Aleteia

Prof. Szewach Weiss: nadzieja i wytrwałość pozwoliły mi przeżyć

EAST NEWS
Udostępnij
Komentuj

Nadzieją i wytrwałością można dużo zdziałać. Ja, sześcioletnie dziecko, które spoglądało przez szczelinę ciemnej piwnicy z nadzieją na lepsze jutro, jestem tego przykładem.

Wojnę pomogła nam przetrwać nadzieja

Iwona Flisikowska: Panie Profesorze, przeżył Pan cudem, razem ze swoją rodziną Holocaust, zagładę narodu żydowskiego zgotowaną przez niemieckiego okupanta. Jak Pan dzisiaj na to patrzy?

Prof. Szewach Weiss*: To, że zostałem uratowany, to faktycznie cud. Tak, jak cudem jest też uratowanie każdego Żyda podczas tej nieludzkiej wojny. Przez całe swoje życie zastanawiałem się, czy to, że jest to cud, to trzeba wierzyć w Boga? I cały czas, nawet teraz szukam odpowiedzi: dlaczego tak się stało: takie ludobójstwo. Dlaczego? Nie słyszę odpowiedzi, mimo że minęło tyle lat.

Jako sześcioletnie dziecko potrzebowałem pomocy. I pomogli nam zwykli, a równocześnie bohaterscy ludzie, nasi sąsiedzi z Borysławia. Pamiętajmy, że tylko na terenach Polski, każdy kto ratował Żydów ponosił śmierć i to od razu, bez sądu. Kiedy uciekliśmy z getta, pierwszym naszym miejscem był dom pani Anny Góralowej, która była koleżanką mojej mamy, jeszcze ze szkoły. Pani Ania była głęboko wierzącą katoliczką i po prostu schowała nas w kapliczce. Siedziałem w tym niezwykłym miejscu z mamą i siostrą: w cieniu ramion Ukrzyżowanego, dosłownie, znaleźliśmy schronienie.

Pomagała też pani Maria Potężna, nazwisko adekwatne do jej niezłomnego charakteru, bo pomagała nam do końca wojny. Pamiętam, jak pani Potężna przyniosła dla mnie, małego chłopca ukrytego pod łóżkiem, szklankę mleka. Prosty gest, ale ja będę o nim pamiętał do końca życia. Ucieczka i ukrywanie się, to były dopiero początki naszej narodowej gehenny. Trudno było żyć nadzieją wbrew nadziei.

Ale ta właśnie nadzieja pomagała Wam przetrwać. Choć nie wyobrażam sobie życia w podwójnej ścianie o szerokości zaledwie 60 cm, razem z kilkoma osobami przez osiem miesięcy.

A ja myślę, że przetrwałabyś. Człowiek nawet nie wie do końca, ile może znieść. To dopiero życie nas sprawdza. Ojciec przygotował dla nas kryjówkę: między ścianą naszego sklepu, za szafami, a ścianą magazynu „wygospodarował” pomieszczenie szerokości około sześćdziesięciu centymetrów, i tam się schowaliśmy: moi rodzice, siostra, ja z bratem, a także siostra mojej mamy z mężem i synem. A także nasz sąsiad Bachman.

Niestety, mój wuj nie wytrzymał psychicznie tego i wyszedł z kryjówki, zostawiając żonę i syna. Później się dowiedziałem, że zabili go Niemcy.

Ojciec dobrze przygotował „naszą” ścianę: zbudował prycze, jedna na drugiej, aż do sufitu. Całe dnie musieliśmy leżeć. Wiele lat później, kiedy byłem w Holandii, to odwiedziłem dom Anny Frank i zobaczyłem, że jej ojciec też wpadł na pomysł z podwójną ścianą. Ale Ania nie przeżyła, a my tak.

A potem było życie w piwnicy domu, który był ochronką dla dzieci. Najgorsze były noce: zimne i wilgotne. Ojciec rozchorował się w tych warunkach na gruźlicę. Musieliśmy czuwać w nocy na zmianę, aby nikt z zewnątrz nie usłyszał głośnego kaszlu lub chrapania Taty.

A sprawy higieny, to był koszmar. Aż trudno mi to sobie przypominać. Dzięki naszym kochanym sąsiadom mieliśmy jedzenie i wodę. Ojciec gotował zupę składającą się z jednego ziemniaka i wody dla całej naszej gromadki. Ale przy końcu było już tak, że żuliśmy nawet okładki od książek, które były zrobione z prawdziwej skóry.

Te książki zajmowały sporą część naszego dobytku: ja chyba z dziesięć razy przeczytałem „Hrabiego Monte Christo”. A w ciągu dnia, kiedy w ochronce bawiły się dzieci i – jak to dzieci hałasowały – to mogliśmy nawet porozmawiać. A przez malutkie okienko czy dokładnie ujmując szczelinę, wpadało trochę światła i można było czytać książki.

Kiedy wreszcie odważyliśmy się wyjść z „naszej” ślepej piwnicy, po drodze spotkaliśmy sąsiadów. Gdyby pewnie można było, to by krzyknęli. Patrzyli na nas dosłownie jakby zobaczyli duchy.

Wyobrażam sobie, jak się przestraszyli: byliśmy totalnie wychudzeni, obdarci, mieliśmy długie włosy, a ojciec jak Patriarcha Żydowski z długą brodą. Wszyscy byliśmy bardzo brudni i zawszeni. Usiedliśmy gdzieś w kącie, bo już nie mieliśmy siły dalej iść. Baliśmy się też, że front się cofnie i Niemcy powrócą i nas zgładzą.

W końcu zebraliśmy się na odwagę, aby wyjść „w stronę światła”. A dzień był naprawdę piękny i i słoneczny. Pierwszy raz po wielu miesiącach mogłem stanąć na wyprostowanych nogach, bo w piwnicy poruszaliśmy się na czworakach, tak było mało miejsca. Przeżyliśmy dzięki naszym sąsiadom: rodzinom Góralów, Potężnych i Pani Julii Lasotowej.

Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata.

Tak, każda z tych rodzin nosi takie miano. Miałem szczęście i honor osobiście uczestniczyć w uroczystości wręczenia dyplomu Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata dla Anny i Michała Górali i dla Marii i jej syna Tadeusza Potężnych. Działo się to wszystko w 2001 roku.

Kiedy dyplom przyjął z moich rąk wnuk Państwa Górali, Jan, powiedział, że w przekonaniu dziadków ukrywanie i pomoc rodzinom żydowskim było rzeczą oczywistą, czymś normalnym, ludzkim. To było życie wspólne. 

Pani Lasotowa również została uhonorowana przez Yad Vashem. Najwięcej Sprawiedliwych Wśród Nardów Świata było i jest w Polsce. Najwięcej drzewek oliwnych jest zasadzonych w Yad Vashem właśnie z tabliczkami, z nazwiskami bohaterskich Polaków, jak choćby Ireny Sendlerowej. Wasze bohaterstwo było szczególne, bo tak jak już wspomniałem, każdemu Polakowi groziła śmierć za ratowanie Żydów. Taki los spotkał Rodzinę Ulmów.

 

Nasz Izrael – budowaliśmy go od podstaw

Po wojnie wyjechał Pan Profesor do nowo powstałego państwa Izrael. Dlaczego?

To był rzeczywiście powrót do naszej Ziemi Obiecanej, o której mówiło się i tęskniło w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Radość była wielka: byłem bardzo ambitny i chciałem być we wszystkim jak najlepszy.

Pracowałem m.in. w radiu, co wtedy traktowano jako prestiż społeczny. A wcześniej pracowałem też w kibucu i świetnie jeździłem na traktorze. Naprawdę uważałem, że jakakolwiek praca, którą będę z sercem wykonywał, będzie dobra, aby to nasze z trudem zdobyte poczucie przynależności do konkretnego miejsca i ludzi mogło się rozwijać.

Równie dobrze mógłbym sprzątać czy układać elementy chodnika, tak bardzo się cieszyłem z tej Ziemi Obiecanej. Poznałem swoją przyszłą żonę Esterę. Naprawdę była piękną kobietą. Dziewczyna z okładki jednego z naszych magazynów. Zastanawiałem się, czy mam szansę. Zaczęliśmy się spotykać i po jednej z wizyt w domu rodzinnym Estery, jej mama powiedziała do niej „na ucho”: Wyjdź za niego, bo to będzie kiedyś mąż stanu i wielki człowiek.

Nie wiem, na jakiej podstawie zobaczyła w mojej skromnej osobie „tego wielkiego człowieka”, ale tak powiedziała. Byliśmy naprawdę kochającym i rozumiejącym się małżeństwem prawie 50 lat. A owoce naszego małżeństwa to córka Ifat i syn Noama. Mam tez wnuczkę Szira.

Estera towarzyszyła mi i wspierała w mojej pracy dyplomatycznej. To prawda, co mówią w Polsce (i chyba nie tylko tu), że za sukcesem mężczyzny „stoi” dobra i mądra kobieta. Estery już nie ma ze mną od dwunastu lat, ale wierzę, że patrzy na mnie z nieba i w dalszym ciągu mnie wspiera.

Żydzi polskiego pochodzenia mieli znaczny udział w tworzeniu tej Ziemi Obiecanej, chociażby słynny Ben Gurion.

To prawda. Akurat Dawid Ben Gurion urodził się w Płońsku, sześćdziesiąt kilometrów od Warszawy. Był jednym z założycieli państwa Izraelskiego, naszym pierwszym premierem. Nie wiem, czy wiesz, ale były nawet plany, aby jednym z języków urzędowych – hebrajski podstawa – był język polski.

Właśnie dlatego, że wielu wśród nas urodziło się i wychowało w Polsce. Moi rodzice, już w domu, w Hajfie, mówili w języku jidisz i w języku polskim. Rodzice należeli do wszystkich polskich bibliotek w Hajfie. Żywo się interesowali tematami europejskimi, ale też byli na bieżąco w naszych izraelskich sprawach. Słuchali moich audycji w radiu. To było dla nich przeżycie, kiedy słyszeli zapowiedź syna: Mówi Szewach Weiss. Wspierali mnie, kiedy byłem profesorem i posłem, później przewodniczącym Knessetu.

 

Moje spotkanie z Janem Pawłem II

Miał Pan Profesor możliwość spotykać się z niezwykłymi osobami, „wielkimi tego świata”. Często wspomina Pan jednak swoje spotkania z papieżem Janem Pawłem II.

Mogę powiedzieć, że miałem szczęście w życiu spotkać tak niezwykłą osobę, jak Jan Paweł Wielki. Tak, był wielki w swojej skromności, sile ducha i niesamowitej umiejętności dotarcia do serca każdego człowieka, bez względu na jego wyznanie, narodowość i przysłowiowy kolor skóry.

Miał szacunek do każdej religii, czy, mówiąc obrazowo, drogi człowieka. A nas Żydów nazywał „Starszymi Braćmi w wierze”. Pamiętam wzruszające spotkanie w Yad Vashem, kiedy to Jan Paweł przyjechał do nas w 2000 roku. Nigdy nie zapomnę, jak trzymał moje ręce w swoich.

A jak się dowiedział, że urodziłem się w Borysławiu, powiedział: To nie tak daleko od Wadowic, może dwieście kilometrów, może dwieście sześćdziesiąt. A ja na to: Nie wiem, ale Ojciec Święty na pewno ma rację, bo papież jest nieomylny. I spotkanie przy Ścianie Płaczu: Jan Paweł II drżącą ręką wkładał w szczelinę ściany modlitwę.

Panie Profesorze, wielu czytelników Aletei to młodzi z różnych krajów. Co Pan mógłby szczególnego nam przekazać?

Jeszcze raz odniosę się do Jana Pawła II i jego słów, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga… Pamiętajmy o tym. Każdego dnia budujmy ten świat, każdy w tym miejscu, które jest mu dane jako zadanie, ale też często jako wyzwanie. Nadzieją i wytrwałością można dużo zdziałać. Ja, sześcioletnie dziecko, które spoglądało przez szczelinę ciemnej piwnicy z nadzieją na lepsze jutro, jestem tego przykładem.

*Prof. Szewach Weiss: Mąż stanu, przewodniczący Knessetu i wieloletni Poseł w parlamencie izraelskim. W latach 2001-2003 Ambasador Izraela w Polsce i kawaler Orła Białego. Profesor do dzisiaj wykłada na Uniwersytecie Warszawskim, łącząc życie w Hajfie i w Warszawie. Dla wielu nasz Honorowy Ambasador w świecie.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail