Aleteia

Ona jeździ na wózku, on cierpiał z samotności… Poznali się w internecie i zakochali po uszy!

MIŁOŚĆ
Elnur | Shutterstock
Udostępnij

„Od samego początku wiedziałem, że Ewa porusza się na wózku”. Marek zwraca się do Ewy: „wyglądałaś na tym zdjęciu jak królowa. Pomyślałem wtedy: W takiej kobiecie mógłbym się zakochać!”. Poznajcie historię niezwykłego małżeństwa.

Katarzyna Szkarpetowska: Poznaliście się na katolickim portalu randkowym. Co was tam „przyprowadziło”?

Ewa: Mnie przyprowadziła samotność. Sześć lat temu, w wyniku wypadku samochodowego, którego sprawcą był pijany kierowca, doznałam uszkodzenia rdzenia kręgowego. Od tamtej pory poruszam się na wózku inwalidzkim. Chociaż portal, na którym się zalogowałam, był portalem randkowym, nie szukałam na nim męża, nie w głowie były mi też randki. Chciałam po prostu nawiązać znajomość z kimś, z kim mogłabym popisać, co najwyżej porozmawiać przez telefon. Nie myślałam o tym, żeby znajomość z sieci „przenosić” do realnego świata. Wiedziałam, że ludzie znajdują na takich portalach miłość życia, ale byłam przekonana, że żaden facet nie zechce związać się z dziewczyną na wózku. Patrzyłam na siebie dość krytycznie, przez pryzmat własnej niepełnosprawności, której nie akceptowałam.

Marek: Ja z kolei szukałem miłości życia. Zanim poznałem Ewę, byłem gościem, który całe dnie spędzał w korporacji, pracując po dziewięć, czasami dziesięć godzin dziennie. W weekendy balowałem na imprezach, by odreagować po całym tygodniu ciężkiej pracy. Znajomi mówili, że mam świetne życie, że mi zazdroszczą, a ja zastanawiałem się: czego tu zazdrościć? Tego, że jestem sam? Że żyję tylko dla siebie? Zbliżałem się do czterdziestki i nie było w moim życiu osoby, tej jednej jedynej, którą bym kochał i która kochałaby mnie.

Co sprawiło, że zwróciliście na siebie uwagę?

Marek: To dość zabawne, bo tworząc swój profil na portalu, umieściłem zdanie: „Mężczyzna z przeszłością”, z kolei Ewa napisała: „Kobieta po przejściach”. Napisałem do Ewy, bo pomyślałem, że kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością po prostu do siebie pasują (śmiech). Później okazało się, że Ewa też zwróciła na to uwagę. Jakby porozumienie dusz… od samego początku. Można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego napisania, chociaż odkryliśmy to dopiero później.

Ewa: Byłam zaskoczona, że odezwał się do mnie przystojny, wysportowany, dowcipny mężczyzna. Kiedy zaczęliśmy z sobą pisać, okazało się, że bardzo wiele nas łączy – wiara w Boga, pasje, stosunek do życia i… wspomniana wcześniej samotność.

Niepełnosprawność Ewy nie była dla ciebie, Marku, problemem?

Marek: Absolutnie! Od samego początku wiedziałem, że Ewa porusza się na wózku, bo przy jej wizytówce na portalu było zdjęcie. [Marek zwraca się do Ewy: wyglądałaś na tym zdjęciu jak królowa]. Pomyślałem wtedy: W takiej kobiecie mógłbym się zakochać (uśmiech).

Ewa: Widziałam, że są na portalu profile bez zdjęcia, że umieszczenie fotografii nie jest wymagane, ale nie chciałam ukrywać tego, że poruszam się na wózku. Byłam zdecydowana tylko na pisanie z kimś, komu moja niepełnosprawność nie będzie solą w oku.

Marek: Po dwóch tygodniach korespondencji zaproponowałem spotkanie.

Ewa: Wprosił się do mnie na obiad, a ja powiedziałam, że nie mam nic przeciwko, jeżeli sam go ugotuje. Przyjechał z bukietem tulipanów i… garnkiem pełnym gołąbków. „Wystarczy odgrzać. Są naprawdę smaczne”, powiedział na przywitanie.

Kilka miesięcy później byliście już małżeństwem.

Marek: Oświadczyłem się Ewie w kościelnej kaplicy. Wiedziałem, jak ważna jest dla niej wiara, dlatego chciałem, żeby oświadczyny odbyły się przed Bogiem, w Jego obecności. Zależało mi, żeby Ewa czuła, że to, co nas łączy, jest dla mnie ważne. Że traktuję naszą relację poważnie.

Ewa: Czułam, że Marek jest tym mężczyzną, z którym chcę iść – w moim przypadku to chyba powinnam powiedzieć: jechać (śmiech) – przez życie. Jednocześnie w moim sercu kłębiło się od pytań: czy będę potrafiła być dobrą żoną, czy aby na pewno wózek nie będzie przeszkodą?

Powiedziałaś Markowi o swoich obawach?

Tak, od razu, w tej kaplicy. Stwierdził, że dla niego to nie problem. Powiedział: „Kochanie, ale spójrz na to z innej strony. Po prostu będę cię często nosił na rękach”. I, póki co, dotrzymuje słowa (śmiech).

Postanowiliście, że na waszym ślubie nie będzie alkoholu. Dlaczego tak zdecydowaliście? Przecież nawet na weselu w Kanie Galilejskiej było wino.

Marek: Mój tata ma problemy z alkoholem, jest trzeźwiejącym alkoholikiem. Zależało nam, żeby w tym dniu mógł się z nami radować, cieszyć naszym szczęściem, a alkohol mógłby to zepsuć. Chcieliśmy również, żeby w pewnym sensie była to nasza ofiara w intencji trzeźwości ojca. I chyba Pan Bóg tę naszą ofiarę przyjął, bo od czasu wesela ojciec nie sięgnął po alkohol, a wcześniej bywało naprawdę różnie.

Ewo, czy sakrament małżeństwa sprawił, że dzisiaj inaczej patrzysz na swoją niepełnosprawność?

No właśnie w tym wszystkim to jest też najpiękniejsze – że miłość wyleczyła mnie z kompleksów związanych z niepełnosprawnością. Zanim poznałam Marka, wszystko w moim życiu kręciło się wokół tego, że nie mogę chodzić. Nie widziałam dalej niż czubek własnego nosa, byłam rozżalona. Niepełnosprawność była w moim życiu głazem, którego nie potrafiłam przesunąć, dzisiaj jest co najwyżej kamykiem i to takim, który nie uwiera.

Marek: Myślimy o założeniu fundacji dla osób doświadczających trudności, w tym kryzysów psychicznych, z powodu niepełnosprawności. Historia mojej Ewci pokazuje, że niepełnosprawność nie musi rzutować na całe życie człowieka, zamykać go w czterech ścianach i poczuciu osamotnienia. Głaz, jak powiedziała Ewa, może stać się kamykiem, bo wiara i praca nad sobą czynią cuda.

Co powiedzielibyście tym wszystkim, którzy stracili wiarę w miłość – w to, że warto miłości szukać i nie bać się jej odczuwania, kiedy już się pojawi?

Ewa: Na naukach przedmałżeńskich, na które uczęszczaliśmy – swoją drogą był to dla nas bardzo owocny czas – usłyszeliśmy od księdza, że ktoś kiedyś policzył, że w Piśmie Świętym trzysta sześćdziesiąt pięć razy pojawia się zwrot „Nie lękaj się”. To tak, jakby na każdy dzień roku Pan Bóg mówił: „Nie bój się! Nie bój się miłości, życia, tego, że nie dasz rady! Ja jestem z tobą, umocnię cię, wystarczy ci Mojej łaski”.

Nam tak często wydaje się, że miłość i w ogóle to, co dobre, owszem, spotyka, ale innych ludzi, nie nas. A to nieprawda! Kardynał Stefan Wyszyński, którego obraliśmy za patrona naszej drogi małżeńskiej, gdyż obojgu nam jest bardzo bliski, powiedział kiedyś: „Strach zapukał do drzwi. Otworzyła mu odwaga, a tam nikogo nie było”. Pan Bóg pragnie naszego dobra, pragnie mam błogosławić. Chce, byśmy się nie bali, ale byli odważni. Byśmy szli po miłość jak po swoje.