Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak balet nauczył mnie kochać swoje ciało

BALET
Po lewej: Fot. Pixabay. Po prawej: Fot. @polalubera/Instagram
Udostępnij

Filmik z grubą 15-letnią baletnicą kręcącą piruety obiegł świat, budząc powszechne zdumienie. Czy faktycznie jest się czemu dziwić?

Podobnie jak wiele zapracowanych i zmęczonych matek po trzydziestce, szukałam sposobu, by zacząć ćwiczyć. Cokolwiek, byle bym nie czuła się najgorsza, słaba i bym za szybko nie zrezygnowała. To, co odkryłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Balet okazał się nie tylko sposobem na zgrabniejszą figurę i sprawniejsze ciało. Odmienił moje myślenie o sobie. Dał siłę i pewność siebie, której bezskutecznie poszukiwałam latami. Teraz popularność filmików z baletnicami XXL takimi jak Lizzy Howell w ogóle mnie nie dziwi. Taniec w ostatnich latach stał się modną aktywnością fizyczną, między innymi dzięki telewizyjnym talent shows. A taniec klasyczny, czyli właśnie balet, to dziedzina wyjątkowa. Oferuje coś więcej.

Daje poczucie obcowania z ponadczasowym pięknem i uczestniczenia w jego tworzeniu. Grubiutka baletnica Lizzy stała się internetową ikoną motywacji, bo tylko unaoczniła to, co dla tańczących jest oczywiste: że w balecie nie ma barier. I że nic lepiej nie leczy z kompleksów niż seria prawidłowo wykonanych rond de jambe.

 

Nie ma miejsca na wstyd

„To pewnego rodzaju ekshibicjonizm” – usłyszałam od prowadzącej na jednych z pierwszych zajęć. Czyżby? To co ja tu robię? – pomyślałam. „W balecie trzeba pokazywać swoje ciało, eksponować je, wypinać klatkę piersiową i dumnie trzymać podbródek” – kontynuowała nauczycielka. Następnie podeszła do pierwszego tancerza, by skorygować po kolei postawę każdego z nas.

Stojąc w napięciu na palcach z uniesionymi ramionami, poczułam jak dotyka mojego kręgosłupa, łopatek, tułowia i pupy w taki sposób, że poczułam się… „zadbana”. Trochę jakby mama uczyła mnie, jak się kłaniać i siadać na krześle z gracją albo jakby tata pokazywał sposób stawiania pierwszych kroków, by nie upaść. Po tym magicznym dotknięciu przestałam się wstydzić. Zaczęłam czuć się pewnie i elegancko (w końcu stałam w pozycji baletowej). Po skończonej sekwencji spojrzałam na ćwiczącą obok mnie panią Milenę, na oko dwa razy starszą ode mnie. W jej oczach zobaczyłam to, co sama czułam: zadowolenie i energię do pracy.

 

Kto nie trenował ni razu…

Od dziecka stroniłam od zajęć WF. W żadnej dyscyplinie nie szło mi dobrze, ćwiczenia mnie nudziły. Potem przyszedł okres dojrzewania, biust, który odbierał swobodę. Wstydziłam się swojego zmieniającego się ciała i zarazem słabych efektów na sali gimnastycznej. A że byłam z natury szczupła, uznałam, że ćwiczyć nie muszę. Na studiach do zaliczenia niezbędny był jakiś sportowy wpis w indeksie, więc znów musiałam założyć adidasy i dres.

Do wyboru miałam aerobik i judo. Nie wiem do dziś, jak udało mi się uzyskać zaliczenie, ale pamiętam koszmar gigantycznej hali wypełnionej zrezygnowanymi studentkami i starszego trenera, który wrzeszczał na nas przekrzykując głośną, dyskotekową muzykę. Obijałam się tak latami, aż do momentu, gdy urodziły się dzieci. Niosąc zakupy, z synem w chuście, rozumiałam: jeśli tak dalej pójdzie, skończę jako pokrzywiona, obolała i obrośnięta tłuszczem istota.

Wiedziałam, że muszę zacząć trenować. Ale co? Bieganie odpada, nie mam kondycji, nie lubię, zresztą mieszkam w zasmogowanym centrum miasta. Siłownia? Już próbowałam. Dresiarska muzyka, te skomplikowane maszyny i oglądanie wyrzeźbionych ciał młodszych kobiet… to nie dla mnie. Basen? Wstydzę się pokazywać w kostiumie, poza tym suszenie włosów zajmuje czas. Długo nic nie przychodziło mi do głowy, aż do dnia, gdy pomysł pojawił się sam. Spodobały mi się zajęcia baletowe… mojej córki.

 

Balet dla dzieci

Genów nie oszukasz. Gdy twoje dziecko w połowie przedszkola zaczyna wykazywać niechęć do aktywności fizycznej, zapala ci się w głowie czerwone światło. Józia nie może przecież skończyć jako sportowa safanduła, jak jej mama! – myślałam. Balet wydawał mi się dla małej dziewczynki idealny. Różowy strój oraz ćwiczenia o nazwach takich jak „rozkwitające różyczki” czy „łabędzie czyszczące piórka” powinny spodobać się czterolatce.

Obserwowałam przez rok jak ćwiczy, jak poprawia jej się postawa i siła mięśni. Któregoś razu widząc jak dziewczynki pląsają w rytm „Dziadka do orzechów”, poczułam, że miałabym ochotę do nich dołączyć. Znalazłam prywatną szkołę baletową dla dorosłych i postanowiłam pójść na swoje pierwsze od lat ćwiczenia.

 

Błędne stereotypy

Filmy takie jak „Czarny Łabędź” utrwalają wyobrażenie o balecie, jako o okupionej cierpieniem drodze do chorego perfekcjonizmu. Być może na poziomie primabalerin faktycznie tak jest, ale w szkole, do której ja uczęszczam, nikt nie cierpi. Oczywiście, czasem coś zaboli, a na ścianie wisi napis „No pain, no gain”. Nie jest to jednak ból psychiczny, ból upokorzenia, ból wstydu czy ból frustracji, który mnie zawsze kojarzył się ze sportem. Nawet jeśli po zajęciach czujemy obolałe mięśnie, wychodzimy zadowoleni.

Nigdy wcześniej nie zaznałam tej pewności siebie, tej wiary we własne możliwości, zadowolenia z tego, co potrafi moje ciało. Balet zawładnął mną całkowicie. Teraz schylając się do kosza na śmieci, robię tak naprawdę port de bras. Gdy kucam, by posprzątać jajecznicę, którą rozrzucił po podłodze mój synek, wykonuję całkiem niezłe plié, a w windzie staję sobie w pierwszej baletowej pozycji. Tylko ja wiem o tych moich codziennych „ćwiczeniach”, ale daje mi to niesamowitą satysfakcję. Zmieniło się moje ciało. Przestałam opadać z sił po wniesieniu zakupów do domu. I zaczęłam lubić sport.

 

Tylko nie trener – tyran!

Dla osób, którym trudno zmotywować się do ćwiczeń, kluczowa jest postać trenera. Pamiętam mój krótki epizod w prestiżowej warszawskiej siłowni. Elegancki hotel, zamożne panie, gorące ręczniki. To było w czasach, gdy nie miałam dzieci, miałam za to pracę w korporacji. Koleżanki z biura były zachwycone prowadzącym nasz fat burning. „Ostry, ale dzięki temu są efekty” – mówiły. Ja pamiętam tylko frustrację.

Wprawdzie zmobilizowałam się do nieludzkiego wysiłku, do skakania dwa razy w tygodniu w rytm disco z hantlami, ale metody motywacyjne mojego „fintess guru” były naprawdę dyskusyjne. Wciąż pohukiwał przypominając o fałdach tłuszczyku i cellulicie. Nie było taryfy ulgowej, nigdy. Kac, przeziębienie, nieprzespana noc, jesteś początkująca? To nic, zasuwaj! Presja była tak ogromna, że zaczęłam przychodzić przed zajęciami na tzw. cardio.

Trener to zauważył, podszedł do mnie. Zamiast pochwalić wytrwałość, stwierdził, że wykonuję ćwiczenia na „zbyt małym stopniu obciążenia”. Dorzucił też komentarz o mojej figurze: „Jesteś naturalnie szczupła, ale sobie nie odpuszczaj, zobacz jaki już masz podwójny podbródek!”. Miałam wtedy 25 lat. Trauma żandarma z lux-siłowni tkwiła we mnie głęboko i nie będę ukrywać, że myślałam o nim nadal idąc na swój pierwszy balet.

Czy znowu trafię na trenera-tyrana? Weszłam do sali, uśmiechałam się do wszystkich głupawo, rozpaczliwie szukając kontaktu wzrokowego z kimkolwiek, kto mi ofiaruje wsparcie psychiczne. „Powiedz prowadzącej, że jesteś pierwszy raz, ona ci wszystko wytłumaczy” – doradziła zaczepiona baletnica. Nie było już odwrotu, ubrałam się więc w T-shirt, legginsy i jakieś skarpetki. Podeszłam do prowadzącej Natalii, otworzyłam buzię, by się przedstawić…

„Pola. Pierwszy raz. Zapraszam”. Od razu zrobiło mi się miło, że pamięta moje imię. Przecież tylko wysłałam email, że przyjdę. Takich osób jak ja są tu zapewne dziesiątki (szkoła baletowa do której chodzę jest otwarta). W oczach mojej pedagog było coś, co mogę określić jako mieszankę uprzejmości, śmiałości, dystansu i lekkiego szaleństwa. Trochę jakby ktoś zamierzał pokazać ci coś ekscytującego, niebezpiecznego, trochę strasznego i zarazem wspaniałego. I zastanawiał się, czy to „kupisz”. Czułam się trochę jakby ktoś dawał mi bilet na przejażdżkę rollercoasterem. Po zajęciach wiedziałam już, że na pewno tu wrócę.

#workout 😛💪🎶✅ done for today #classicalballet #ballet

A post shared by Pola Madej-Lubera (@polalubera) on

 

Normalne podejście

Zawsze myślałam, że baletnice głodzą się i mdleją z wysiłku. Tymczasem po moich zajęciach, na fortepianie prawie zawsze ląduje ogromna blacha jakiegoś smacznego ciasta. Jest też skrzynka jabłek. Nikt tu nie ma obsesji odchudzania. Nie ma nawet pustego „lansu” na fajny baletowy strój (jedna z tych rzeczy, których nienawidzę w fitness klubach: zawsze czułam się jak oferma w wyciągniętym T-shircie, podczas gdy inne kobiety miały seksowne topy z kolekcji Nike).

Owszem, większość baletnic lubi włożyć coś ekstra, jakieś finezyjne body, czy kostium profesjonalnej firmy. Ale nie to jest na pierwszym planie. Dziurawe rajstopy, zwyczajne dresy, sfatygowane baletki czy szeleszczące szorty „spalające tłuszcz” to norma, która pozwala każdemu czuć się w grupie swobodnie i na luzie. Człowiek rzadko ma przecież czas przygotować sobie idealny kostium na ćwiczenia, a przedtem wykonać nienaganny pedikiur.

 

Najlepsi są ci z tłuszczykiem

Chodzę na balet od pół roku. Prawdopodobnie ogromny wpływ na moją motywację miał fakt, że na pierwsze zajęcia przyszłam za wcześnie, dzięki czemu mogłam przyjrzeć się grupie zaawansowanej. Końcówka ich treningu mnie oszołomiła. Spodziewałam się raczej grupki idealnie zbudowanych piękności, w identycznych kostiumach. Jak bardzo moje wyobrażenie o balecie było stereotypowe!

Przede mną piruety kręcili grubi, anorektycznie chudzi, nawet pokrzywieni. Dziwnie poubierani, wytatuowani. Dziewczynki w wieku 11 lat i panie starsze od mojej mamy. Faceci też. Gdybym spotkała ich na ulicy, nigdy nie zgadłabym, że osoby te łączy wspólna pasja do baletu.

Poczułam, że tu jest moje miejsce. Niedojda bez mięśni jaką jestem, nie będzie tu specjalnie odstawać. Nie będę ani najgrubsza, ani najchudsza, ani najstarsza. Dużo cudzoziemców, nie wszystko rozumieją, ale idą do przodu. Są i inne kobiety po porodach. Co ciekawe, te okrąglejsze panie bywają najlepsze! Właśnie to spodobało mi się najbardziej. To mit, że baletnica musi być jak patyk. Liczy się co innego: harmonia ciała, gesty, postawa, wytrwałość w pracy. Uda dwa razy grubsze od mojego wykonują tak piękne figury, że zapiera mi dech. To bardzo motywujące – wiedzieć, że nawet bez idealnego ciała możesz być dobry.

turning monday¿ #ballet#turn#balletdancer#dancer#foutte

A post shared by lizzy howell (@lizzy.dances) on

 

Baletowa metamorfoza

Taniec klasyczny może być dla każdego i nie mam tu na myśli wyłącznie cech fizycznych, wieku czy płci. Balet jest także dla zakompleksionych, dla leniwych, dla niepewnych. Pomaga przezwyciężyć słabości w zdrowy, skuteczny sposób. Ćwiczymy w grupie, ale nie porównujemy się. Mamy skupiać wzrok w jednym punkcie, a nie na kolegach!

Podczas ćwiczeń przy drążku obserwujemy własne ciało w lustrze. Na etapie początkującym (czyli tym, na którym ja jestem), nie ma tańca, jest natomiast „taneczna” praca nad mięśniami. Słuchamy muzyki klasycznej. To także miła odmiana po wszystkich komercyjnych „bitach”, jakie słyszymy w fitness klubach. Moja nauczycielka, dawna solistka Polskiego Baletu Narodowego potrafi wlać w serca niesamowitą motywację.

Malarz ma farby i płótno, rzeźbiarz marmur i dłuto, a tancerz – tylko swoje ciało. Sprawcie, żeby wasze ciała były dziełami sztuki! – tłumaczy.

W sekundę wszyscy tak napinają mięśnie, tak ustawiają ciała, że wyglądają naprawdę pięknie. Ci z fałdkami też. Na tym polega wyższość baletu na fitnessem: kształtujemy swoje ciało, ale to nie ten proces jest celem samym w sobie. Cel, to wyglądać pięknie dzięki wykorzystaniu siły, ruchów, gracji i gestów. Wyglądamy wspaniale, nawet jeśli oponka w talii nadal tam jest. Czy to nie najlepsza motywacja?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail