Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Maciej Miecznikowski: Marzenia nie spełniają się same [wywiad]

MACIEJ MIECZNIKOWSKI
Tadeusz Wypych/REPORTER
Udostępnij

Myślę, że Bóg jest obecny w moim życiu, ale czasem musi złapać mnie za ramię, jak dobry przyjaciel, którego w pośpiechu nie zauważyłem na ulicy – mówi Aletei Maciej Miecznikowski.

Zanim się spotkaliśmy, znałam twórczość kultowego zespołu „Leszcze”, potem oglądałam Macieja Miecznikowskiego w programie „Tak to leciało”, słuchałam utworów realizowanych wspólnie z Piotrem Rubikiem, podziwiałam go na scenie „Teatru Kamienica”, w którym występował razem z Emilianem Kamińskim i Olafem Lubaszenko w spektaklu „Kolacja na cztery ręce”. Potem zaskoczył mnie swoim projektem patriotycznym „Wyśpiewać 100 lat Niepodległości”. Wydarzenie było wspaniałe, publiczność domagała się bisów, a na koniec ustawiła się długa kolejka do wspólnych zdjęć i po autografy. Na rozmowę przyszedł czas podczas późnego obiadu.   

 

Katarzyna Matusz-Braniecka: Podczas koncertów wspominasz o swojej rodzinie, o mamie, co wziąłeś od niej najcenniejszego?

Maciej Miecznikowski: Rodzina zawsze była dla mnie ważna. Teraz mam już swoją, czyli tę najważniejszą, ale zawsze chętnie wracam do mojego domu rodzinnego, do wsi, z której pochodzę. W ogóle z Kaszubami łączy mnie silna więź. Moja mama jest matematyczką, emerytowaną nauczycielką i dyrektorką szkoły. Jest poukładana i precyzyjna. Jak w zadaniu matematycznym. Jeśli robisz je poprawnie od początku do końca, to wynik musi wyjść prawidłowy. Im trudniejsza jest ta droga, tym sukces daje więcej satysfakcji. Tak myślę o swoich zadaniach w życiu i takie kobiety mi się podobają.

Co najbardziej cenisz w kobietach?

Inteligencję, pasję, poczucie humoru. Oprócz mojej mamy znam zresztą tylko jedną kobietę, moją żonę (śmiech). Najbardziej cenię w niej to, jak dużo wysiłku wkłada w pracę zawodową i bycie mamą jednocześnie. A że u niej wszystko musi być na najwyższym poziomie, przy czym wszystko ją ciekawi, wszystkiego by spróbowała, a dzieciom przychyliła nieba, no to gonitwa w moim domu trwa od wielu lat. Najważniejsze, że dzięki temu tematy do rozmowy się nie wyczerpują (śmiech).

Jaki jest przepis na szczęśliwe małżeństwo?

Przepisu nie znam, ale u nas sprawdza się ciekawość świata. Dzięki niej mamy do omówienia nie tylko nasze bieżące sprawy, ale wszystko, co może nas dotyczyć teraz i w przyszłości. A to jest bardzo pojemne, no bo bardzo dużo spraw wpływa lub wpłynie na nasze życie: od wyboru wójta, przez cenę baryłki ropy, po pożary w Australii. A na to nakładają się jeszcze marzenia. Tylko trzeba je cały czas uzgadniać, żeby były w miarę wspólne (śmiech).

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że pojawienie się dzieci wiele rzeczy uprościło…

Przestałem się zastanawiać, co mam robić. Grać, czy może nie grać, zostać czy może wyjechać. Przestałem mieć wątpliwości i przesadnie filozofować. Zdecydowałem, że jestem muzykiem i z tego żyję. Wyszło mi to na dobre nie tylko w sensie praktycznym, ale też przede wszystkim artystycznym. Gram, mam nadzieję, że daję ludziom radość, czyli że robię coś dobrego. Oni przychodzą, kupują bilety, płyty. A ja dzięki temu stale tworzę i czuję, że coraz lepsze rzeczy.

Sztuka to nie jest coś, co samo się robi. Wena nie towarzyszy codziennie żadnemu artyście, to nie jest ekspres do kawy, gdzie w przelocie naciskasz guzik. Dlatego jakieś mobilizujące ramy są konieczne. I w tym sensie rodzina daje napęd. Trzeba mieć codzienny plan, jakiś cel. Nie wystarczy talent, bo nawet największy można bardzo łatwo zaprzepaścić.

Obchodzisz jubileusz 30-lecia pracy artystycznej, zbliżają się też 20. urodziny zespołu „Leszcze”. Co planujesz, co planujecie razem?

Mamy dużo pomysłów. A mnie jak zwykle wszędzie pełno: teatry, gdzie gram w kilku spektaklach, koncerty plenerowe, w filharmoniach i kameralne recitale solowe, nowe nagrania. Opowiadam o tym czasem na swojej stronie na Facebooku. Ale rzeczywiście trzeba w tym roku koniecznie zorganizować jakieś muzyczne święto moje i „Leszczy”. Plan już się rodzi.

Angażujesz się w wielu dziedzinach. Co cię napędza w życiu?

Kontakt z ludźmi. Przede wszystkim z publicznością, choć tu czasem warunki nie pozwalają, dlatego ja zawsze podkreślam, że chcę być blisko widowni i chcę wszystko widzieć. A nie że jestem oślepiony światłami, a poza tym widzę ciemność (śmiech). Pod tym względem jestem chyba trochę nietypowy.

Często nie nazywam koncertów koncertami, tylko spotkaniami muzycznymi. Świadomie kładę akcent właśnie na spotkanie. Uwielbiam też spotkania i rozmowy za kulisami, z moimi kolegami. Prywatnie również dużo gadam, choć napędza mnie też cisza i o prawo do niej często walczę.

A jak jest z doświadczeniem Pana Boga w twoim życiu?

Niedawno miałem wypadek samochodowy. Zasnąłem za kierownicą. Na całej drodze był straszny tłok, a ja zjechałem na przeciwległy pas. Trafiłem idealnie pomiędzy dwa samochody i zjechałem na pobocze. Zupełnie nic nikomu się nie stało. Przeżyłem – to jako znak, że powinienem być bardziej uważny, przemyśleć parę spraw, bo bywam zagubiony, a przecież wciąż jeszcze mam tu coś do zrobienia. Myślę, że Bóg jest obecny w moim życiu, ale czasem musi złapać mnie za ramię, jak dobry przyjaciel, którego w pośpiechu nie zauważyłem na ulicy.

Marzysz jeszcze o występie z orkiestrą i Michaelem Buble?

Z orkiestrami występuję bardzo często. Jeśli marzenie zamienia się w cel i konkretne działanie, to okazuje się, że czasem się spełnia. A do Michaela po prostu nie zadzwoniłem (śmiech).

Czego ci można życzyć?

Wytrwałości.

Zatem tego ci życzymy.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail