Aleteia

Niewidomy idzie na siedmiotysięcznik!

Archiwum prywatne
Udostępnij
Komentuj

Jerzy Płonka, założyciel i prezes Fundacji „Nie widzę przeszkód”, mówi o swojej pasji, sile i zdobywaniu kolejnych szczytów.

Małgorzata Bilska: Jesteś nieustannie w trakcie przygotowań do wyprawy lub w czasie podróży. Dokąd wybierasz się tym razem?

Jerzy Płonka: Do Kirgistanu. Chcę zdobyć siedmiotysięcznik.

Ile dokładnie ma wysokości?

7134 m. n.p.m. Nazywa się pik Lenina lub szczyt Awicenny. Leży na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu. Mamy zamiar tam wejść w 3 tygodnie. Jedziemy na 5 tygodni, żeby ogarnąć na miejscu całą logistykę. Potem dojeżdża główny skład wyprawy, czyli goście z KW Bielsko-Biała i dwóch GOPR-owców. Czy uda nam się wejść na szczyt – nie wiem. Czy z niego wrócimy – nie wiem. Miejmy nadzieję, że tak.

Który to jest twój siedmiotysięcznik w „podbojach gór”?

Pierwszy.

Aaaaa… Serio?

Tak. Na co dzień robię Koronę Europy – 47 najwyższych szczytów kontynentu europejskiego. Do końca projektu zostały mi 4. A ten pik Lenina to bonus, wisienka na torcie. Do niczego w osiągnięciach tak naprawdę mi się to nie wlicza.

Zdążysz zdobyć resztę szczytów z wymarzonej Korony Europy w tym roku? Przecież to zabiera bezcenny czas.

Tak. Wracam z Kirgistanu i od razu jadę do Szwajcarii, potem – do Włoch. Zostaną mi tylko Wyspy Owcze i Turcja. Ale to już jakby pro forma, te dwa szczyty są łatwe do zdobycia. Są małe.

 

A co jest – w takim razie – dla Ciebie duże? Wręcz boję się pomyśleć, gdzie jeszcze masz zamiar niedługo wejść.

Nie chodzi o to, czy to jest siedmiotysięcznik. Pod względem technicznym pik Lenina nie jest trudny. Trudniejszą górą technicznie był choćby Triglav w Słowenii, który ma 2864 m. n.p.m.

Jest wyższy niż polskie Rysy, najwyższy szczyt w naszych Tatrach…

Jest też bardzo „techniczny”. Trzeba się wspinać. Są piargi, szczeliny skalne, przepaście i bardzo wąska grań. Na piku Lenina to nie jest problem. Tam problemy są zupełnie inne. Po pierwsze – temperatura. Po drugie – duża wysokość. Jest bardzo zimno, minus 30 stopni. I wysokość, ponad 7 tysięcy metrów, gdzie ciśnienie spada do 460 hektopaskali.

Bierzecie oczywiście tlen ze sobą?

Nie (śmiech).

A co bierzecie?

Bierzemy… dużo uśmiechu (śmiech). I nadzieję, że nam się uda.

Powiedz – jak Ty to robisz? Bo tego po prostu nikt nie jest w stanie pojąć. W jaki sposób można osiągnąć takie sukcesy, mając defekt wzroku, który uniemożliwia widzenie? Nawet zdrowi ludzie nie wchodzą na wysokości, jakie Ty pokonujesz.

Myślę, że sukces osiąga się bardzo ciężką pracą. Determinacją. I na pewno wspólnie z ludźmi, którzy są dookoła. Wyprawy w wysokie góry to nie są góry, tylko ludzie… Bez nich niczego bym nie osiągnął. Przecież ja do tego jakoś specjalnie nie trenuję. Nie biegam po 10-piętrowcu; przed Biegiem Rzeźnika byłem może ze 20 razy na treningu w ciągu ostatniego roku. Podczas, gdy moi kumple wręcz „zajeżdżali” się ciężkimi przygotowaniami.

 

Czytelnicy nie wiedzą zbyt wiele o Biegu Rzeźnika. Ile przebiegłeś?

78 km po Bieszczadach, gdzie jest przewyższenie ponad 5 km.

Jak wiele czasu Ci to zajęło?

17,5 godziny. Z czego ciągłego biegu było 15,5 godziny. Z przerwami na posiłki. W sumie to był marszobieg, bo na górę trzeba było podchodzić. Z góry się zbiega, po płaskim – biegnie. Wiadomo, że zdarzy się wywrotka, uszkodzenie mięśnia czy wywalenie łbem o drzewo (śmiech). No, zdarzyło się, nie ukrywam.

Powiedziałeś, że dla Ciebie najważniejsi są ludzie. Trzeba mieć niezwykle dużo zaufania do drugiego człowieka, żeby iść z nim w góry, niczego nie widząc. Cały zależysz tam od kumpli…

To idzie w obie strony. Oni również zależą ode mnie. Jesteśmy wyszkoleni na takim samym poziomie. A jak idziemy w górach powiązani liną, to reakcja na problem jest taka sama. Czy widzisz góry, czy nie widzisz. No, chyba że idziesz po grani i twój kumpel spadnie, nie zauważy tego i pociągnie cię za sobą. Ale to są przypadki skrajne. Normalnie, jak coś się stanie, ja też potrafię pomóc, bo nie idę 100 m od nich, tylko 1,5, nie muszę ich szukać.

Jest coś, czego boi się Jerzy Płonka? Rzecz, której nigdy by na pewno nie zrobił?

Oj, dobre pytanie. Czy ja bym czegoś nie zrobił? Może inaczej. Czuję straszny respekt, jak muszę iść po bardzo wąskiej grani, bo trudno go nie czuć, jak się idzie i nie wie, gdzie się stawia nogę.

To jest trochę tak – im dalej w las, tym więcej drzew. Jak zrobisz jedno, to potem sobie myślisz – nigdy więcej nie pójdę w góry. Ile razy ja już to sobie powiedziałem! Gdybym siedział w domu i nic nie robił, nie byłbym takim człowiekiem, jakim dziś jestem. Poza tym strasznie mnie kręci organizowanie czegoś. Wymyślanie nowych rzeczy. Wyznaczanie celu. Organizacja wypraw jest niesamowita sama w sobie. Na przykład zdobycie Korony Europy to mój projekt, wszystko opiera się w tym przypadku na mnie. Więc „radź se pan sam”, jak ktoś ładnie kiedyś powiedział.

 

Nie jesteś sam, idziesz z dobrymi kolegami.

No tak. Jak już gdzieś jedziemy, to wszyscy mi pomagają. Tylko żeby nakręcić ludzi, trzeba mieć charyzmę. Mieć coś w sobie takiego, co pociągnie innych do działania. Gdybym był nudnym ślepym kaleką, który marzy, że może kiedyś pojedzie na Rysy, to wszyscy by mi zapewne powiedzieli – dobry pomysł, może kiedyś wyruszymy. Ale jak idę i mówię: Załatwiłem to i to, mamy schronisko i transport, jedziecie ze mną, stawiam ich przed faktem dokonanym. Głupio im wtedy powiedzieć – sorry stary, nie jadę. I jedziemy w wysokie góry.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail