Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Nie boję się śmierci”. Cierpienie jak u Hioba i ostatnia prośba Joanny

KOBIETA W CIĄŻY, SZPITAL
Shutterstock
Udostępnij

Medycyna dała Joannie od 6 tygodni do 6 miesięcy życia. Oboje z mężem nie zgodzili się na żadną chemię ani żadne inne leczenie mogące zaszkodzić małemu Andrzejkowi, którego kobieta nosiła pod sercem.

Pamiętacie opisaną w zeszłym tygodniu historię Joanny i Andrzeja? Tych samych, dla których dar potomstwa wymodlił u Boga sam święty Jan Paweł II? Gdy to przyśnił się mężowi Joanny w roli tego, który jest sprowadzany po schodach przez mężczyznę? A następnie na jego prośbę o dar dzieci tylko machnął ręką, mówiąc „Eee, to już załatwione!”?

Opisywana historia wcale się wtedy nie skończyła. Trwała nadal. I chyba dobrze by było, aby – podobnie jak to miało miejsce z historią potężnego wstawiennictwa św. Jana Pawła II o dar potomstwa – dowiedziało się o niej jak najwięcej z nas.

Po cudownej interwencji świętego papieża Joanna urodziła piątkę dzieci. Szóste było w drodze. I wtedy to właśnie w życiu kobiety pojawiły się chorobowe komplikacje. W 2011 roku musiała przejść w związku z tym operację mastektomii. To wówczas lekarze zdiagnozowali przedinwazyjnego raka. Wydawało się, że jego usunięcie będzie równoznaczne z całkowitym wyzdrowieniem. Małżeństwo zdawało sobie jednak sprawę, że istnieje ryzyko, iż hormony pobudzą komórki nowotworowe, gdyby te jednak gdzieś ostały się w organizmie.

 

Wtedy do Sługi Bożego, teraz do Świętego

Oboje jednak, tak mąż, jak i żona, postanowili żyć nadal tak, jak przewidział to dla nich dobry Bóg. Ochrzcili dzieci i wychowywali je na dobrych katolików. Nauczyli ich modlić się. Tworząc nawet pewną szkołę: roczne dzieci składają do modlitwy ręce, półtoraroczne klęczą, a gdy tylko zaczynają mówić, uczy się je na pamięć wszystkich modlitw pacierzowych. Potem także koronki do Bożego Miłosierdzia, którą odmawiają wszyscy razem codziennie.

Podobnie jest z zachowaniem na mszach świętych. Choć i w tej materii rodzina przeżywała swego rodzaju trudności. Mianowicie nie wszystkim uczestnikom mszy świętej pasowało tempo oraz głośność, z jaką dzieci deklamowały słowa modlitwy. Z tego powodu rodzina już dwukrotnie musiała zmieniać parafię. W niczym to ich jednak nie zniechęciło.

W październiku 2014 roku badanie rezonansu magnetycznego wykazało u Joanny rozsiane przerzuty do większości kręgów kręgosłupa. Także do kości ramienia oraz wątroby, co rokowało najgorzej. Informację o przerzutach przekazał żonie sam mąż. Jako kardiolog był przy badaniu. „Tylko się nie martw” – odpowiedziała mężowi na fatalną informację.

Kobieta dostała jednocześnie od Boga niezwykłą łaskę pocieszania najbliższych opłakujących jej chorobę. Począwszy od męża, z którym przegadała całą pierwszą noc po otrzymaniu diagnozy. Wspólnie wypowiadając swoje troski, lęki. Wzajemnie się pocieszając. Gdy Andrzej wstał rano, stwierdził, że już się nie martwi. „Damy radę. Dałaś mi tyle siły, że wiem, iż damy radę”.

Podobnie jak było z darem potomstwa, tak i teraz: całą chorobę zawierzali wstawiennictwu świętego Jana Pawła II. Z tą różnicą, że teraz już wiedzieli, że modlą się do świętego. Za poprzednim razem modlili się słowami „Santo subito”. Teraz byli już pewni, że ich ukochany orędownik jest w Niebie.

 

Prośba Joanny

Z kolejnymi tygodniami choroba jednak postępowała. Joannie coraz trudniej było chodzić. Wtedy któregoś dnia podszedł do niej jej synek Paweł. I powiedział: „Mamusiu, a może ty po prostu masz tą chorobę Hioba? Że teraz wszystko jest tak źle, ale potem będzie dobrze?”.

Na te słowa kobieta tylko się uśmiechnęła. Te słowa bardzo jej pomogły. Sama zaczęła postrzegać swoją chorobę przez ten pryzmat. Wyobrażała sobie, jak szatan staje przed Bogiem, mówiąc: „Są wierni, bo wszystko im dajesz. Zabierz jej zdrowie, a zobaczysz, że przestaną Cię kochać”.

W piątek tuż przed świętem Wszystkich Świętych Joanna przewróciła się nagle na chorą nogę. Ból był nie do zniesienia. Sama stwierdziła, że intensywnością przebił nawet bóle porodowe. „Wiem, że to była próba – napisze potem w liście do znajomej siostry zakonnej. – Szatan mówiący do Boga: Skoro tak dobrze znosi wiadomość o chorobie i śmierci, daj jej jeszcze większy ból, żeby zaczęła się Ciebie wyrzekać”.

Joanna do dziś nie rozumie, co właściwie się wtedy stało. Pisze o tym w kolejnym akapicie listu: „Wtedy też dostałam wielką łaskę, aby się nie zbuntować. Prosiłam tylko Pana Jezusa o siły. Żeby wytrzymać. Cały ten ból ofiarowywałam za prześladowanych chrześcijan i wszystkich cierpiących bardziej ode mnie”.

Medycyna dawała Joannie od 6 tygodni do 6 miesięcy życia. Oboje z mężem nie zgodzili się na żadną chemię ani żadne inne leczenie mogące zaszkodzić małemu Andrzejkowi, którego kobieta nosiła pod sercem.

„Nie boję się śmierci. Kiedyś bardzo się jej bałam. Dziś już nie – pisze w zakończeniu wspomnianego listu. – W naszym domu jest normalna, radosna atmosfera. Dzieci o wszystkim wiedzą. Ludzie, którzy przychodzą do mnie i nierzadko płaczą, wychodzą od nas radośni. Modli się za mnie pół świata i to nie jest żadna przesada 🙂 Od żołnierzy amerykańskich (mają kapelana z Polski), aż po Syberię i Kamczatkę. Modlą się wszystkie obecne tam zakony. Podobnie misjonarze w Tanzanii i siostry zakonne w Izraelu :). Tak samo w Europie. A w Polsce to szczególnie. Już dwa razy została za mnie odprawiona msza przy grobie św. Jana Pawła II. Jestem naprawdę wdzięczna Panu Bogu za dobroć ludzi oraz za te modlitwy. Myślę sobie, że już tylko z powodu obudzenia tylu ludzi moja choroba, a nawet być może śmierć, miała wielki sens. Chciałabym prosić Siostrę, żeby przekazując modlitwę o moje uzdrowienie, dodawać prośbę, by ludzie modlili się także w intencji o czystość przedmałżeńską, o prawdziwą jedność małżeńską, o chęć posiadania potomstwa i o wychowanie dzieci do wiary w Żywego Boga”.

Ostatecznie dzielna Joanna umarła. Razem z Andrzejkiem. Pokazując mi zarazem wraz z dzielnym mężem i bohaterskimi dziećmi, że ten świat jeszcze kompletnie nie oszalał. Że wciąż jest dla nas szansa. I nadzieja.

Św. Jan Paweł II na pewno doskonale wiedział, co robi. I choć po ludzku historia zdaje się mieć zakończenie najgorsze z możliwych, po głębszym zastanowieniu przychodzi myśl, że… ono wcale takie nie jest.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail