Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak pogodziliśmy się z niepłodnością – nasza trudna, ale piękna droga

NIEPŁODNOŚĆ
fot. dzięki uprzejmości Carissy Tipper
Udostępnij

Gdy rodzic zastępczy bierze w ramiona nowo narodzone dziecko, szybko się przywiązuje. I zapomina, że przyjdzie kiedyś moment rozstania.

Nie możemy mieć dzieci

Kiedy niespodziewanie kończy się jedna z twoich życiowych dróg, możesz poczuć ból.

Ja i mój mąż Daniel doszliśmy do końca jednej z takich dróg w dniu, w którym dowiedzieliśmy się, że nie możemy mieć dzieci. Mój mąż ma bowiem genetyczne schorzenie zwane mikrodelecją chromosomu Y. To oznacza, że brakuje mu chromosomu Y, a co za tym idzie – spermy.

Gdy dotarło do nas, że nigdy nie urodzę dziecka, byliśmy niewiarygodnie rozbici, ale szybko zaczęliśmy myśleć o adopcji. Było przecież tyle dzieci, które potrzebowały rodzin! Czuliśmy się gotowi na szybką opiekę nad maluchem, dlatego zdecydowaliśmy się na rodzicielstwo zastępcze.

 

Nadzieja na adopcję

Po kilku miesiącach trafił do nas Landen – nowo narodzony rudzielec o niebieskich oczach. Był idealny! Miłość przyszła natychmiast i traktowaliśmy go jak własnego syna. Im dłużej był z nami, tym silniejszą mieliśmy nadzieję, że będziemy mogli go adoptować. Jednak tuż przed jego drugimi urodzinami sąd zdecydował, że Landen wróci do biologicznej mamy.

Jako rodzice zastępczy powinniśmy liczyć się z tym, że dziecko połączy się z prawdziwymi rodzicami i wiedzieć, że nasza opieka jest tymczasowa. Ale kiedy cierpisz z powodu niepłodności i dostajesz w ręce nowo narodzone maleństwo, prosto ze szpitala, przywiązujesz się. Rozstanie było bardzo trudne, ponieważ mieliśmy go tak długo. Mama Landena obiecała, że nie usunie nas z jego życia, ale – mimo wdzięczności – byliśmy też sceptyczni.

Po rozstaniu z Landenem – by zapobiec pustce w naszym domu – wzięliśmy kolejną dwójkę dzieci: 5-letniego, sprytnego chłopca z kitką i piękną, nowo narodzoną latynoamerykańską dziewczynkę. Z pewnością przykuli naszą uwagę na pewien czas, ale potem także wrócili do biologicznych rodziców. Tak jak być powinno.

Mimo że mama Landena dotrzymała słowa, ja i tak byłam rozbita faktem, że straciłam naraz troje dzieci, którymi się opiekowałam. Widziałam wiele rodzin zastępczych, które adoptowały swoich wychowanków, dlatego założyłam, że i z nami będzie podobnie. Nie przyszło mi do głowy, że wyjdzie inaczej. A powinnam przecież bardziej wspierać dzieci w tym, że wrócą do biologicznych rodziców.

 

Zagłuszyć ból

Często zastanawiałam się, jaki jest mój cel życia na Ziemi. Słyszałam tak wiele pięknych świadectw i chciałam w końcu móc dać własne. Nosiłam w sobie tak wiele zniszczeń i strat… Zaakceptowałam wolę Boga, ale traciłam cierpliwość dla Jego czasu. Chciałam poczucia swojego celu natychmiast, by zagłuszyć ból.

Pamiętam słowa Matki Teresy, które przeczytałam: „Jeśli nie możesz nakarmić stu osób, nakarm jedną”. Długo medytowałam nad tym cytatem, jak gdyby był dopasowany do mojej sytuacji. Mogłam zachować moje serce otwarte i pomóc Landenowi w jego życiu z biologiczną mamą albo odwrócić się plecami, by zapobiec ryzyku bycia zranioną.

 

Być duchowymi przewodnikami

Przetłumaczyłam sobie więc słowa Matki Teresy na własny sposób: „Jeśli nie możesz pomóc setce dzieci, pomóż jednemu”. I tak zrobiłam. Podjęłam ryzyko i dzięki temu 4-letni dziś Landen jest zdrowy i szczęśliwy w towarzystwie całej rodziny, łącznie z nami. Wciąż mieszka ze swoją mamą, ale widzimy się co najmniej 3 razy w tygodniu. Czasem nawet bierzemy go na wczasy.

Landen chodził z nami na msze od urodzenia. Mimo że nie było to łatwe zadanie, cieszę się, że chodziliśmy razem do kościoła co niedzielę. Kiedy miał ok. trzech lat, powiedział mi na mszy, że pewnego dnia i on przyjmie komunię.

Moje serce pękało, bo wiedziałam, że to nieprawda. Landen miał nigdy nie przyjąć Jezusa w Komunii Świętej, ponieważ nie był ochrzczony w Kościele katolickim. Jego mama powiedziała nam jednak, że myślała o nas jako rodzicach chrzestnych. Zapytałam ją więc, czy możemy zostać nimi oficjalnie i troszczyć się o jego religijne wychowanie. Na szczęście się zgodziła i 10 października 2016 r. Landen przyjął dar Ducha Świętego, stając się członkiem naszego Kościoła.

Tego dnia poznałam także własny cel. Było nim sprawowanie opieki nad Landenem, gdy jej potrzebował i doprowadzenie go do Kościoła katolickiego. A teraz Bóg wybrał mnie i mojego męża, byśmy stali się jego duchowymi przewodnikami. Nie mogłam prosić o nic lepszego.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail