Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Dlaczego spowiadamy się „na ucho księdza”, a nie bezpośrednio Bogu?

SPOWIEDŹ USZNA
PIGAMA | Shutterstock
Udostępnij

Powiedzmy sobie szczerze – spowiadanie się przed księdzem jest dość upokarzające. Czy nie wystarczyłoby, że „sam na sam” powiem Panu Bogu o swoich grzechach? Dlaczego Kościół „wymyślił” taką formę spowiedzi? I czy to aby na pewno konieczne?

Z woli samego Pana

Wbrew pozorom powód, dla którego sakrament pokuty i pojednania wygląda w Kościele katolickim tak, a nie inaczej, nie jest wcale wymysłem Kościoła. Władzę odpuszczania (lub nie) grzechów zlecił Apostołom sam Pan Jezus w wieczór Zmartwychwstania:

Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (por. J 20, 22-23).

Z powyższego dość jasno wynika, że wolą Pana było, by odpuszczanie grzechów dokonywało się za pośrednictwem człowieka. Owszem, już interpretacją Kościoła (czyli wspólnoty wierzących w Jezusa) jest to, że władza ta należy do duchownych (per analogiam do władzy sprawowania Eucharystii).

Poza wolą samego Pana (która stanowi w tym wypadku argument podstawowy i wiążący), warto chyba podkreślić trzy racje przemawiające za sensownością tej praktyki.

Czytaj także: 5 warunków dobrej spowiedzi. To jest konkret

 

Logika Wcielenia

Pierwsza racja dotyczy tak naprawdę wszystkich sakramentów i pośrednictwa Kościoła w „ekonomii łaski” w ogólności. Bóg przystępując do dzieła zbawienia człowieka, zdecydował się na Wcielenie (choć teoretycznie mógłby się bez niego obyć).

A jednak tak właśnie chciał. Chciał, by zbawienie przypadło nam w udziale za pośrednictwem Jezusowego człowieczeństwa. Sam Bóg chciał, by człowieczeństwo było bezpośrednio „zaangażowane” w nasze zbawienie.

Przedłużeniem, a lepiej: kontynuacją (logiczną i „naturalną”) tej Bożej logiki było ustanowienie Kościoła – „ludzkiej” „instytucji”, której została powierzona i przez którą działa moc Boża. Dlaczego dzieło osobistego pojednania człowieka z Bogiem (czyli „aplikacja” zbawienia do konkretnego ludzkiego przypadku) miałoby się wymykać tej logice?

 

Obiektywna pewność

Wyznając swoje grzechy „bezpośrednio” Panu Bogu (czy to w kościele przed krucyfiksem, czy na zielonej łączce) – skąd właściwie mam mieć pewność, że rzeczywiście rozmówiłem się z samym Stwórcą, a nie tylko z własnymi emocjami czy wyrzutami sumienia?

Dość przypomnieć starożytny apoftegmat Ojców Pustyni o mnichu, który po czterdziestu latach wybiegł ze swojej celi, trzaskając drzwiami i krzycząc: „Przez czterdzieści lat modliłem się sam do siebie!”.

Tymczasem pośrednictwo człowieka, kapłana (który w swoich „sądach” ma obowiązek kierować się nie własną wolą, ale zasadami dyktowanymi mu przez długą Tradycję praktyki sakramentalnej Kościoła), daje mi komfort pewności, że oto rzeczywiście zostałem pojednany z Chrystusem – na Jego, nie „moich” zasadach.

Czytaj także: Co zrobić, gdy zapomnę, jaką dostałem na spowiedzi pokutę? Są dwa rozwiązania

 

Wymiar wspólnotowy

Każdy z moich grzechów, choćby popełnionych w najbardziej skryty sposób, ma jednak wymiar wspólnotowy. Jestem częścią żywego organizmu, jakim jest Ciało Chrystusa, Lud Boży. Każdy mój grzech rani i osłabia ten żywy duchowy organizm.

Dlaczego więc pojednanie (uzdrowienie) miałoby się dokonywać „prywatnie”? Takie myślenie kierowało wspólnotą chrześcijańską, gdy przez pierwsze jakieś sześć, siedem wieków pokuta i pojednanie były „publiczne” i bynajmniej nie dokonywały się w komfortowym zaciszu konfesjonału.

Prosta konsekwencja i uczciwość – wobec Pana Boga, wspólnoty, do której należę i ostatecznie samego siebie.

 

Racja ostatnia i najbardziej „praktyczna”

Powiedzmy sobie szczerze – spowiadanie się przed księdzem jest dość upokarzające. Niby dlaczego mam opowiadać komuś (komukolwiek) o moich upadkach? A może on jest taki samym (albo i gorszym) grzesznikiem? Jakie ma prawo, by mnie oceniać, diagnozować, wydawać sądy w mojej sprawie?

Bingo! Tak, to jest na swój sposób „upokarzające”. I bardzo dobrze! Czy korzeniem wszystkich moich grzechów nie jest pycha? Pycha, czyli przekonanie, że wiem lepiej, że sam mam prawo o wszystkim decydować, że moje racje są najsłuszniejsze.

I oto teraz muszę klęknąć przy człowieku (takim jak ja, albo jeszcze nędzniejszym) i powiedzieć, żem grzesznik, że upadłem, że pobłądziłem. Jakaż drastyczna kuracja dla mojej pychy!

I jaka szalona miłość Boga do mnie, że chce mnie przygarniać przez tak „liche” pośrednictwo, ale jednak przygarniać!

Czytaj także: Jaki spowiednik jest lepszy: łagodny czy surowy?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail