Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Na ręku trzymała roczne dziecko. Z tym dzieckiem została rozstrzelana…”

RZEŹ WOLI
Bundesarchiv/Wikipedia | CC BY-SA 3.0 de
Udostępnij

Warszawska Wola zapłaciła ogromną cenę za Powstanie. 50 tys. ludzkich istnień. Kiedy spacerując z małym synkiem myślę, że tymi ulicami płynęła krew, robi mi się słabo…

Kocham Wolę, bo to dzielnica, która za Powstanie Warszawskie zapłaciła najwyższą cenę, choć, paradoksalnie, nie była główną areną powstańczych walk. Nienawidzę jej, bo to jedno wielkie cmentarzysko.

Warszawa? Zrównać z ziemią!

Wola, dzielnica robotnicza, biedna, wtedy właściwie na peryferiach miasta, zapłaciła za Powstanie najwyższą cenę. Cenę, jaką było życie 50 tys. (a według innych wyliczeń, nawet 60 tys.) ludzkich istnień.

Rozkaz Hitlera i Himmlera brzmiał jasno: każdego mieszkańca należy zabić, nie brać żadnych jeńców. Do jego realizacji wybrano nie byle kogo – komanda zwyrodnialców, kryminalistów i największych zbrodniarzy pod wodzą Oskara Dirlewangera.

Szwadrony śmierci, przemieszczając się z zachodnich rogatek miasta w kierunku Śródmieścia, likwidowały wszystko, co stanęło im na drodze – mordowały ludzi, paliły budynki. Blok za blokiem, kamienica za kamienicą, z bezwzględną konsekwencją. Miasto miało być zrównane z ziemią.

 

Na Woli rynsztokami płynęła krew

Kiedy zamieszkałam na Woli, zdziwiło mnie jedno. Wracając z pracy, idąc na zakupy, spacerując – wszędzie napotykałam pomniki. Tu kilkadziesiąt, tam kilkaset, w jeszcze innym miejscu kilka tysięcy pomordowanych mieszkańców. Właściwie nie da się przemieścić z punktu A do punktu B, nie trafiając na żadne miejsce kaźni.

Kiedy spaceruję z moim małym synkiem po wolskim parku Sowińskiego czy parku Szymańskiego, widzę pomniki pomordowanych cywilów. Ten kontrast dzisiejszych roześmianych, rozkrzyczanych dzieci i miejsc, w których krew (w końcu także dzieci) płynęła rynsztokami, uderza.

Na początku miałam ambitny plan. Chciałam przy każdej tablicy, każdym mijanym pomniku odmówić Wieczny odpoczynek... Szybko zrezygnowałam. Nie zdążyłam skończyć jednej modlitwy, a już mijałam kolejny symboliczny grób. Musiałabym się modlić całą drogę. Jest jednak na Woli kilka szczególnych miejsc, przy których nie sposób się nie zatrzymać. Jednym z nich jest kościół św. Wojciecha.

 

Ambulatorium na ołtarzu w kościele św. Wojciecha

W kościele św. Wojciecha nie byłam ani razu, choć mieszkam tu już kilka lat, a świątynia jest moją parafialną. Nie umiem, a może się boję. Tu był punkt zborny dla ocalałych z pogromu mieszkańców Woli. Od 3 sierpnia stacjonowało tam Gestapo, a kościół stał się obozem przejściowym. Księżom zabroniono pełnienia posługi.

Ludzie koczowali w wielkim ścisku. Bez wody, jedzenia. Kobiety, starcy, dzieci. Niemcy robili selekcję. Mężczyzn brali jako żywe tarcze, do rozbiórki barykad, do obozów albo na egzekucję.

Obóz funkcjonował do końca Powstania. Przewinęło się przez niego 90 tys. mieszkańców Warszawy. Wielu zostało rozstrzelanych w pobliżu świątyni. Szczęściarze otrzymali pomoc od lekarzy, którzy przy głównym ołtarzu stworzyli prowizoryczne ambulatorium. Tam, gdzie ludzie otrzymują Ciało Chrystusa, tym razem otrzymywali opatrzenie ran. Symboliczne.

„Na ręku trzymała dziecko. Została z nim rozstrzelana”

Niemcy nie oszczędzili żadnego. Konwencja genewska? Rozstrzeliwano personel i pacjentów.

Wyciągano ludzi partiami, najpierw zdrowych, później chorych… Ustawiano nas czwórkami po 12 osób. Zabrano nam zegarki i… Byliśmy już pewni, że idziemy na śmierć

– wspomina ks. Bernard Filipiuk, ocalony z egzekucji na Górczewskiej, gdzie rozstrzelano 12 tys. ludzi.

W mojej dwunastce razem ze mną była kobieta. Na ręku trzymała małe dziecko, które mogło mieć rok. Z tym dzieckiem została rozstrzelana. Prosiła gestapowca, aby najpierw zabił dziecko, a potem ją. Uśmiechnął się i nic nie odrzekł. Dziecko to długi czas po rozstrzelaniu matki kwiliło i płakało

– relacjonuje dalej ks. Filipiuk.

Spoglądam na mojego malutkiego synka i myślę o tych wszystkich dzieciach, które widziały śmierć swoich rodziców. I o tych, które zginęły na oczach matek i ojców. Brak mi tchu. Muszę pomyśleć o czymś innym. Może o tym, że w tej wszechobecnej śmierci były jednak pojedyncze iskry życia?

 

Zmartwychwstanie Wandy Lurie

Wanda Lurie miała 33 lata. Była w ostatnim miesiącu ciąży. Z trójką małych dzieci ukrywała się w piwnicy przy Wawelberga 18. Przyszli Niemcy. Kazali wychodzić z piwnic, wrzucali granaty. Ludzi pędzili w okolice fabryki Ursus. Wanda widziała zwały trupów wysokie na metr.

Pewnie robiło jej się słabo, ale miała nadzieję, że kobiety w ciąży nie zabiją. Naiwna. Chciała się wykupić, dała Niemcowi złote pierścionki. Ten ją odepchnął, kopnął. Strzelił w tył głowy synkowi, potem kolejnym dzieciom. Na końcu Wandzie.

Przewróciłam się na lewy bok. Kula trafiła w kark, przeszła przez dolną część czaszki, wychodząc przez prawy policzek. Dostałam krwotoku ciążowego, a wraz z kulą wyplułam kilka zębów

– wspomina Lurie.

Wanda nie straciła przytomności. Leżała zakryta zwałami trupów, ale wszystko widziała, np. to, jak Niemcy po wszystkim bawią się, piją wódkę. Leżała tak trzy dni. W końcu poczuła, że dziecko w jej łonie się rusza. To dało jej wolę życia, przetrwania. Po trzech dniach, jak Chrystus, wstała z martwych, bo przecież już prawie była trupem. Udało się jej wydostać z Warszawy. Dwa tygodnie później urodziła syna. Dała mu na imię Mścisław. Żeby ją pomścił? Nie, żeby walczyć o pamięć o matce, Polskiej Niobe i pomordowanych na Woli.

 

Opatrzyć rany Warszawy

Taka jest moja Wola. Nowoczesna, z drugą linią metra i powstającym zagłębiem biurowców. A jednocześnie przeorana hitlerowską masakrą, zbrodnią, której ogrom ciężko sobie wyobrazić. Aby go choć trochę uzmysłowić, musiałabym przytoczyć makabryczne opisy, ociekające krwią i rozbryzganymi ludzkimi mózgami, jak w tanich horrorach. A przecież to nie była fikcja.

Kilka lat temu fotograf Paweł Czarnecki postanowił opatrzyć rany Warszawy. Plastry – takie, jakie naklejamy na skaleczenia, tyle że ceramiczne – poumieszczał w miejscach dotkniętych wojennymi zniszczeniami. „Opatrzył” kamienice dziurawe od niemieckich kul, redutę Banku Polskiego, zabudowę Śródmieścia, Woli, Pragi.

Popychając dziecięcy wózek po wolskich ulicach, pełna matczynych uczuć, najchętniej oplotłabym miękkim bandażem każde miejsce tej niezwykłej dzielnicy.

*Korzystałam z: J. Mańkowska, J. Janowski, M. Janaszek-Seydlitz (red.), Rzeź Woli, sppw1944.org, E. Jankowska, Opatruje rany zadane Warszawie. Poruszający projekt fotografa ze Śródmieścia, metrowarszawa.gazeta.pl, P. Gursztyn, Rzeź Woli, Warszawa 2014

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail