisko jej rodziców, sąsiedzi znają sytuację. To jest stres, z którym trzeba się nauczyć żyć, bo nie można tylko o tym myśleć i o niczym więcej, a z drugiej strony nie da się do tego przyzwyczaić, no bo w jaki sposób?

W nocy też pan czuwa?

To są noce nieprzespane bardzo często. Podanie leku na ciśnienie nie zawsze od razu pomaga, trzeba co kilka minut je mierzyć i czasem dokładać dawkę.

 

Przez myśl mi nie przeszło, żeby postąpić inaczej

Kiedy żona zachorowała, musiał pan całkowicie przeorganizować życie.

Z wykształcenia jestem magistrem finansów i bankowości, jeszcze w trakcie studiów podjąłem pracę w banku, doszedłem do stanowiska zastępcy dyrektora oddziału, więc ta kariera się rysowała całkiem fajnie. Ale nagle przychodził marzec, a ja już miałem wykorzystany cały urlop na gabinety lekarskie i korytarze szpitalne. Co dalej w ciągu roku robić? Byłem zmuszony zostawić pracę etatową i założyć firmę. Nie byłem związany terminami, ale z drugiej strony nie miałem stałego wynagrodzenia, co mocno wpływa na brak stabilizacji finansowej. Mieliśmy więc dodatkowe czynniki stresogenne, z którymi musieliśmy nauczyć się żyć. To była dla mnie nauka bycia mężem na miarę okoliczności, jakie Pan Bóg przede mną stawiał w życiu.

Wciąż słyszy pan czasem pytanie: „dlaczego z nią jesteś??

Zdarza się. Nie mogę powiedzieć, że się do niego przyzwyczaiłem, bo nigdy się nie przyzwyczaję. Za każdym razem wzbudza nieciekawe emocje. Zdarzają się osoby, które „z podziwem” patrzą, że nie poukładałem sobie życia inaczej. Ale z reguły same może miały mniej szczęścia w związkach. To jest stwierdzenie, które nie do końca liczy się z godnością człowieka. Dla mnie – jak to Pawlak zwykł mawiać w „Samych Swoich” – „Słowo droższe pieniędzy”. A jeżeli takie słowo się daje jak przysięga małżeńska, przed Panem Bogiem, przed ołtarzem, ludźmi w kościele, a potem się wycofuje, to coś jest nie tak. Trzeba się było znaleźć w tej nowej sytuacji. Ani nawet przez ułamek sekundy przez myśl mi nie przeszło, żebym mógł inaczej postąpić. I będę to podkreślał.

Co to jest miłość?

Miłość małżeńska, do żony… Nie potrafię znaleźć słów. To największy dar, jaki mogłem dostać od Pana Boga. Podobnie mogę powiedzieć o miłości rodzicielskiej. 

Używa pan często liczby mnogiej: zmieniliśmy leki, odstawiliśmy chemię…

Jak jest choroba w domu, to to rzecz naturalna!

A może dowód na to, że stanowicie z żoną jedno?

Szczerze mówię, że tak, ale nie byłoby takiej więzi i rozumienia, gdyby od samego początku małżeństwa i choroby nie towarzyszyli nam wspaniali kapłani, którzy nas tego uczyli, m.in. wspólny spowiednik i kierownik duchowy. Głęboko wierzę, że kierownik, mając obraz małżeństwa z dwóch stron, a do tego pewien dar, potrafi fantastycznie prowadzić małżonków i uczyć ich takich rzeczy, że samodzielnie by w życiu do tego nie doszli. A nam Pan Bóg wielokrotnie stawiał takich ludzi, dzięki którym dalej jesteśmy w stanie ciągnąć ten krzyż.

 

Przynoszę żonie Jezusa

Od początku była też wspólna, małżeńska modlitwa?

Oj, tutaj muszę panią zdziwić. Kiedyś byłem jednym z najgorszych wariantów: letnim. Było mi obojętne, czy pójdę do kościoła w niedzielę na mszę czy nie. Gabrysia była zawsze osobą wierzącą, więc jak mi powiedziała „chodź ze mną”, no to szedłem. Tylko że nie przywiązywałem do tego takiej wagi. Sytuacja zaczęła się zmieniać w 2005 roku. Postawa naszego świętego papieża, jego ostatni tydzień, w którym żegnał się ze światem, ten obraz, jak siedzi w swoim gabinecie w czasie ostatniej drogi krzyżowej, patrzy w telewizor, przytulony do krzyża – to było tak silne, że właściwie z minuty na minutę zaczęło się u mnie nawrócenie. Jak klasyczny neofita chciałem być na wszystkich rekolekcjach, wszystkiego chciałem się dowiedzieć naraz… I tu znowu mądrość kierownika duchowego, który pokazywał mi drogę.

Aż ta droga doprowadziła pana do posługi szafarza!

I znów wracam do tego niezwykłego kapłana, bo to był jego pomysł. W pewnym momencie powiedział mi: „Robert, słuchaj, jeżeli Gabrysia nie może chodzić do kościoła, ja przychodzę raz w miesiącu odprawić u was Eucharystię, to dlaczego nie mógłbyś zostać szafarzem? Miałaby komunię świętą co tydzień”. No i tak mnie urabiał… pięć lat. „Nie, bo ja nie jestem godzien, nie nadaję się” – stosowałem argumenty fałszywej skromności. Wiadomo, czyja to sprawka.

Co się stało, że w końcu dał pan za wygraną?

Pojechałem na rekolekcje ignacjańskie do Zakopanego, na fundament. Kierownik duchowy zapytał mnie: „co ci Pan Jezus na medytacjach powiedział?”. Ja zdziwiony, o co chodzi. Ale powiedziałem mu, z jaką decyzją się param. On mi zadał tylko jedno proste pytanie: „kocha pan swoją żonę?”. Ja oburzony: no jak to, oczywiście! „To proszę to zrobić dla niej”. To było dla mnie jak uderzenie obuchem w głowę. Czułem się jak św. Piotr, kiedy Jezus go pytał trzy razy: a kochasz ty Mnie? To była jedna sekunda, kiedy podjąłem decyzję, że tak. I to moje szafarzowanie trwa już prawie 6 lat.

Gabrysia wspomniała kiedyś, że kiedy przyszedł pan do niej z komunią św. po raz pierwszy, zobaczyła w panu samego Jezusa.

Pamiętam też reakcję Klary, która miał wtedy cztery lata. Jej się wydawało, że anioł przyszedł. Taka biel biła, tkanina wyprana, wyprasowana… Bóg w dom!

 

Nowa nadzieja na zdrowie

Teraz, po 18 latach, pojawiła się w końcu nadzieja, że Gabrysia wyzdrowieje.

To jest coś, co po raz pierwszy nie dotyka tylko objawów, nie ślizga się po powierzchni, ale w teorii dociera do przyczyny choroby. Kiedyś profesor, który postawił diagnozę powiedział nam, że nie wie jak Gabrysi pomóc. Ale dodał, że gdyby w przyszłości dało się w jakiś sposób zastąpić chore komórki komórkami macierzystymi, to to odwróciłoby stan chorobowy, a procesy z autoimmunoagresji zaczęłyby się wygaszać. Dowiedzieliśmy się o takiej metodzie opracowanej w Nowej Zelandii, doustnej, co jest bardzo ważne – Gabrysia nie musi leżeć w szpitalu, żeby to przyjmować. Cały proces może potrwać 1,5-2 lata, więc jest dosyć powolny, ale pojawiła się nadzieja, że z miesiąca na miesiąc może być widać postępy. Pierwszy raz nie będziemy łagodzić objawów i utrzymywać Gabrysi przy życiu, ale starać się dotrzeć do przyczyny choroby i ją wyeliminować.

Aby wesprzeć Gabrysię i Roberta Klimków, kliknij TUTAJ.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail