Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Warszawa 1944-45, czyli jak zamordowano miasto

DZIEŃ WYZWOLENIA WARSZAWY
EAST NEWS
Ludność Pragi manifestuje w dniu wyzwolenia Warszawy, 1945 r.
Udostępnij

Niewiele było na świecie dużych miast, które zostały tak brutalnie, metodycznie zniszczone jak Warszawa. 17 stycznia mija 75. rocznica wkroczenia do miasta Armii Czerwonej.

Kiedy w ostatnich latach w ogarniętej wojną Syrii pojawili się Polacy z pomocą humanitarną, wielu z nich mówiło, że Aleppo przypomina im Warszawę po niemieckiej okupacji.

Aleppo-Warszawa

Caritas Polska zorganizowała nawet w sierpniu ubiegłego roku w Warszawie wystawę „Aleppo 2019 – Warszawa 1944”, na której zawisły obok siebie wielkoformatowe zdjęcia przedstawiające ruiny obu miast. Po upływie dziesiątków lat zburzenie Warszawy nadal jest dla nas, Polaków, punktem odniesienia w patrzeniu na tragedie innych miast i narodów.

„Morze ruin” – to określenie, którego najczęściej używali ci, którzy zobaczyli wówczas, co zostało z miasta, nazywanego w 20-leciu międzywojennym „Paryżem północy”. Zniszczenie Warszawy i tragiczne losy jej mieszkańców opisuje Marcin Ludwicki w książce „Płonące pustkowie. Warszawa po upadku powstania warszawskiego 1945. Relacje świadków”.

 

Groby i barykady

Warszawa ucierpiała już we wrześniu 1939 r., podczas niemieckich nalotów bombowych. Potem prawdziwą hekatombę zafundowali lewobrzeżnym dzielnicom okupanci w czasie Powstania Warszawskiego (Praga była już wówczas zajęta przez Sowietów). Wiele domów zostało zburzonych, grzebiąc swoich mieszkańców. Ulice, z których zerwano bruk, zostały poprzecinane powstańczymi barykadami. Nie działały wodociągi i kanalizacja, nie było prądu.

Po upadku powstania wszyscy mieszkańcy Warszawy musieli pieszo opuścić miasto w pierwszym tygodniu października 1944 r. Powstańcy zostali osadzeni w obozie jenieckim, a ludność cywilna umieszczona w obozie przejściowym w Pruszkowie (kiedy obóz się zapełnił, kierowano ludzi do obozów w Ursusie, Włochach i Piastowie). Wysiedleńcy nie mogli wziąć ze sobą żadnego dobytku poza tym, co zdołali unieść. W ciągu kilkunastu dni wypłynęła z miasta rzeka ludzi – wymizerowanych, przestraszonych, obładowanych resztkami dobytku i pchających wózki z dziećmi i chorymi.

 

Wygnanie

Niemcy wzięli do niewoli 15 378 żołnierzy Armii Krajowej i innych formacji (w tym 2 tys. kobiet). W szpitalach zostało 5 tys. powstańców, poległo ok. 10 tys., a za zaginione zostało uznanych ok. 5 tys. Liczbę cywilnych mieszkańców Warszawy, którzy przewinęli się przez Pruszków, szacuje się na 650 tys. (przed wojną Warszawa miała dwa razy więcej mieszkańców). Po kilku albo kilkunastu dniach ci ludzie byli wywożeni pociągami w głąb Generalnego Gubernatorstwa, gdzie zostawiono ich własnemu losowi – nieraz w szczerym polu. Innych wysłano na roboty przymusowe i do obozów koncentracyjnych.

Opróżnione miasto, po którym wałęsały się stada szczurów i zdziczałych kotów (psy zostały zjedzone w czasie powstania), zostało otoczone kordonem posterunków wojskowych, które miały je zabezpieczać przed powrotem wypędzonych mieszkańców. Wejście do „Festung Warschau” („twierdzy Warszawy”) bez specjalnej przepustki zostało zabronione pod karą śmierci.

Jednak wkrótce okazało się, że niszczenie miasta dopiero nabiera rozpędu.

Rabunek

Już w lipcu 1944 r., kiedy do Warszawy zbliżały się wojska sowieckie (a więc jeszcze przed wybuchem powstania), Niemcy rozpoczęli systematyczną grabież. Zajmowały się tym trzy piony, z których każdy specjalizował się w rabunku innych dóbr, np. wyposażenia fabryk, mebli, dzieł sztuki, tekstyliów, futer i złota. Hitlerowcy wywozili nawet wagony tramwajowe, piece fabryczne i kable elektryczne. Można by zgryźliwie powiedzieć, że ukuty w Niemczech w latach 90. XX wieku paskudny dowcip: „Jedź do Polski, twój samochód już tam jest!” można by zamienić na: „Warszawiaku, jedź do Niemiec! Srebra stołowe twojej babki są tam od lat!”.

W sumie w głąb Rzeszy wyjechało z Warszawy 45 tys. wagonów i kilkadziesiąt tysięcy ciężarówek zapełnionych różnego rodzaju dobrami. Żołnierze przeczesywali po kolei każdy dom – od piwnicy po strych, a nawet sprawdzali ubrania na ciałach zmarłych. Do pracy sprowadzano też wysiedlonych mieszkańców Warszawy.

 

Płomienie

Kiedy budynek opróżniono z wartościowych rzeczy, do akcji wkraczało Vernichtungskomando, które podpalało go miotaczami płomieni i podkładało materiały wybuchowe. Żołnierze wrzucali granaty do piwnic, żeby wymordować ludzi, którzy mogliby się tam ukrywać, i naruszyć fundamenty.

