Aleteia

Nie diagnozujmy tak łatwo dysfunkcji u dzieci! To im nie pomaga…

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Nie niszczmy psychiki naszych dzieci, nie odbierajmy im witalności. Zanim zdecydujecie się na diagnostykę, zdobądźcie się na uczciwą ocenę waszej relacji z dzieckiem, przyjrzyjcie się relacji dziecka i nauczycieli. Pamiętajcie, że w oczach dziecka już sama diagnostyka oznacza chorobę - mówi Tiziana Critofari.

Rodzice są odpowiedzialni za stan psychiczny dziecka

Siedem miesięcy przed śmiercią słynny amerykański psychiatra Leon Eisenberg, twórca pojęcia zespołu nadpobudliwości z deficytem uwagi (ADHD), w wywiadzie dla tygodnika Der Spiegel stwierdził, że genetyczne przyczyny zespołu (na których opierało się wykluczenie odpowiedzialności rodziców i leczenie farmakologiczne) zdecydowanie przeceniano.

Jako pedagog zbyt często mam do czynienia z sytuacją, o której nie mogę milczeć (to zresztą nie pierwszy raz, kiedy o niej mówię).

Jestem oburzona tym, jak łatwo nasze dzieci są oceniane i torturowane psychologicznie. Nie, wcale nie przesadzam!

Nie oceniaj dziecka zbyt pochopnie

Żyjemy w bardzo powierzchownych czasach. Szybkie tempo życia i brak cierpliwości sprawiają, że jesteśmy skłonni pochopnie oceniać potencjał i zdolności poznawcze naszych dzieci, byle tylko zdjąć z siebie ciężar wspierania ich rozwoju.

Rodzice bardzo często przyprowadzają do mnie dzieci stłamszone emocjonalnie, przygnębione, zdemotywowane, o niskim poczuciu własnej wartości. Mówią, że ich dzieci mają kłopoty z nauką, że płaczą, bo nie chcą odrabiać lekcji, ani chodzić do szkoły. Mówią, że nauczyciel uznał, że dziecko ma z pewnością jakieś zaburzenia poznawcze i kiedy przychodzą do mojego gabinetu, zazwyczaj mają już za sobą cykl spotkań z logopedą, a najczęściej także z lekarzem, który te zaburzenia potwierdził.

I wiecie, co wam powiem?

W 99% przypadków te dzieci nie mają żadnych zaburzeń i są w stanie nadrobić wszelkie braki w ciągu jednego roku szkolnego!

Pomyśl, co czuje Twoje dziecko

Często zastanawiam się, czy zadaliście sobie pytanie, jak Wasze dzieci reagują na to całe zamieszanie wokół ich rzekomo obniżonych zdolności poznawczych. Czy pomyśleliście, co czują? Co myślą o tych wszystkich badaniach i alienujących ćwiczeniach, na które są skazane tylko dlatego, że bazgrzą w zeszytach? Czy patrząc na charakter pisma lekarza, też podejrzewacie u niego dysgrafię?

Powiem wam, co myślą nasze dzieci!

Myślą, że są gorsze, inne, głupie, mniej zdolne niż koleżanki i koledzy z klasy. I stopniowo ich psychika zaczyna się zmieniać. Tracą poczucie własnej wartości, stają się przygnębione, lękliwe i mają coraz gorsze wyniki w nauce. Przestają wierzyć we własne możliwości, nabierają przekonania, że nie dadzą sobie rady z nauką. W głębi duszy zastanawiają się, po co mają dalej chodzić do szkoły, uczyć się, jaki to ma sens.

 

Jestem oburzona!

Na niekompetentnych nauczycieli, za to, że roszczą sobie prawo do stawiania diagnoz, choć nie mają do tego żadnego przygotowania.

Jestem oburzona!

Na wspierających ich psychiatrów, za to, że za wszelką cenę doszukują się zaburzeń u dzieci, które po prostu potrzebują więcej czasu. Przypominam, że geniusz Alberta Einsteina objawił się dopiero, kiedy ten wielki uczony był na studiach. Przedtem przez wszystkie lata Einstein borykał się z trudnościami w nauce, szczególnie matematyki. I choć dziś mówi się, że był dyslektykiem, wtedy na szczęście nikt i nic nie przeszkodziło mu wierzyć we własne siły i stać się tym, kogo wszyscy znamy.

Swoje trzy grosze dokładają i logopedzi. Zamęczają dzieci ćwiczeniami, które skutkują przede wszystkim zniechęceniem i zabijają samodzielne myślenie. Byle tylko nie przyznać, że dziecko wcale nie potrzebuje ich pomocy, lecz skutecznej dydaktyki.

Dziecko to nie „gorący ziemniak”

To jakieś przerzucanie gorącego ziemniaka: nauczyciel do rodziców, rodzice do lekarza, lekarz do logopedy. Na koniec winnym okaże się zdiagnozowane zaburzenie, które niestety można co najwyżej złagodzić, ale nie wyleczyć.

To prawda: wyleczenie nie jest możliwe. Dlatego, że nie ma czego leczyć!

Ale jestem też oburzona na Was, rodziców!

 

Bo istota problemu może leżeć w relacji z Wami, z nauczycielką lub koleżankami i kolegami z klasy. Prawie zawsze problemy z nauką wynikają z problemów w relacjach.

Nie niszczmy psychiki naszych dzieci, nie odbierajmy im witalności. Zanim zdecydujecie się na diagnostykę, zdobądźcie się na uczciwą ocenę waszej relacji z dzieckiem, przyjrzyjcie się relacji dziecka i nauczycieli. Pamiętajcie, że w oczach dziecka już sama diagnostyka oznacza chorobę, a przez to sprawia, że dziecko zaczyna się czuć inne. Chcę wam przypomnieć, że w dzisiejszych czasach dysleksja to w większości przypadków nadużycie terminologiczne i medykalizacja całkowicie zdrowych dzieci, za którą kryje się po prostu biznes.

Nie szukajmy dla trudności dydaktycznych i relacyjnych wymówek w postaci choroby. Choroby, której zresztą nikt organicznie nie stwierdził i która opiera się jedynie na statystykach.

A wtedy nasze dzieci przestaną być niepewne siebie, buntownicze, agresywne, zniechęcone, smutne, zalęknione i pozbawione poczucia własnej wartości.

 

*Tiziana Cristofari jest pedagogiem, mediatorem, biegłym sądowym, specjalistką w zakresie zaburzeń rozwojowych umiejętności szkolnych, ADHD, nauczycielką mianowaną przedmiotów humanistycznych, a także języka włoskiego jako języka obcego oraz pisarką. 

Tekst pochodzi z włoskiej edycji portalu Aleteia

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail