Aleteia

Mówisz czasem do zakonnicy „Siostrzyczko”? Siostra Borkowska ma tu swoje zdanie

SIOSTRY ZAKONNE
Robert Woźniak/EAST NEWS
Udostępnij

W Kościele przez wieki duchowni byli ostrzegani przed wszelkimi kobietami jako przed zagrożeniem, które na nich „czyha”. Nie takie to dziwne, bo ludzie, którzy nie umieją zapanować nad własnym ciałem, postrzegają świat tylko z punktu widzenia tego ciała, i nie widzą na nim osób ludzkich, tylko „zagrożenia” (a tu i tam sprzymierzeńców). Ale sami są sobie winni, sami to w sobie noszą.

Przede wszystkim i po pierwsze: nigdy nie należy mówić do zakonnic „Siostrzyczko”. Tylko „Siostro”. Tamto zdrobnienie wcale nie budzi skojarzenia z żadną serdecznością, ale raczej ze zniżaniem się do jakiejś istoty drugiego sortu, najwyżej może zniżaniem się łaskawym. Ale zdecydowanie pachnie pogardą, i zakonnica to czuje: nie raz już się z tym spotkała.

A po drugie, i to jest najważniejsze: słowa „Siostra” należy używać zgodnie z jego słownikowym znaczeniem. Co to jest siostra? Jest to osoba płci żeńskiej, przydzielona mi nie na zasadzie mojego wyboru, ale na zasadzie wspólnoty pochodzenia. Siostry człowiek sobie nie szuka, ale taką ma, jaką mu Pan Bóg dał. I są sobie równi, siostra i brat.

Siostra może mieć akurat tyle samo dobrej woli, co brat, i ma do tego prawo; ale też może mieć w tej swojej dobrej woli tyle samo dziur i niedociągnięć, co brat. I nawet gdyby to bratu dogryzło, niech pomyśli, ile razy on sam dogryzł innym: nie ma na to monopolu!

I nawet gdyby nie chciała go słuchać w zakrystii czy w jakiejś sprawie parafialnej, niech pomyśli: ile razy on sam nie słuchał, nawet przełożonych. I nawet się pokłócili, pozostają siostrą i bratem, a nie stają się obcymi albo tym bardziej wrogami. Żeby nie było tak, jak bywa z tymi księżmi, którzy pokłóciwszy się z jakimiś zakonnicami na swoim terenie, odbijają to sobie potem na wszystkich innych.

Siostra to nie jest ktoś, kogo się za wszystko chwali – czasem się naprawdę nie da – ale ktoś, kogo się przyjmuje takim, jaki jest i komu się życzy dobrze, i to niejako naturalnie, a nie dopiero z musu między rachunkiem sumienia a spowiedzią. Kto ma siostrę w rodzinie, rozumie.

W Kościele tradycyjnie, przez wieki, duchowni byli ostrzegani przed wszelkimi kobietami jako przed zagrożeniem, które na nich „czyha”. Nie takie to dziwne, bo ludzie, którzy nie umieją zapanować nad własnym ciałem, postrzegają świat tylko z punktu widzenia tego ciała, i nie widzą na nim osób ludzkich, tylko „zagrożenia” (a tu i tam sprzymierzeńców). Ale sami są sobie winni, sami to w sobie noszą.

A to się wszystko odnosi nie tylko do zakonnic. Bo nie o to chodzi, żeby widząc wszędzie dookoła „kobiety”, niektórym z nich przyznać status „siostry”; ale żeby widzieć wszędzie siostry właśnie, bo nimi są, córki wspólnego Ojca, i tak samo powierzone opiece braci, i na swój sposób powołane do opieki nad nimi, jak siostry rodzone.

A jaka to opieka sióstr nad braćmi? Zmarły niedawno o. Karol Meissner, benedyktyn i psychiatra, mawiał, że mężczyzna, choćby i biskupem został, zawsze pozostaje na dnie duszy dzieciakiem-łobuziakiem; a każda kobieta, niechby i sprzątaczka w jego dostojnym biurze, jest na dnie duszy starszą siostrą albo matką, i tak na niego patrzy; a w razie potrzeby do niej należy wytrzeć mu nos, bo on na takie drobiazgi nie ma czasu…

Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wieku”, „Czarna owca”, „Sześć prawd wiary oraz ich skutki”, „Oślica Balaama”, „Ryk Oślicy”, „Twarze Ojców Pustyni”, tłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka.