Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Marzyłem, by nakręcić film o Janie Pawle II”. Rozmowa z Cezarym Grzesiukiem

CEZARY GRZESIUK
fot. archiwum prywatne
Udostępnij

Arturo Mari przez ponad pół wieku fotografował papieży i zrobił około 5 milionów zdjęć Jana Pawła II. Był nieprawdopodobnym fotografikiem – wspomina Cezary Grzesiuk, reżyser filmu „Moje życie dla Niego”.

Cezary Grzesiuk, montażysta, reżyser, producent. Współpracował m.in. z Kazimierzem Kutzem, Jerzym Hoffmanem, Jerzym Kawalerowiczem, Andrzejem Jakimowskim, Jerzym Skolimowskim. Towarzyszył z kamerą Janowi Pawłowi II i papieskiemu fotografowi Arturo Mari, a owocem filmowych wizyt w Watykanie są filmy: „Moje życie dla Niego”, „Świadectwo” oraz seriale „Metr od świętości” i „Tajemnice Watykanu”.

 

Jolanta Tokarczyk: Pracował pan przy montażu filmów, które weszły do kanonu polskiej klasyki: „Ogniem i mieczem”, „Quo Vadis”, „Pułkownik Kwiatkowski”, „Sztuczki”, „Imagine”. Jak zaczęła się pana „przygoda” z filmem katolickim?

Cezary Grzesiuk: W młodości, w latach 80. i 90. systematycznie uczestniczyłem w pielgrzymkach papieskich do naszego kraju. Najsilniejsze doświadczenie duchowe wiązało się jednak z udziałem w ŚDM w Santiago de Compostela w 1989 r. Wcześniej wziąłem udział w losowaniu – chętnych było wielu, ale nie wszyscy mogli pojechać. Szczęśliwie znalazłem się w grupie młodzieży, która udała się na spotkanie z Ojcem Świętym. To było niezapomniane przeżycie, trudne fizycznie – przez dwa dni spaliśmy w śpiworach na ziemi, koczowaliśmy w pyle i kurzu, oczekując na spotkanie z papieżem. Przeżycia duchowe wynagrodziły jednak z nawiązką wszelkie niedogodności. Wtedy pojawiło się pragnienie nakręcenia filmu o Janie Pawle II, ale i liczne wątpliwości – jak to zrobić, skoro nie mamy możliwości i nie istnieją żadne przesłanki, aby to mogło się udać…

 

Nakręcić film o Janie Pawle II… ale jak?

Co było dalej?

W 2001 r. w Watykanie odbyła się premiera „Quo Vadis”, a ponieważ byłem montażystą tego filmu, wraz z innymi twórcami zostaliśmy zaproszeni na audiencję u papieża. Po tej wizycie pragnienie, aby nakręcić film o Janie Pawle II wróciło ze zdwojoną siłą. Nie mieliśmy jednak pomysłu, brakowało myśli przewodniej, a przede wszystkim bohatera, który mógłby być naszym przewodnikiem w drodze do Ojca Świętego. Któregoś razu zażartowałem, że musimy znaleźć kogoś, dzięki komu moglibyśmy się przybliżyć do papieża, nawet gdyby miał to być szewc z Watykanu. Potrzebowaliśmy „szewca”, który pomógłby uszyć nasze filmowe buty. Wiedzieliśmy przecież, że Ojciec Święty raczej nie powie nic do kamery, a samo „podglądanie go” z pewnej odległości to jeszcze za mało na film.

„Szewc” się znalazł?

Takimi refleksjami dzieliłem się z różnymi znajomymi, aż któregoś razu okazało się, że jeden z nich mógłby nas „wprowadzić” do Wiecznego Miasta. Pojawiła się iskierka nadziei, zwłaszcza że naszym filmowym przewodnikiem miał być papieski fotograf – Arturo Mari. Ta radosna wiadomość przyszła w połowie kwietnia 2004 r., musieliśmy podjąć szybką decyzję i za dwa tygodnie pojechać do Watykanu. Spotkanie z Arturo Mari było możliwe jedynie na początku maja, bo później wyjeżdżali z papieżem na jego ostatnią pielgrzymkę – do Szwajcarii. Zaczęły się gorączkowe poszukiwania – nie mieliśmy sprzętu, ekipy ani pieniędzy na nakręcenie zdjęć. Czas biegł nieubłaganie szybko…

 

Podjęliście wyzwanie?

Mieliśmy „otwarte wejście” przez bramę św. Anny do Servizio Fotografico, gdzie mogliśmy się spotkać z Arturo i nic więcej. Uświadomiłem sobie, że jeśli miałbym zrobić film z udziałem papieskiego fotografa, który prawie wszystkie zdjęcia wykonywał na kliszy filmowej, to nie mogę tego filmu nakręcić kamerą cyfrową, chciałem to zrealizować wyłącznie na taśmie filmowej. Trudności i koszty piętrzyły się. Postanowiłem poradzić się mojego dobrego znajomego, nieżyjącego już kierownika produkcji Kazimierza Siomy. On, wiecznie zajęty, biegnący ze spotkania na spotkanie, przekazał mi tylko przez drzwi swojego gabinetu karteczkę, na której było napisane: „Kto jest niezdolny do szaleństwa, jest mniej rozsądny niż mniema”. Tę karteczkę do dzisiaj noszę w portfelu, choć minęło już ponad 14 lat.

Kto jeszcze pomógł?

Inny kierownik produkcji obiecał zorganizować kamerę ARRI – super 16mm, ja załatwiałem taśmę filmową, ale wciąż się wahałem, jak to udźwigniemy…?! Pomimo obietnicy załatwienia kamery, pytałem go, co robić, bo przecież nie mamy emitenta, zamówienia na film i budżetu. Do dziś pamiętam jego radę: „Gdybym był na twoim miejscu, w twoim wieku i miał możliwość zrobienia tego, co ty masz, sekundy bym się nie zastanawiał”. I to był tekst, którego potrzebowałem, aby przestać mieć wątpliwości. Gdyby nie pomoc i rada Andrzeja Stempowskiego, ten film pewnie nigdy by nie powstał i w dodatku na moim ulubionym nośniku filmowym.

 

Arturo Mari przewodnikiem po Watykanie

Wylądowaliście w Rzymie i…?

Nie wylądowaliśmy, pojechaliśmy moim samochodem, po dach wyładowanym sprzętem. Podróż przez Alpy do Włoch zaowocowała spotkaniem z Arturo. Ten człowiek przez ponad pół wieku fotografował papieży i zrobił około 5 milionów zdjęć Jana Pawła II. Był nieprawdopodobnym fotografikiem – sprawnym, szybkim, niezawodnym, o miłej aparycji, ogromnej erudycji i głębokiej duchowości.

 

Jak wyglądała wasza współpraca?

Spędziliśmy razem 4 tygodnie. Codziennie o 9 rano odbierał nas spod bramy św. Anny, następnie towarzyszyliśmy mu w pracy aż do lunchu, a po południu znowu szliśmy z nim do pracy albo wieczorem spotykaliśmy się prywatnie. Kiedy lepiej się poznaliśmy, nakłanialiśmy go, aby zrobił coś specjalnie do filmu, np. pokopał piłkę na placu św. Piotra… I on robił dla nas takie rzeczy! Był naszym przewodnikiem, kierownikiem, dobrym duchem, otwierał wszystkie bramy i pomagał załatwiać lokacje filmowe. Bardzo dobrze nas traktował.

Co wtedy wywarło na ekipie największe wrażenie?

Trudno powiedzieć o jednym takim miejscu, wszystko było niezwykłe. Bardzo silne wrażenie wywarła możliwość „podglądania” kamerą papieża. Miał ją co prawda przede wszystkim operator, filmując Ojca Świętego z odległości ok. 2-3 metrów. Byliśmy z kamerą, kiedy odmawiał brewiarz, spacerował po Ogrodach Watykańskich, odprawiał drogę krzyżową. Towarzyszyliśmy w prywatnych audiencjach, nakręciliśmy zdjęcia z gwardią szwajcarską, zobaczyliśmy lądowisko dla helikopterów i garaż papieskich aut w Watykanie i Castel Gandolfo. Filmowaliśmy Bazylikę św. Piotra, kiedy była jeszcze zamknięta przed zwiedzającymi. Niesamowite przeżycie. Świątynia wygląda zupełnie inaczej, kiedy nie ma tam tłumów; jesteśmy tylko my z kamerą i możemy uchwycić ujęcia przy cudownie wpadającym do środka świetle.

Co pan wspomina z tego czasu?

Obecność w domu papieskiego fotografa, filmowanie go prywatnie, oprowadzającego po swoim domu-muzeum, w którym gromadził pamiątki z ponad stu papieskich podróży, to również wywarło niesamowite wrażenie. On, skromny i niezwykle uprzejmy, kiedy zapraszał nas na kolację, samodzielnie gotował i usługiwał nam, co dla mnie, chłopaka ze Śląska było czymś niepojętym. Znaleźliśmy się w epicentrum świata, który jeszcze niedawno wydawał nam się tak bardzo odległy.

 

Ostatnie zdjęcia Jana Pawła II na taśmie filmowej…

Zdjęcia do filmu „Moje życie dla Niego” zostały nakręcone kilka miesięcy przed śmiercią Jana Pawła II.

To były ostatnie zdjęcia Jana Pawła II zarejestrowane na taśmie filmowej. Nakręciliśmy ok. 10 godzin materiału, filmując papieskiego fotografa przy pracy i samego papieża. Do filmu weszła niespełna godzina, wiele ujęć zostało więc niewykorzystanych, np. dość długa rozmowa z Arturo, w rzymskiej restauracji Luigi, której ostatecznie nie użyliśmy, ze względu na długość filmu. Kręciliśmy w sierpniu 2004 r., a więc na osiem miesięcy przed odejściem papieża. Było już widać, że był bardzo schorowany. Choroba Parkinsona postępowała, ale miał wiele nadludzkich sił do wypełniania swojej misji. Mimo choroby papieskie audiencje nie zostały ograniczone do 50 osób, ale uczestniczyło w nich tyle ludzi, ile mogło się pomieścić. Każdy chciał dotknąć papieża, otrzymać błogosławieństwo i różaniec.

 

Papież i jego fotograf nie zwracali uwagi na obecność kamery, nie przeszkadzała im?

Kamera nie przeszkadzała, ale oczywiście Ojciec Święty został poinformowany przez ks. Stanisława Dziwisza o naszej obecności, bo przecież w Watykanie nie można ot tak, po prostu przechadzać się z kamerą i filmować papieża. Nie byłoby to jednak możliwe gdyby nie jego fotograf. Spędził przecież 26 lat z Ojcem Świętym, razem odbyli ponad 100 pielgrzymek, kilka razy oblecieli świat dookoła. Była pomiędzy nimi cudowna relację ojca i duchowego syna. Pewną ironią losu jest, że człowiek, który był tak blisko Ojca Świętego, właściwie nie ma prawa do swoich zdjęć. Arturo wykonał ponad 5 milionów zdjęć Jana Pawła II, ale całe życie pracował na skromnej pensji fotografa gazety L’Osservatore Romano. Filmował na kliszy, na celuloidzie i chociaż otrzymał od pracodawcy aparat cyfrowy Nikon, rzadko go używał. W naszej pamięci i w naszym filmie pozostanie jako sprawny fotograf, zawsze u boku Jana Pawła II, zawsze z trzema aparatami przewieszonymi przez ramię, szybko zmieniający klisze. Po śmierci polskiego papieża Arturo dość szybko przeszedł na emeryturę. Zdążyliśmy nakręcić film i zachowaliśmy piękne, wyjątkowe wspomnienia na resztę życia.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail