Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Miłość silniejsza niż śmierć

The Freckled Fox
Udostępnij

Kiedy blogerka i fotomodelka Emily Meyers była pod koniec ciąży z piątym dzieckiem, dowiedziała się, że jej ukochany choruje na raka. Zostało im kilka miesięcy wspólnego życia. Jak wykorzystali ten czas?

Emily Meyers to 25 letnia dziewczyna o ślicznych rudych włosach. Blogerka, którą streścić można jednym słowem: kobiecość. Tworzy tutoriale z wizażu i stylizacji fryzur. Jest fotomodelką. Prowadzi Instagrama, nagrywa filmy na Periscope, współpracuje z markami odzieżowymi i jubilerskimi, aktywnie ćwiczy fitness oraz pisze pełne Ducha teksty na swoim blogu, okraszone pysznymi przepisami. To wszystko z przyczepioną do nóg piątką swoich dzieci. W pięć lat!

I choć ta inspirująca kobieta mieszka w Idaho w USA, choć dzielą nas tysiące kilometrów, dostałam od niej niezwykle cenną lekcję na temat małżeństwa.

A wszystko zaczęło się w 2014 roku, kiedy Emily i jej mąż Martin ogłosili internetowej rodzinie (tak nazwali swoich fanów), że spodziewają się piątego dziecka. Szczęśliwi jeszcze bardziej. Zawsze pełni nadziei.

Tak samo i inaczej

Emily, jak większość ciężarnych, doświadczyła porannych mdłości. Jak większość ciężarnych, musiała na nowo nadać rytm codzienności. Jak większość ciężarnych, miała spory kawał domu na swojej głowie, kiedy mąż pracował poza nim. Jak większość ciężarnych, cieszyło ją dopinanie na ostatni guzik szpitalnej wyprawki. I jak jedna z nielicznych kobiet w dziewiątym miesiącu ciąży dowiedziała się, że jej ukochany ma raka.

Emily i Martin niemalże natychmiast rozpoczęli terapię. I choć wyniki biopsji, jak fala tsunami, uderzyły w ich rodzinne życie, nie popadli w beznadzieję. Falochronem silniejszym niż śmierć okazała się ich własna miłość.

Martin, mówił, że jego życie i życie Emily są z tego samego materiału. Że ich codzienność jest pełna ważnych, zabawnych i nie tak zabawnych rzeczy. I że sensem wszystkiego jest to, że te dwa życia splotły się ze sobą. Że mogą coś budować wspólnie, a radość z bycia razem przeliczają na tony.

Walka o normalność

To dlatego diagnozy nie traktowali jak wyroku śmierci. To dlatego wystarczyło im energii, entuzjazmu i dystansu, by pomiędzy jedną kroplówką a drugą zorganizować fotografa, pójść do fryzjera, kupić stroje wieczorowe i wypaść razem na miasto, uwieczniając ostatnie chwile ciąży.

„To była pierwsza rzecz od dnia diagnozy, którą zrobiliśmy tak, jak gdyby wszystko było normalne. Poczuliśmy, że znowu może być w porządku, że znowu możemy być naprawdę szczęśliwi i byliśmy szczęśliwi tego dnia!” – pisała Emily.

Oboje walczyli nie tylko o życie, ale też o to, by je przeżywać takim, jakie jest. By gromadzić jak najwięcej dobrych wspomnień, czułych gestów, pokrzepiających słów. Codzienność toczyła się swoim nieprzewidywalnym rytmem: zabiegi, chemia, terapie, ale też zbiórka pieniędzy i nadal te same rodzinne rytuały, jak wspólny posiłek czy zabawa z dziećmi. Otoczeni troską rodziny, sąsiadów i wspólnoty mogli liczyć na zaopiekowanie się gromadką maluchów, na skoszenie trawnika, ciepły obiad pozostawiony pod drzwiami, a przede wszystkim na modlitwę tej realnej i wirtualnej  kompanii ludzi.