Aleteia

Jak modlitwa kontemplacyjna pozwoliła mi odnaleźć spokój

Adam Hester/Getty Images
Udostępnij

Kiedy zaczęłam praktykować modlitwę kontemplacyjną jako sposób na uporanie się z depresją poporodową, zrozumiałam, że nie potrzebuję nauk, które pomogą mi uciec od cierpienia świata. Odwrotnie – dzięki niej mogłam się do niego zbliżyć.

 

Bóg jest przyjacielem ciszy… Owocem ciszy jest modlitwa…                                                                          Matka Teresa z Kalkuty

Po urodzeniu trzeciego dziecka jak wiele kobiet walczyłam z depresją poporodową i lękiem. Niepokój, który towarzyszył mi na co dzień sprawił, że zaczęłam szukać pomocy i przyglądać się swoim praktykom i nawykom umysłowym. W rozmowach z terapeutami, położnymi i przyjaciółmi powracało wciąż pojęcie mindfulness* – uważności.

Ta praktyka zyskuje dziś coraz większą popularność. Według artykułu w Huffington Post: „Uważność jest kluczowym elementem duchowego doświadczenia w wielu religiach”.

Nic dziwnego, że idea uważności przemawia do wielu osób: w zalewie informacji i tragedii, wszędzie – od mediów społecznościowych po wiadomości podawane 24 godziny na dobę – widzimy cały ból świata i nie mamy czasu tego przepracować. Coraz bardziej oddalamy się od życia we własnym ciele, coraz mniej jesteśmy obecni w lokalnych wspólnotach.

Kiedy zaczęłam ćwiczyć uważność – siadać w ciszy na krześle z zamkniętymi oczami i pozwalać myślom odpłynąć – szukałam spokoju. Ale wkrótce zorientowałam się, że to mi nie wystarcza. Potrzebowałam duchowej praktyki zakorzenionej w chrześcijaństwie. Zaczęłam czytać pisarzy katolickich, takich jak Henri Nouwen, Richard Rohr, Thomas Merton, i dawnych świętych, którzy prowadzili życie kontemplacyjne.

Ale czy posuwałam się do przodu? W końcu jestem matką, a nie zakonnicą w klasztorze. Czy mogę praktykować modlitwę kontemplacyjną?

Czym jest modlitwa kontemplacyjna?

Trudno to zwięźle ująć – napisano na ten temat wiele ksiąg. Ale Thomas Merton, mnich cysterski z XX wieku, w swojej książce „Modlitwa kontemplacyjna” sugeruje, że praktykując ten rodzaj modlitwy, opieramy się pokusie proszenia Boga o cokolwiek, a nawet poszukiwaniu Go. Mówi, że „medytacja i modlitwa kontemplacyjna to… sposób zawierzenia komuś, kogo odnaleźliśmy, kto nas kocha, kto jest blisko nas, kto przychodzi, żeby nas do siebie przyciągnąć”.

„Modlitwa głębi” to szczególny rodzaj praktyki modlitewnej, rodzaj kontemplacji. Bardzo przypomina medytację „uważności”, ale jej intencją nie jest wyłączenie się, ale odnalezienie się w obecności Boga.

Kiedy odkryłam modlitwę kontemplacyjną, byłam z początku nieco wystraszona. Ci spośród nas, którzy dużo się modlą, często wpadają w zamknięty krąg próśb: postrzegamy Boga jako amulet, kogoś, kto uszczęśliwi nas, jeśli tylko zrobimy to, co do nas należy.

Tymczasem w moich ćwiczeniach modlitewnych starałam się nie prosić, a robić to, co sugerował Merton – pozostawać w Bożej obecności, powtarzać frazę, wchodzić w modlitwę z intencją bycia blisko Boga. Nie było to łatwe. Słowo „ćwiczenie” jest tu kluczem – musimy ćwiczyć (wystarczy 10-20 minut dziennie), aż nawyk zakorzeni się w nas i pozostanie z nami nawet wtedy, gdy zmywamy naczynia, rozmawiamy z rodziną, kiedy ktoś nas zdenerwuje, a nawet wtedy, kiedy zdarza się nam coś strasznego i smutnego.

Postępuj ostrożnie

Z „modlitwą głębi” trzeba jednak uważać. Niektórych niepokoi fakt, że pozostaje ona pod zbyt silnym wpływem wschodnich religii. Ale nie obawiam się tego. W końcu samo chrześcijaństwo ma długą historię duchowych praktyk. Katoliccy święci, ojcowie pustyni i mistycy starsi od św. Franciszka słyną z kontemplacji, z intensywnego, ekstremalnego oddania duchowym praktykom modlitwy, medytacji i postu.

Ostrzegam was też z innego powodu: kontemplacja nie jest dla słabych duchem.

W swojej książce „Modlitwa franciszkańska” s. Ilia Delio, franciszkanka, pisze, że zarówno św. Klara, jak i św. Franciszek postrzegali kontemplację jako sposób „widzenia Boga oczyma Ducha”, podążania w stronę „boskiej pokory… Boskiego gestu pokory wobec ludzkości”. Dla Klary kontemplacja Boga, zwłaszcza Jezusa na krzyżu, oznaczała głębszą świadomość Boskiej obecności w człowieku i lepsze zrozumienie jej własnego cierpienia.

Kiedy zaczęłam ćwiczyć kontemplację, zrozumiałam, że nie potrzeba mi nauk, które pomogą mi uciec od cierpienia w świecie. Odwrotnie, potrzeba mi ćwiczenia, które pozwoli wejść głębiej w cierpienie bliźnich.

Innymi słowy, z czasem odkryłam, że w modlitwie kontemplacyjnej nie chodzi o spokój – właściwie często prowadzi mnie ona głębiej w ból świata w taki sposób, w jaki zrobił to Bóg, stając się człowiekiem. W modlitwie kontemplacyjnej chodzi o niepokój właśnie, tak by Bóg mógł ukazać nam prawdziwą rzeczywistość.

Aby osiągnąć pełnię duchowości, ważne jest, by ćwiczyć różne rodzaje modlitwy i praktyk duchowych.

Zanim św. Franciszek zaczął nauczać, spędził wiele dni w jaskini w górach nieopodal Asyżu, trwając na modlitwie i kontemplacji, żałobie i błaganiach o przebaczenie. Franciszek pozwolił Bogu duchowo się obnażyć. W jaskini odkrył prawdziwszą rzeczywistość – to, że Bóg przychodzi do ludzi, cierpi z nami i nawołuje do wzajemnej miłości.

Ostatecznie więc kontemplacja pomogła mi odkryć ścieżkę Boga, która jest pokorną ścieżką miłości.

„Modlitwa głębi” jest jedną z wielu praktyk kontemplacyjnych. Aby osiągnąć pełnię duchowości, ważne jest, by ćwiczyć różne rodzaje modlitwy i praktyk duchowych. Czasem potrzeba nam ciszy i komfortu spokojnych i radosnych ćwiczeń. Ale nie było to celem świętych i mistyków. I nie jest to celem modlitwy kontemplacyjnej. Poprowadziła mnie ona do innego spokoju – tego, który leży w niepokoju prawdziwej bożej miłości.

*Pojęcie „mindfulness” często tłumaczy się na polski jako uważność lub uważną obecność, co nie oddaje jednak pełni znaczenia.