Szczególnie pieczołowicie niszczone były zabytki, infrastruktura, taka jak dworce (np. Dworzec Główny – jeden z największych i najnowocześniejszych w Europie), fabryki, elektrownie itp. Po kilku dniach, kiedy budowla się dopaliła, komando wracało, żeby sprawdzić efekty swoich działań i zburzyć mury. Efekty tych zabiegów można zobaczyć w cyfrowej rekonstrukcji filmowej „Warszawa – miasto ruin”, przygotowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego.

 

„Zrównać z ziemią”

Dlaczego Niemcy, mający na karku Armię Czerwoną, angażowali siły ludzkie – tak bardzo potrzebne na froncie – i zużywali deficytowe materiały na niszczenie Warszawy? Gdyby faktycznie była szansa na ufortyfikowanie się w Festung Warschau, łatwiej byłoby to robić wśród budynków, a nie na ich gruzach. Operacja została przeprowadzona na osobisty rozkaz Adolfa Hitlera. Heinrich Himmler wezwał 12 października do swojej kwatery w Prusach Wschodnich dowódcę SS i policji w dystrykcie warszawskim Paula Geibela i powiedział mu:

Nigdy jeszcze Fürer nie mówił ze mną cztery razy w jednej i tej samej sprawie; on sobie życzy, aby Warszawa była zupełnie zburzona.

Jak pisze Alexandra Richie w książce „Warszawa 1944: tragiczne powstanie”, powodem tej kompletnie nieracjonalnej decyzji była nienawiść Hitlera i Himmlera do polskiej stolicy i jej mieszkańców. Nawet kiedy 12 stycznia ruszył front, omijając Warszawę wielkim łukiem od północy i południa, i posuwając się aż o 20 km dziennie na zachód, Hitler zdawał się interesować wyłącznie utrzymaniem Warszawy, a przez kilka dni po jej utracie – ukaraniem winnych.

 

Robinsonowie

W październiku 1944 r. nie wszyscy warszawianie posłuchali rozkazu opuszczenia miasta. Niektórzy nie uwierzyli w niemieckie gwarancje bezpieczeństwa lub liczyli na to, że za kilka dni wkroczą Rosjanie. Inni nie wyobrażali sobie tułaczki albo woleli raczej umrzeć niż opuścić resztki swoich domów i groby bliskich. Byli też ukrywający się od dawna Żydzi, których wyróżniałby z tłumu wygnańców „zły wygląd” i skazywał na pewną śmierć. Bibliotekarze z Koszykowej i załoga gazowni na Woli zostali, żeby pilnować powierzonych im placówek. W gruzach stolicy przetrwało do nadejścia Rosjan – według różnych szacunków – od kilkuset do ponad 2 tys. „Robinsonów”.

Tylko nielicznym udało się przeżyć w pojedynkę, tak jak Władysławowi Szpilmanowi, którego historię pokazują książka i film „Pianista”. Większość ukrywała się w małych grupach w piwnicach, dzieląc się zdobytą wodą i jedzeniem, i spędzając czas głównie na drzemaniu i odpędzaniu myśli o głodzie.

 

Nie było wyzwolenia Warszawy

Armia Czerwona wkroczyła do miasta 17 stycznia 1945 r. i zajęła je w ciągu kilku godzin, prawie bez walki. PRL-owska historia nazywała to wydarzenie „wyzwoleniem Warszawy”. Dzisiaj wielu historyków podkreśla, że to niewłaściwe określenie.

Po pierwsze dlatego, że jedna okupacja zamieniła się w drugą (np. NKWD wkrótce rozpoczęło polowanie na akowców). Po drugie – Sowieci i berlingowcy zajęli prawobrzeżną część stolicy już w połowie września 1944 r., powołano nawet prezydenta miasta. Po trzecie – komuniści ewidentnie świętowali hucznie wyzwolenie Warszawy 17 stycznia, by odwrócić uwagę od tego, że biernie przyglądali się przez trzy miesiące zagładzie miasta i jego mieszkańców.

 

Blond włosy na czaszce

Widok Warszawy był przerażający. Przysypane śniegiem gruzy, wypalone szkielety domów, sterczące druty i kable, prowizoryczne groby, zamarznięte trupy.

Pod jednym z domów, blisko powstańczej barykady, leżał niepogrzebany szkielet człowieka, niewielki, o drobnych kościach, zapewne jakiejś dziewczyny, na czaszce utrzymywały się długie blond włosy. Obok szkieletu leżał zardzewiały karabin, na kości prawego ramienia widniała obok strzępów odzieży biało-czerwona opaska z wyblakłym nadrukiem AK – wspominał Władysław Szpilman w „Pianiście”.

Już 17 stycznia do Warszawy zaczęli wracać pierwsi mieszkańcy – najpierw przez zamarzniętą Wisłę, z Pragi. Następnego dnia drogi wylotowe z miasta zablokowały tłumy powracających. W przeciwną stronę szli ci, którzy dotarli wcześniej do swoich domów i zastali jedynie ruiny. Mówili, że nie ma sensu iść dalej i że Warszawa nigdy nie zostanie odbudowana.

Stało się jednak inaczej. Ale to temat na zupełnie inną opowieść…

*Korzystałam z książki „Płonące pustkowie. Warszawa po upadku powstania warszawskiego 1945. Relacje świadków”, Marcina Ludwickiego

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail