Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jezus schodzi do moich „piekieł”: Panie, wołam do Ciebie z dna mojego grzechu!

SCHODY
Robert Gomez/Unsplash | CC0
Udostępnij

Przychodzi taki moment, kiedy nie potrafisz już dalej wmawiać sobie, że masz nad tym kontrolę. Bóg, widząc mnie pokonanego przez grzech, wchodzi w moje doświadczenie bycia grzesznikiem. Schodzi na jego dno – do moich „piekieł”.

Ile to już razy?

„Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo żałuję, obiecuję poprawę…”. Ile razy w życiu już to powiedziałeś? Dziesiątki razy? Setki? Ponad tysiąc? Znasz już to poczucie upokorzenia, że znów wyznajesz to samo; że to znów ten sam po raz nie wiadomo który powtórzony grzech; że to jest silniejsze od ciebie. Już tyle razy sobie i Panu Bogu obiecywałeś, że „nigdy więcej” i po raz kolejny nic z tych obietnic – przecież najszczerszych – nie wynikło.

Przychodzi taki moment, kiedy nie potrafisz już dalej wmawiać sobie, że masz nad tym kontrolę – że wystarczy tylko trochę więcej czujności i silnej woli. Kiedy przed oczami staje ci bolesna prawda o tym, że to po prostu zniewolenie, nałóg.

Co czujesz? Upokorzenie, złość, wstyd, nawet rozpacz. Bo przecież próbowałeś, chciałeś i nic. Bo wiesz, że to prędzej czy później znowu się stanie. Bo nie masz już pomysłu, jak z tym walczyć, ani nawet wiary w to, że ta walka w ogóle ma sens.

Dojmujące poczucie, że jesteś po prostu śmieszny w tych swoich obietnicach i żałosny w zmaganiach. A do tego dochodzi nieraz także i to straszliwe odkrycie, ile ten twój grzech ci już zabrał i wciąż zabiera. Ile w tobie, w twoim życiu, w ludziach wokół zniszczył.

 

Śmierć dla niewolnika

Skazańca nie trzeba było do krzyża przybijać. Wystarczyło odpowiednio mocno przywiązać go do szubienicy we właściwy sposób. Wygięta nienaturalnie klatka piersiowa zapadała się, a skazaniec powoli się dusił. Aby zaczerpnąć tchu, musiał wspierając się na omdlewających z wycieńczenia (lub przybitych) nogach i podciągając na wyrwanych uprzednio ze stawów ramionach doprowadzić do takiego ułożenia klatki piersiowej, w którym możliwe było zaczerpnięcie tchu.

Pomagała w tym niewielka deseczka umocowana na pionowej belce nieco powyżej lędźwi, o którą podciągnąwszy się, mógł się na chwilę oprzeć – na tyle jednak wąska, by nie można było dłużej się na niej utrzymać. A więc już po chwili skazaniec zsuwał się gwałtownie ze zdradzieckiego oparcia, przy szarpnięciu tracił dech i tortura walki o niego zaczynała się od początku.

Agonia mogła trwać nawet i kilka dni. O to w sumie chodziło. To była śmierć dla najgorszych bandytów, dla zbuntowanych niewolników. Szło nie tylko o to, by skazaniec umarł, ale aby się nacierpiał, ile to tylko możliwe. Jego powolne konanie miało być „nauczką” dla wszystkich, którzy je widzieli. Miał zatęsknić za śmiercią. Miał o nią błagać.

Upokorzony wystawieniem na publiczny widok (ukrzyżowania odbywały się wszak publicznie, najczęściej nieopodal bram miasta lub na skrzyżowaniach dróg) i swoją nagością (krzyżowano zazwyczaj nago). Wycieńczony do granic wytrzymałości żałosną i z góry skazaną na klęskę walką o przeżycie, której nie potrafił jednak zaprzestać (bo człowiek nie jest w stanie przestać walczyć o oddech).

Tak, to była śmierć dla najgorszych zbrodniarzy. Długa, powolna, straszliwa, hańbiąca. Tak umierał za ciebie i za mnie Jezus – zrównany ze zbrodniarzami.

 

Zstąpił do piekieł

A przecież – jak mówi prorok – „On grzechu nie popełnił”. Był absolutnie czysty, niewinny, niepokalany. Dobrowolnie wybrał śmierć złoczyńcy, bandyty, potwora. Aby spotkać mnie na krzyżu moich grzechów. A być ze mną – absolutnie winnym – tam, gdzie mnie grzech zabija i upokarza. Tam, gdzie ja jestem już całkowicie bezradny wobec mojego grzechu i zmiażdżony jego konsekwencjami.

Święty Paweł pisze do mieszkańców Koryntu, że Bóg „dla nas uczynił grzechem tego, który nie znał grzechu” (2 Kor 5,21). Chrystus grzechem? Zdumiewające zdanie. Stwierdzenie, które burzy nasz spokój. Przekracza nasze zdolności rozumienia i pojmowania.

Tak. W ten „drastyczny” sposób Apostoł wyraził jeden z najważniejszych punktów Dobrej Nowiny: Bóg nie poprzestaje na przyglądaniu się moim grzechom z dezaprobatą. Bóg, widząc mnie pokonanego przez grzech, obezwładnionego grzechem, nie pozostaje na zewnątrz. W Jezusie wchodzi w moje doświadczenie bycia grzesznikiem – bycia pokonanym, sponiewieranym grzechem. Schodzi na jego dno – do moich „piekieł”.

Ja przez grzech odchodzę od Boga. On szuka mnie w moim grzechu. Ja się od Niego oddalam i opuszczam Go tysiące razy. On nigdy mnie nie zostawia i nie opuszcza. I jeśli tylko ja, łotr przygwożdżony swoim grzechem do krzyża, zawołam (lub wyszepczę resztką sił): Jezu, wspomnij na mnie… to usłyszę Jego odpowiedź-obietnicę: Dziś ze mną będziesz w raju.

A każda dobra, szczera spowiedź – jak mawiał święty proboszcz z Ars – to moment, kiedy zostajemy zdjęci z krzyża – ja i mój Ukrzyżowany ze mną Bóg.

 

Modlitwa

Panie Jezu ukrzyżowany pośród łotrów, wołam do Ciebie z głębokości. Wołam do Ciebie z dna mojego grzechu i z dna mojej bezradności, bezsiły wobec niego.

Ty znasz mój grzech… [powiedz Jezusowi konkretnie o jaki grzech ci chodzi – z czego nie potrafisz się wyrwać]

Ty wiesz o mnie wszystko. I mimo to mnie kochasz. Ty kochasz mnie nawet w moim grzechu.

Proszę Cię, pozwól i pomóż mi się wyrwać z mojego grzechu, z mojego nałogu, z tego zniewolenia grzechem, w którym tkwię już tyle czasu. A jeśli musze dojrzeć do wolności – jeśli moja wolność wymaga czasu, to – proszę – daj mi nadzieję, abym się nie poddał. Abym nie zrezygnował z wracania do Ciebie. Abym nie zwątpił w Ciebie, w Twoją miłość, w moc Twojego miłosierdzia dla mnie – w to, że Ty nigdy nie męczysz się, nie gorszysz, nie nudzisz przebaczaniem. Amen.