Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„To polski Tomasz Merton”. Nasz trapista zaprasza do fantastycznej podróży w czasie i przestrzeni

MICHAŁ ZIOŁO OCSO
Z archiwum o. Michała Zioły
Udostępnij

Kiedy w 1995 r. opuszczał Polskę – opuszczał, bo Bóg zawołał go do trapistów – spakował do plecaka Biblię, tomiki poetyckie Miłosza i Brodskiego (zapobiegliwi przyjaciele dołożyli pęto swojskiej kiełbasy).

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Tym, którzy nie mieli jeszcze przywileju spotkać ojca Michała Zioło, przedstawiam go zazwyczaj w krótkich żołnierskich słowach – to polski Tomasz Merton. Kiedy w 1995 r. opuszczał Polskę, gdański klasztor dominikanów i sporą grupę ludzi, dla których był ojcem i przyjacielem – opuszczał, bo Bóg zawołał go do trapistów – spakował do plecaka Biblię, tomiki poetyckie Miłosza i Brodskiego (zapobiegliwi przyjaciele dołożyli pęto swojskiej kiełbasy).

Ojca Michała z Mertonem łączy więc nie tylko to, że obaj wybrali życie poddane surowej zakonnej regule. Dla obu mnichów bardzo żywym, chyba wręcz życiodajnym „miejscem teologicznym” okazały się również: literatura, sztuka, w ogóle kultura.

Achmatowa, Cwietajewa, Gombrowicz, Miłosz, sławny w świecie francuskiej bohemy malarz Sasza Rzewuski (po spektakularnym nawróceniu i wstąpieniu do dominikanów – o. Czesław) – z nimi i wieloma innymi osobami aranżuje nam ojciec Michał spotkania na kartach Liter na piasku oraz pozwala odbywać fantastyczne podróże w czasie i do miejsc różnych. Ile trzeba mieć przestrzeni, aby stwarzać tak fascynujące światy (w których zresztą o. Michał porusza się jak w przyklasztornym warzywniku)!

I – co bardzo ważne – osobistych historii swoich bohaterów nie traktuje jako ilustracji do teologicznych tez, duchowych wskazówek czy przestróg. Te poszczególne historie rozwija przed nami jak zwoje księgi, która – notowała Szymborska w wierszu Miłość od pierwszego wejrzenia – jest „zawsze otwarta w połowie”. A to oznacza: nigdy nie mogę mieć pewności, co jeszcze może się zdarzyć.

Litery na piasku, a także wiele innych tekstów i książek ojca Michała, przywracają nadzieję, że bliskie więzi religii i sztuki są możliwe. Że te dwie siostry, które od zawsze starały się pomagać człowiekowi w czytaniu świata i towarzyszyły mu w poszukiwaniu sensu (a także Sensu) – mimo narastających między nimi przez dziesięciolecia obcości i wrogości – mogą na nowo nawiązać więzi. Więcej: dla dobra nas wszystkich powinny to zrobić.

Choćby dlatego, że to właśnie literatura i sztuka uczą nas uważności w spojrzeniu na otaczający świat i konkretnego człowieka – jego historię i los. A z uważności zazwyczaj rodzą się pokora i empatia. Te zaś współbrzmią z wezwaniem: „Chcę raczej miłosierdzia, nie ofiary” (Mt 9,13).

To, w jaki sposób sztuka potrafi zobaczyć i opisać człowieka – zwłaszcza tego złamanego cierpieniem czy raniącego i krzywdzącego drugiego – opowiada również o tym, jak patrzy Bóg. A On patrzy tak, jak w przypowieści o kobiecie pochwyconej na cudzołóstwie. Wobec żądań uczonych w Piśmie i faryzeuszy, żeby tę grzeszną kobietę osądzić, Jezus początkowo milczał i jedynie pisał coś na piasku.

Jednak kiedy oskarżyciele nadal domagali się od Niego osądu tej, którą zgodnie z prawem mojżeszowym należało ukamienować, Jezus powiedział: „«Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». I powtórnie nachyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku”.

Ewangelista nie dopowiada, co wtedy Jezus pisał na piasku. A cykl felietonów Litery na piasku nie został zamierzony jako wyjaśnienie tej tajemnicy. To raczej próba podążania za tajemnicą – człowieka i jego losu. A także często trudnej do pojęcia obecności w nich Boga.

Pierwsza skreślona przez ojca Michała „litera na piasku”, czyli opowieść osnuta wokół jednej z liter alfabetu, ukazała się w zimowym numerze „Więzi” w styczniu 2013 r. Przez następne kilka lat drukowaliśmy na łamach „Więzi” kolejne „litery”. Niedawno postanowiliśmy sprawdzić, czy można już z nich ułożyć alfabet. Okazało się, że zasadniczo tak. Nie było to oczywiste, ponieważ ojciec Michał pisał poszczególne „litery” według wyznaczonej przez siebie, a nie alfabetycznej kolejności. Wprawdzie „a” pojawiło się jako pierwsze (A – jak Ala z „Elementarza”), ale na „b” (B – jak biblioteka) oraz „c” (C – jak Czesław) trzeba było poczekać parę lat.

Kiedy więc poddaliśmy „litery na pisaku” dyscyplinie alfabetycznej, zapanował nie tylko ów z góry zaplanowany porządek, ale ujawniło się coś jeszcze. Litery, skoszarowane w książce w alfabetycznej kolejności, zdradziły upodobanie do snucia opowieści, której początek „to tyl­ko ciąg dal­szy” – znowu Szymborska i jej wcześniej przywołany wiersz. Tak więc opowieść osnuta wokół litery „b” znajduje swoją kontynuację w tej pomieszczonej w literze „c”. Zazwyczaj nie jest to jednak tak proste i oczywiste – te kontynuacje pojawiają się najczęściej w większych odległościach i bywają jak przelotne błyski.

Tak się szczęśliwie dla mnie składa, że w sprawach „liter” to właśnie ja mam przywilej e-mailowego korespondowania z „piszącym na piasku”. Ojca e-mail z załączonym felietonem albo ten w odpowiedzi na przypomnienie o redakcyjnych terminach – potrafi uratować dzień. Te dwu- czy kilkuzdaniowe liściki, pełne ciepła i kapitalnego poczucia humoru są w stanie rozświetlić moją największą nawet wewnętrzną niepogodę. A poza tym bywają też szczeliną, przez którą zajrzeć można za klasztorne mury.

Opowiedziane w Literach na piasku historie zachwycają – tak po Norwidowemu – do praktykowania uważności, pokory i empatii. Nie ma co udawać, to wymaga wysiłku. Litera „w” zarezerwowana jest tutaj jednak nie tylko dla wysiłku, ale też dla wdzięczności. We mnie samej historie opowiedziane w Literach na piasku budzą właśnie ogromną wdzięczność wobec ich autora. A także wobec Autora wszystkich autorów – bo pośrednio Litery… opowiadają również i o Nim.

Wdzięczność tę chciałabym tu wyrazić za Herbertem jego Modlitwą Pana Cogito – podróżnika. Jest długa, ale celowo przywołuję ją tu w całości. To nie unik czy tym bardziej kokieteria, raczej poczucie bezradności. Napisałam tu już tyle linijek, a wciąż nie udało mi się wyrazić tego, na czym tak bardzo mi zależało. Czas oddać głos temu, kto potrafi.

Panie

dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny

a także za to że pozwoliłeś mi w niewysłowionej dobroci Twojej
być w miejscach które nie były miejscami mojej codziennej udręki

– że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni
i spiż rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie

a mały osioł na wyspie Korkyra
śpiewał mi ze swoich niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu

i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych i rozumnych

natura powtarzała swoje mądre tautologie:
las był lasem morze morzem skała skałą

gwiazdy krążyły i było jak być powinno – Iovis omnia plena

– wybacz – że myślałem tylko o sobie gdy życie
innych okrutnie nieodwracalne krążyło wokół mnie jak wielki
astrologiczny zegar u świętego Piotra w Beauvais

że byłem leniwy roztargniony zbyt ostrożny w labiryntach i grotach

a także wybacz że nie walczyłem jak lord Byron o szczęście ludów podbitych
i oglądałem tylko wschody księżyca i muzea

– dziękuję Ci że dzieła stworzone ku chwale Twojej udzieliły mi cząstki swojej tajemnicy
i w wielkiej zarozumiałości pomyślałem
że Ducio van Eyck Bellini malowali także dla mnie

a także Akropol którego nigdy nie zrozumiałem do końca
cierpliwie odrywał przede mną okaleczone ciało

– proszę Cię żebyś wynagrodził siwego staruszka
który nie proszony przyniósł mi owoce ze swego ogrodu
na spalonej słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa

a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hebrydach
za to że przyjęła mnie po grecku i prosiła
żeby w nocy zostawić w oknie wychodzącym na Holy Iona
zapaloną lampę aby światła ziemi pozdrawiały się

a także tych wszystkich którzy wskazywali mi drogę i mówili
kato kyrie kato

i żebyś miał w swej opiece Mamę ze Spoleto Spiridiona z Paxos
dobrego studenta z Berlina który wybawił mnie z opresji
a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie wiózł mnie do Wielkiego Kanionu
który jest jak sto tysięcy katedr zwróconych głową w dół

– pozwól o Panie abym nie myślał o moich wodnistookich szarych niemądrych prześladowcach
kiedy słońce schodzi w Morze Jońskie prawdziwie nieopisane

żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia

a nade wszystko żebym był pokorny
to znaczy ten który pragnie źródła

dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny

a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony
na zawsze i bez wybaczenia

Jest to wstęp do książki „Litery na piasku” dostępnej do nabycia w Wydawnictwie WIĘŹ.

MICHAŁ ZIOŁO OCSO
fot. Wydawnictwo WIĘŹ

O. Michał Zioło OCSO – urodził się 1961 r. w Tarnobrzegu. W 1980 wstąpił do zakonu dominikanów. W Gdańsku prowadził duszpasterstwo akademickie oraz założył Dom na Skraju dla dzieci z trudnych rodzin. W 1995 przeszedł do trapistów. Wraz z międzynarodową grupą cystersów próbował przywrócić do życia algierski klasztor w Tibhirine po śmierci bł. Christiana i jego 6 towarzyszy. Przebywał w Maroku i Kamerunie. Obecnie mieszka w opactwie Notre Dame d’Aiguebelle w południowej Francji. Autor kilku książek. We Francji opublikował także 3 książki dla dzieci niewidomych z własnymi, wykonanymi ręcznie ilustracjami do odczytywania przez dotyk. Za Listy do Lwa otrzymał w 2009 roku Feniksa – nagrodę Stowarzyszenia Wydawców Katolickich.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail