Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Po co mi właściwie matka? Bez lukru o relacji matka-córka

Shutterstock
Udostępnij

Urodziła cię, wykarmiła, wychowała… Jak mogłabyś o niej źle pomyśleć? Zwrócić uwagę, powiedzieć „nie”? To w końcu mama. I choć tak wiele im zawdzięczamy, to nie zawsze relacje z mamą układają się tak, jakbyśmy tego chciały.

Ola pamięta, że najczęstszym tematem w domu były stopnie: co dostała, z czego, dlaczego tym razem czwórkę. Zawsze obowiązkowa, dokładna, nigdy się nie spóźniała. W szkole wieczny pościg, by robić coś najlepiej, by się wyróżnić, bo inaczej nie spełni jej oczekiwań. Słabości? O tym się nie rozmawiało. Przez wiele lat uważała, że tak przecież wygląda życie. – Ta, która daje tyle ciepła i swojej obecności, często jest tą, która zadaje też wiele ran – podsumowuje Ola. Ta, czyli mama. Po terapii uczy się stawiać granice. Widzi też, co było ambicjami i oczekiwaniami mamy, a co tak naprawdę jej własnymi pragnieniami. I choć, jak sama twierdzi, jej mama ma ogromne serce, to przed nimi jeszcze wiele nieprzepracowanych tematów. Nadal potrafią usiąść z kawą i kawałkiem ulubionego ciasta, ale jest już inaczej.

 

Matka raniąca

Urodziła cię, wykarmiła, wychowała… Jak mogłabyś o niej źle pomyśleć? Zwrócić uwagę, powiedzieć „nie”? To w końcu mama. I choć tak wiele im zawdzięczamy, to nie zawsze relacje z mamą układają się tak, jakbyśmy tego chciały. Marzymy o wspierającej mamie, która będzie z nami w momentach sukcesów, ale i porażek, która będzie akceptowała nasze wybory, rozumiała naszą odrębność, której będziemy mogły powiedzieć o wszystkich naszych sercowych rozterkach. Bo taka powinna być mama.

Bardzo często zamiast tego doświadczamy poczucia odrzucenia, trzymania pod kloszem, kontrolowania, niespełnionych ambicji i trudności w okazywaniu uczuć. Nagle okazuje się, że niewiele wnosimy z tej relacji w dorosłe życie. Bum – nasz ideał matki upada.

Bywa, że w tym momencie odcinamy pępowinę, uczymy się samodzielności, stawiania granic i krytycznego spojrzenia. Czasem są to chwilowe tarcia, po których dochodzimy do wniosku, że to były tylko młodociane wybryki, a czasem nasza optyka zmienia się na całe życie. – Zawsze wydawało mi się, że jestem z mamą blisko. Przez większość mojego życia praktycznie mieszkałyśmy same, więc byłyśmy zdane na siebie. Po latach widzę, że jest dla mnie obca – nie potrafimy rozmawiać, a świadomość tego, że nie przekazała mi tego, co matka powinna dać córce, sprawiło, że się zdystansowałam. To dla mnie trudne odkryć, że ta relacja w rzeczywistości wyglądała inaczej, niż tego potrzebowałam – opowiada Monika.

 

Kochanie na swój sposób

Wszystko zaczyna się całkiem naturalnie – wkraczanie w dorosłość, zaznaczanie swojej odrębności, bunt na pokładzie. Nagle wszyscy w domu stają się naszymi wrogami, a szczególnie ona – bo zabrania, bo jest nadopiekuńcza, bo się wtrąca i nie daje żyć. – Wiadomo, to był dla nas najtrudniejszy okres. Nasze kontakty się ochłodziły, ja się zdystansowałam i czułam się wiecznie ograniczana. Nagle mama poważnie zachorowała – prawie przez 2 lata nie było jej z nami w domu. Wtedy zrozumiałam, jak dużo mnie nauczyła, ile dla mnie znaczyły te wieczorne kłótnie i rozmowy, ile tak naprawdę jej zawdzięczam. Jak wyzdrowiała, nasze relacje zamieniły się w czystą przyjaźń. To najszczersza przyjaźń jaką mam – mówi Renata. A co, jeśli te trudności w relacji to nie chwilowy nastoletni zryw? – Moja mama popełniła dużo błędów wychowawczych i do dziś mnie za to przeprasza. Choć mam wrażenie, że ona bardziej żałuje, niż ja wspominam. Czy wychowałabym swoje dzieci dokładnie tak samo? Na pewno nie. Ale czy to jest wyznacznik kochania bardziej albo mniej? – pyta Joanna. Dziś mama Asi ją wspiera, troszczy się, ale też szanuje jej zdanie i zostawia przestrzeń, choć wiele je to obie kosztowało.

 

Matka mojej matki

Trudno w to czasem uwierzyć, ale nasza rodzicielka ma swoją historię. Zupełnie tak, jak my. Świadomość, że być może nasza własna mama przechodziła podobną drogę, a może jeszcze trudniejszą, otwiera nas na zrozumienie i akceptację. – Choć dziś wiele rzeczy muszę odkrywać na własną rękę, wiem, że moja mama też miała matkę, która nauczyła ją jak być matką dla swoich dzieci albo nie. To nie bierze się z powietrza, dlatego rozumiem, że dla niej macierzyństwo było polem testowym, zwłaszcza, że była najstarsza wśród rodzeństwa – twierdzi Monika. Im więcej błędów my same popełniamy, tym większa w nas tolerancja na błędy i potknięcia innych. To nie oznacza, żeby zgadzać się na wszystko. Zdrowa relacja wymaga tego, by szanować swoje potrzeby. Dlatego warto mówić „nie”, zaznaczać, że inaczej wyobrażamy sobie własne życie, nie zgadzać się na szantaż emocjonalny, ani spełnianie jej wygórowanych oczekiwań. I nie ma w tym nic złego. Nie warto jednak pielęgnować urazów. Nie wszystko też da się zmienić, a czasem zwyczajnie nie warto. Można kochać swoją mamę z tym wszystkim, jednocześnie budując życie na własnych zasadach i czerpiąc z innych źródeł. I choć to nie wymarzone rozwiązanie i często w naszym sercu zostaje pustka, ostatecznie może to być najważniejsza lekcja, jaką wyciągniemy z tej relacji.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail