Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Koszyczek ze święconką. Jak się zachować podczas święcenia pokarmów?

BŁOGOSŁAWIEŃSTWO POKARMÓW
Shutterstock
Udostępnij

Śmiejcie się albo nie, ale pytanie o to, czy podczas święcenia pokarmów w koszyczkach wielkanocnych trzeba się przeżegnać, wywołuje jeden z najsilniejszych sporów wśród liturgistów. To jak: żegnać się czy nie?

Jak powszechnie wiadomo, „święconka” jest najpopularniejszą praktyką religijną katolików w Polsce. Ponieważ dla sporej części uczestniczących w obrzędzie jest to jedyna lub jedna z niewielu wizyt w kościele w ciągu całego Bożego roku, zatem nietrudno przy tej okazji o bujny rozkwit paraliturgicznego folkloru.

 

Żegnać się czy nie żegnać? – oto jest pytanie

Z lekkim przymrużeniem oka można stwierdzić, że wyżej postawione pytanie streszcza absolutnie fundamentalny i bodajże najbardziej zażarty spór w historii liturgii. Czy podczas święcenia koszyczka z pokarmami na stół wielkanocny, gdy już krople święconej wody padają na chlebek, kiełbaskę, jajeczka i co tam kto jeszcze przyniósł, prawdziwy Polak-katolik powinien wykonać zamaszysty (lub choćby mikroskopijny) znak krzyża, czy też stać jak słup soli?

Żegnać się! Wszak woda święcona leje się aż miło, a wiadomo, że „gdzie święcona pada, żegnać się wypada” – grzmią zwolennicy ludowej tradycji.

Gdzież tam! Co ty, jajo jesteś czy kiełbasa, że się żegnasz?! – odpowiadają ze źle skrywanym politowaniem kato-intelektualiści. Zgody nie ma i nie będzie. Szkoda nawet szukać adekwatnych norm liturgicznych, jako że „Rzym daleko”, a każdy wierny (zwłaszcza nad Wisłą) swój rozum ma i nie będzie mu jakiś mędrek z kościelnej biblioteki dyktował, co ma robić w najdonioślejszej chwili jego religijnych przeżyć.

Nie śmiem zatem i ja, szary wikarzyna, wydawać żadnych ostatecznych sądów. Gdyby mnie kto przyparł do kościelnego muru, odpowiedziałbym niezawodnym w wielu okazjach cytatem jednego ze swoich wykładowców liturgiki: Cóż, można tak i można tak. Od siebie dodałbym może jedynie, jeśli starczyłoby mi tchu: Byle świadomie.

 

Co i ile razy święcimy?

Woda święcona pada obficie na koszyczki, zraszając chleb, wędliny, kiełbasę, mniej lub bardziej fantazyjnie zdobione jajka, czasem sól, pieprz, cukrowego lub maślanego baranka, tudzież inne wiktuały – zależnie od fantazji kompletującego „święconkę”.

Obecna formuła błogosławieństwa skupia się na trzech rodzajach pokarmów: chlebie (i „wszelkim świątecznym pieczywie” – czyli ciastach też? Niech ktoś mi powie, czy drożdżowe to pieczywo?), mięsie i wędlinach (acz wspomina oględnie również „wszelkie świąteczne pokarmy”) oraz jajkach. Chleb odsyła nas do Eucharystii i jej biblijnych zapowiedzi, mięso do baranka paschalnego, a jajka mają być znakiem nowego życia.

Teoretycznie pokropienie powinno nastąpić dopiero po wypowiedzeniu wszystkich trzech błogosławieństw, ale praktyka pokazuje, że wielu „święcicielom” wody nie żal, toteż leją obficie i po wielokroć.

 

Po co święcimy pokarmy?

Ważniejsze od tego, ile razy nastąpi pokropienie „święconek” jest to, po co w ogóle błogosławimy pokarmy na wielkanocny stół. Nikt na poważnie nie przypuszcza chyba, że chodzi o to, by mieć „święte” jajka albo kiełbasę. I na co ci one? Jak je spałaszujesz, to się zrobisz świętszy? Mniej utuczą? Nie zaszkodzą? Teściowa będzie znośniejsza, jak jej sypniesz święconą solą w oczy? Chyba jednak nie bardzo. To po co to całe święcenie?

Primo – chodzi o podkreślenie związku domowego świętowania z wydarzeniem liturgicznym. Wielkanocne śniadanie w gronie rodziny i przyjaciół jest przedłużeniem celebracji, jaka wcześniej nastąpiła w kościele. Błogosławiąc pokarmy myślimy więc o tych, z którymi będziemy je dzielić w niedzielny poranek (Tak! Dopiero wtedy!). Pragniemy, aby Pan Bóg pobłogosławił tę wspólnotę, która się zbierze.

Secundo – przecież musiałeś na te wszystkie pyszności zapracować, nie? Przynosisz więc Panu Bogu owoce swojej pracy, swoich codziennych zmagań o „powszedni chleb”. W jakiś sposób to zatem także prośba, by moc Zmartwychwstałego Pana przenikała twoją codzienność – pracę i odpoczynek, trudy i radości codziennego życia.

Tertio – jakby nie spojrzeć, to te nasze „święconki” są pełne śmierci. Kiełbaska już nie pobiega po zielonej łące, z tych jajek już się nic nie wykluje, ileś ziaren musiało „umrzeć” i zostać startych na mączny proch, by powstał chleb. Przynoszę Bogu całą tę śmierć, którą w sobie noszę – śmierć moich grzechów, rozczarowań, porażek, by Jego błogosławieństwo uczyniło z nich doświadczenie paschalne – drogę od śmierci, której w sobie doświadczam ku życiu, które jest z Niego i od Niego.

A zatem całe to święcenie to tak naprawdę znak błogosławieństwa, które jest dla mnie. Mogę więc chyba się przeżegnać? A może nawet powinienem?

 

Kto może poświęcić?

Przyjęty w Polsce rytuał błogosławieństw stwierdza, iż „obrzęd ten mogą sprawować kapłani (to znaczy: biskupi i prezbiterzy, zob. KKK, art. 1554), diakoni, a także ustanowieni przez biskupa akolici i lektorzy, będący alumnami seminarium duchownego.

Błogosławieństwa pokarmów może też dokonać w domu ojciec, matka lub ktoś z członków rodziny przed porannym wspólnym posiłkiem w Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego. To co, zobaczymy się na święceniu?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail