Aleteia

Kobiety z warszawskiego więzienia. Macierzyństwo, Bóg i potępienie za kratkami [wywiad]

WIĘZIENIE DLA KOBIET
Donat Brykczyński/REPORTER
Udostępnij

Książka „Skazane. Historie prawdziwe” to zapis rozmów, które Katarzyna Borowska i Anna Matusiak-Rześniowiecka przeprowadziły z kobietami odbywającymi karę pozbawienia wolności w więzieniu na warszawskim Grochowie. „Mam taką głęboką prośbę do każdego czytelnika, zarówno książki, jak i tego wywiadu, żeby – zanim osądzi którąś z bohaterek – wyobraził sobie, że ona kiedyś była dzieckiem. Małą, bezbronną dziewczynką” – mówi Katarzyna Borowska.

Katarzyna Szkarpetowska: Czym były dla ciebie spotkania z kobietami za kratami?

Katarzyna Borowska: Dla mnie te spotkania były poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, jaka historia przyprowadziła je do tego miejsca, co takiego się wydarzyło, spotkało je bądź ich rodziny, że teraz są tutaj, za kratami. Starałam się odsunąć fakty, które znałam – wiedzę o tym, za jakie czyny nasze rozmówczynie odbywają karę pozbawienia wolności – i spotkać się z kobietą, po prostu. Kiedyś usłyszałam od znajomej, że za każdym, nawet najtrudniejszym wydarzeniem, stoi jakieś cierpienie.

Tak też było w przypadku kobiet, z którymi rozmawiałyście?

Tak. Pamiętam, jak jedna z dziewczyn, która odsiadywała wyrok za zabójstwo, na początku wydała mi się taka… nieczująca. Ja cały czas czułam, że ona nie czuje.  Mówiła na przykład: „Wiem, że skrzywdziłam rodzinę kobiety, której odebrałam życie”, ale to cały czas było na poziomie wiedzy i rozumu. Zadałam sobie wtedy pytanie: dlaczego ona powtarza te słowa jak formułkę? Co sprawiło, że tak się „zamroziła”?

Potem dowiedziałam się, że jej tata zmarł nagle, gdy ona była jeszcze małą dziewczynką. Zakrztusił się w trakcie jedzenia. Jej matka została wdową, ona straciła ukochanego tatę. Być może, tak sobie później  pomyślałam, to wydarzenie dla niej jako dziecka było do tego stopnia traumatyczne, że aby przetrwać, potrzebowała odciąć się od swoich uczuć.

Czy trudno było wam namówić osadzone na zwierzenia?

Nie. My nawet nie namawiałyśmy. Zaczęło się od projektu fotograficznego „A co jest Twoim więzieniem?”, w ramach którego pracowałam m.in. nad kalendarzem o tym samym tytule. Robiłam osadzonym zdjęcia, wcześniej przechodziły zewnętrzną metamorfozę – makijaż, ubranie, biżuteria… Już wtedy zaczęły się przede mną otwierać. Gdy zaprosiłyśmy je do podzielenia się swoją historią na łamach książki, chętnie się zgodziły.

Rozmowy odbywały się w obecności więziennego strażnika?

Nie. Wchodziłyśmy do celi, która była zaadaptowana na więzienną świetlicę. W pomieszczeniu znajdowały się metalowo-drewniane taborety. Strażniczka zamykała nas od zewnątrz. Z każdą kobietą rozmawiałyśmy od godziny do półtorej. Tyle miałyśmy czasu. Było to wcześniej ustalone z służbą więzienną.

Jakie warunki higieniczne panują w zakładzie karnym? Czy osadzone mają możliwość zadbania o swój wygląd zewnętrzny?

Na tyle, na ile mogą, dbają o siebie. Malują paznokcie, farbują włosy. Niektóre, głównie narkomanki, mówiły, że teraz wyglądają lepiej niż na wolności. Dużo do życzenia pozostawia stan uzębienia. Warunki higieniczne są kiepskie. Cela jest niewielka, mieszkają w niej 3-4 kobiety. W środku znajdują się prycze, stolik, umywalka i kibelek. Raz w tygodniu mają kąpiel. I nie ma znaczenia, że kobieta ma np. miesiączkę.

W jaki sposób radzą sobie w „te” dni?

Do plastikowych butelek po napojach wlewają wodę z kranu i polewają sobie krocze.

Jak przeżywają rozłąkę z bliskimi?

Bardzo ciężko. Jedna z nich, Iza, narkomanka, która została skazana za rozboje, mówiła, że dla niej najtrudniejsze jest to, że nie ma kontroli nad dziećmi. Opiekę nad nimi sprawuje jej mama. Ona w ogóle swoich dzieci nie widuje, matka jej nie odwiedza, nie przywozi wnucząt do więzienia. Może z nimi jedynie porozmawiać przez telefon – osadzonej przysługuje dziennie pięć minut rozmowy telefonicznej. To dla tych kobiet ogromne cierpienie. Nie mogą swoich dzieci ustrzec, ochronić, przytulić, kiedy tego potrzebują.

Bardzo trudno jest zrealizować macierzyństwo, będąc za kratami. Jakiś czas temu Fundacja Dom Kultury zorganizowała akcję polegającą na tym, że skazane czytały bajki, które następnie zostały zgrane na płytę – dziewczyny mogły je swoim dzieciom podarować.

Niektóre, z powodu drogi przestępczej, straciły dzieci – trafiły one do rodzin zastępczych, do adopcji. Jedna z nich mówiła, że najbardziej żal jej tego, że już nigdy nie pójdzie z mamą na zakupy, ponieważ dostała wyrok 25 lat i ta prawdopodobnie nie dożyje jej wyjścia na wolność. Dojmująca jest też rozłąka z mężczyzną. Niby są widzenia intymne, ale kobiety raczej z nich nie korzystają. Wolą je zamienić na widzenie z dzieckiem.

Jak patrzą na zło, które popełniły?

Poza nielicznymi wyjątkami, nie próbują się usprawiedliwiać. Były oczywiście kobiety, które mówiły, że znalazły się w więzieniu niesłusznie, że to sędzia był niedobry itd., ale większość z nich krytycznie ocenia to, co zrobiła. Wiedzą, że czyn, który popełniły, jest godny potępienia.

Niektóre z nich potępiają też siebie, a szkoda, bo w ten sposób nie dają sobie szansy i, w konsekwencji, ponownie wracają do zakładu karnego. Jedną z nich, młodą, bardzo ładną dziewczynę, zapytałyśmy o to, czy myśli jeszcze o zamążpójściu, o założeniu rodziny. Odpowiedziała: „A kto by mnie chciał?”. Uważała, że mężczyzna bez kryminalnej przeszłości nie byłby zainteresowany założeniem z nią rodziny.

A co z duchowością za kratami?

Niektóre mówiły, że odnalazły tu Boga. Że wiara w Niego, modlitwa bardzo im pomaga.

Czy jest coś takiego, co – twoim zdaniem – łączy wszystkie te historie, które zebrałyście w książce? Coś, co jest wspólnym mianownikiem?

Tak, według mnie jest to relacja z bliskimi – z matką i z ojcem. Książka, która napisałyśmy, jest tak naprawdę hołdem dla matek, bo to najczęściej one pozostają przy swoich dzieciach, gdy te trafiają za kraty. Z drugiej strony widzę, jak wielkie przełożenie na życiorysy bohaterek naszej książki ma brak bliskości. Iza, o której wspomniałam na początku, opowiadała, że któregoś razu była tak naćpana, że trafiła na dołek. Po powrocie do domu czuła się fatalnie. Pragnęła, żeby matka ją przytuliła. Gdy chciała się do niej zbliżyć, ta zesztywniała. Za którymś razem – gdy po raz kolejny ramiona matki były usztywnione – po prostu zrezygnowała z siebie. I to już była równia pochyła.

Mam taką głęboką prośbę do każdego czytelnika, zarówno książki, jak i tego wywiadu, żeby – zanim osądzi którąś z bohaterek – wyobraził sobie, że ona kiedyś była dzieckiem. Małą, bezbronną dziewczynką.