Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Na lunch break’u: nasz najlepszy pop-pisarz ever!

NA LUNCH BREJKU
Udostępnij

W każdym drzemie mały snob, który chce zaznaczyć obycie. Ale dobre guilty pleasure nie jest złe! Wentyl bezpieczeństwa. W dzisiejszym odcinku zatem Jo Nesbo, Monika Szwaja i Marzena Rogalska.

Krzysztof Gędłek: Nieczęsto przyznajemy się do tego, że… uwielbiamy konsumować coś, co niekoniecznie przynależy do kultury wysokiej. Rzucam hasło: ulubiony pop-pisarz!

Dominika Frydrych: Czy dziwne? We mnie też drzemie mały snob, który chętniej podzieli się refleksjami z Kieślowskiego niż z Vegi. Ale dobre guilty pleasure nie jest złe! Taki mały wentyl bezpieczeństwa.

 

Dobre guilty pleasure nie jest złe, czyli pop-pisarze

K.G.: Każdy robi coś, co specjalnie go nie rozwija, ale jest przyjemnością. Czemu się tym nie chwalić?

D.F.: Ja oglądałam Drugą szansę. Serial, który miał chyba wkurzające cechy typowej produkcji TVN, ale był idealny na ładowanie akumulatorów w niedzielny wieczór! Pytałeś o pisarza… – masz takiego?

K.G.: Uwielbiam książki Jo Nesbo o komisarzu Harrym Hole, choć w gruncie rzeczy… nie mają sensu. Nigdy nie umiem znaleźć odpowiedzi na pytanie, po co je kupuję. Nie jest to wielka literatura.

D.F.: Zainwestuj w Kindle’a! Na ebooki wydaje się forsę z lżejszym sercem. I te kryminały, dobre czy niedobre, jakimś cudem zawsze mają ponad pięćset stron. Na czytniku jest wygodniej.

 

Jo Nesbo i jego mroczna wizja człowieka

K.G.: Kryminały zostały chyba skrzywdzone przez francuskich piewców literatury pięknej, którzy nimi gardzili, uważali za gorszy sort książkowy, a w gruncie rzeczy Brytyjczycy widzieli w nich świetne próby literackie. Wracając do Nesbo – pisze zgrabnie i podobno nigdy w samotności. Zawsze w zatłoczonej knajpie. Niesamowicie opisuje Oslo. Jest, trochę taki jak ja, typowy mieszczuch – wkurza go klimat tego miasta, ale je uwielbia, wie, że ma to coś niepowtarzalnego. I główna postać, Harry Hole – niejednoznaczny, przeczołgany. Świetnie wykreowany. Podobno jego pierwowzorem był Batman, ale myślę, że nawet człowiek-nietoperz trochę wystraszyłby się tych dwóch twarzy Hole’a. Twarzy bohatera i człowieka łamiącego kolejne granice. Jest też coś, co w książkach Nesbo mnie przeraża…

D.F.: Czyli?

K.G.: Mrok. Wszechogarniający, oblepiający… Wydaje mi się, że Nesbo widzi w ludziach wiele zła. Albo ma taką… pesymistyczną wizję człowieka. Pewnie Nesbo ma kumpli, pewnie nawet się lubią, ale ta jego mroczna wizja świata mnie przeraża. A nie jest to przecież typowe dla Skandynawów, u Stiega Larssona tego nie było (przynajmniej nie w takim stopniu). Kto przeczyta Nesbo na poważnie, dostanie niezły przewodnik po Oslo. Tyle, że nigdy tam nie pojedzie, bo i po co? Bratać się z ćpunami? Dostać się w łapy jakiegoś mordercy? Dobra, rozgadałem się, twój talerz jest pusty, a mi stygnie – opowiedz coś o swoim najulubieńszym pop-pisarzu…

 

Monika Szwaja, Marzena Rogalska i… przyjaciele!

D.F.: U mnie to raczej pop-pisarki. Przez całe lata numerem jeden była Monika Szwaja. Niestety, trzy lata temu zmarła i dziś jest już chyba zupełnie zapomniana, szkoda. Bo o ile Grocholi nigdy szczególnie nie lubiłam, a z Kalicińską i jej rozlewiskiem mam kosę, to Szwaja zawsze była idealna na detoks. Niby wszystko skonstruowane jak w tego typu obyczajówce – jest on i ona, i kilkoro innych, sympatyczne okoliczności przyrody i trochę trudności po drodze, ale na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Ale u Szwai ten schemat jest zawsze fajnie odświeżony. Siła tkwi chyba w bohaterkach. To babki z krwi i kości, aktywistki. Jedna założy dom dziecka, druga szkołę, trzecia jest reporterką telewizyjną. Zero mimoz, księżniczek w wieży albo desperackich poszukiwaczek partnera. I jeszcze język! Lekki, swojski, przyjacielski, tu sympatyczny bluzg, tam żart, a nawet jeśli coś poważniejszego, coś o uczuciach i relacjach, to zero patosu i wysokiego C. Lekkość, która nie zostawia cię z poczuciem żenady. Czytałam to i zawsze miałam ochotę zakumplować się z autorką!

K.G.: Rany! Jesteśmy przewidywalni do bólu. Ty obyczajówka, ja kryminał. Aż strach pomyśleć, z czym byśmy wyskoczyli, gdyby tematem były ulubione czasopisma.

D.F.: Czekaj, czekaj… Szwaja nic już nie napisze, ale jest – na szczęście! – Marzena Rogalska. Jej książki to ten sam gatunek, na który chyba nie mam dobrej nazwy. Swoją drogą, przypomniała mi się jeszcze jedna ważna rzecz, za którą je lubię, zwłaszcza Rogalską. Po jej fabułach przewija się mnóstwo przyjaciół. Przełamuje ten banalny schemat z chick lit, że para jest w centrum, a reszta świata to obserwatorzy ich zmagań, którzy czasem się aktywizują. I last, but not least – u niej wielkim plusem jest też Kraków! Bo zawsze, kiedy rozpisuje się o pizzy w Gardenie, nie muszę cierpieć, tylko sama skaczę tam na obiad. Guilty pleasure na talerzu i na czytniku! 🙂

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail