Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Bycie singlem – dowód na to, że coś jest ze mną nie tak?

Udostępnij

Dopóki nie zaakceptuję siebie, nie pokocham siebie, nie zachwycę się sobą - nie pozwolę też na to drugiemu człowiekowi.

Kilka dni temu wpadł mi w ręce najnowszy numer „Twojego Stylu”. Na okładce Anna Dereszowska w wiśniowej kwiecistej sukience i tytuł: „Szkoda, że nigdy nie byłam singielką”. Moje serce zatrzepotało i na głos powiedziałam: „Naprawdę szkoda, Anna, wielka szkoda, że nie byłaś”…

Bycie singlem może być czasem przekleństwem lub czasem błogosławieństwem. Dla mnie przez lata było kamieniem u nogi, który nie pozwala iść do przodu, jak klątwa skazująca na smutek i łzy, jak dowód na to, że coś ze mną jest nie tak.

Wydawało mi się, że jestem jakaś inna niż reszta ludzi. Byłam przekonana, że jestem niewystarczająca, że gdzieś głęboko w środku mam tajemnicze „coś”, którego się wstydziłam.

O pragnieniu fizycznego podobieństwa do sfotoszopowanych modelek na okładkach pewnie nie muszę wspominać. Kto z nas nie uważa, że jakąś część ciała ma za grubą albo za małą, niech da znać w komentarzu! To jest plaga naszych czasów – ślepe próby wpasowania się w dyktowany wzór. Ja akurat byłam zbyt leniwa na ich podejmowanie, nie kręciły mnie mordercze diety, a na myśl o bieganiu dostawałam dreszczy. Pozostawałam nieodparcie przy niezadowoleniu z własnego ciała.

Dzisiaj nie dziwię się, że nie chodziłam wtedy na randki. I nie mam tu na myśli „niedostatków” powierzchowności. Kto chciałby spotkać się z osobą czującą niechęć do samej siebie? Cóż, są i tacy odważni.

Spotkałam kilku mężczyzn, którym niestraszne było moje odpychające nastawienie do siebie. Niestety nie dałam żadnemu cienia szansy na wspólne spędzanie czasu, poznanie się, na bliskość. Dlaczego? Jak to możliwe?

Pierwszym powodem była zabawa w Pana Boga. Jak to wyglądało? Otóż po trzech sekundach patrzenia na człowieka byłam przekonana, że wiem już o nim wszystko. Łącznie z tym jak niewystarczająco atrakcyjnym mężem dla mnie będzie (kręcenie w głowie filmów z akcją na ślubnym kobiercu było moją mocną stroną). Brzmi krzywdząco? Myślę, że było krzywdzące.

Drugi powód opiszę przykładem. Dokładnie rok temu na ślubie znajomych w kolejce do złożenia życzeń podszedł do mnie uśmiechnięty przystojniak. W krótkiej rozmowie zapytał, czy jestem tu z kolegą, który stał obok. Odpowiedziałam, że nie. Na co on wypalił: „To ja cię porywam”. Scena jak z filmu!

Niestety, potem nie było już filmowo. Stałam jak wryta. Choć w środku czułam ekscytację i chęć przygody, to nie wyraziłam tego ani gestem, ani słowem, ani uśmiechem. Nawet mi „brewka nie pykła”! W czasie tych kilku sekund przeznaczonych na moją odpowiedź, milcząc, w głowie produkowałam offtopowy komentarz:

Chyba coś mu się pomyliło. Takie rzeczy dzieją się tylko na filmach. Nie, to niemożliwe, żeby TAKI ktoś zainteresował się mną. Nie zobaczywszy zainteresowania z mojej strony, facet mógł pomyśleć, że jestem nieźle nadętą bufoniarą albo zblazowaną nudziarą… Czy tak było, nie wiem, może kiedyś odważę się go zapytać. Historia tutaj się kończy. Chłopak zniknął, porwania nie było.

Zostałam z rozczarowaniem i pytaniami: Dlaczego nie uwierzyłam w to, że mogę się komuś podobać, mimo że wyglądałam jak milion dolarów? Co mogę zrobić, żeby następnym razem pozwolić komuś poznać mnie bliżej? Odpowiedź była prosta: kochać siebie.

Zrozumiałam, że dopóki nie zaakceptuję siebie, nie pokocham, nie zachwycę się sobą – nie pozwolę też na to drugiemu człowiekowi. Tak jak mówi mi przykazanie: „Kochaj bliźniego jak siebie samego” (Mt 22,39). Tylko skąd tę miłość do siebie wziąć? Czy można ją jakoś „zrobić”?

Sięgnęłam do początku. Do stworzenia. Uwierzyłam, że Bóg jest miłością. I że pewnego razu usiadł i wymyślił mnie. Z przyjemnością zaprojektował. Namalował wszystkie kolory mojej osobowości. I nieźle zaszyfrował. Brzmi może bajkowo, ale zadziałało.

Zaczęłam z zachwytem siebie poznawać, odkrywać tajemnicę, którą jestem. Odkrywać ją przed sobą i co ważne – również przed innymi ludźmi. Dzisiaj czuję, że mam w sobie piękno do odszukania, po dawnych wstydliwych mrokach nie ma śladu. Akceptując wszystkie aspekty mojej osobowości, wady, zalety, seksualność i uczucia, nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem.

Nie zamieniam się już w słup soli, ale z radością dziękuję, gdy ktoś stwierdza, że jestem piękna. Nie chcę już wdrapywać się na miejsce Pana Boga i oceniać, kto jest wadliwym modelem, a kto perfekcyjnym i którym z nich jestem ja.

Wolę stać na ziemi naprzeciw człowieka i zachwycać się cudem, którym jest. Bez oczekiwania, że ma mnie pokochać, polubić, wypełnić pustkę czy cokolwiek dać. I to jest moje błogosławieństwo bycia singlem.

Skoro to czytasz, to też pewnie nim jesteś. Czy odważysz się coś zrobić, aby odkryć, jak cudowna/ jak cudowny jesteś?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail