Aleteia

Nigdy nie mieliśmy „cichych dni”. Rozmowa z wdowcem, który bardzo kochał

Udostępnij
Komentuj

Stojąca na regale fotografia spełnia rolę łącznika z ukochaną osobą, ale każde spojrzenie na nią to cierpienie psychiczne. Sytuacja wydaje się być bez wyjścia.

Katarzyna Matusz: Co to znaczy kogoś kochać?

Andrzej Bednarski: Myślę, że największe szanse ma darzenie kogoś tak zwaną miłością bezwarunkową. O co zapewne nie jest łatwo, bo trzeba wyzbyć się egoizmu. A drugim ważnym punktem jest to, co dawno temu już zalecano: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.  Trzeba też być czułym, przytulać i często mówić „kocham cię”. A każdy kto oczekuje szczerości, wierności i szacunku musi bezwzględnie sam spełniać te warunki. Wtedy będzie mógł powiedzieć, że kocha i jest kochanym.

W jakim wieku straciłeś żonę?

Niedawno skończyłem 68 lat, jestem wdowcem od lutego 2013 roku, ale po stracie żony pozbierałem się dopiero pół roku temu. Nie mieliśmy dzieci. Warunkowała to niewydolność nerek mojej Basi. Z pewnością po śmierci żony byłoby mi chociaż trochę łatwiej, gdyby dzieci były.

Co ceniłeś w niej najbardziej? Za co jesteś jej wdzięczny?

Basię ceniłem za wiele zalet, które miała. Za to, że ewentualne wady nie miały wobec owych zalet znaczenia. Za jej intelekt, urodę, figurę – co tu dużo mówić, gdy mężczyzna w wieku 35 lat w końcu znajduje kobietę swojego życia, to chyba dlatego, że ta spełnia większość jego oczekiwań.

Wdzięczny jej jestem przede wszystkim za to, że nasze małżeństwo było, jak to nazywaliśmy, prawdziwe – oparte na uczuciach, wierności, przyjaźni i wzajemnym szacunku. Nie jest to często spotykany „pakiet” wartości, które małżeństwom udaje się utrzymać przez całe wspólne życie. Wdzięczny też jestem za to, że była moją podporą duchową. No i wspaniałe było to, że nigdy nie mieliśmy „cichych dni”.

Co było najpiękniejsze w waszym 30-letnim małżeństwie?

Było wiele pięknych rzeczy. Poczynając od tego, że po pierwszej randce spotykaliśmy się już codziennie. Po drugie mieliśmy oboje świadomość tego, że każde z nas trafiło na tę drugą „połówkę jabłuszka”. Oświadczyłem się po trzech miesiącach. Basia nie dowierzała, że to prawda. Musiałem paść na kolana, wręczając półtorametrowe, czerwone róże (zdobyte w „tamtych czasach”!). Rzuciła mi się na szyję z radości. Pamiętam jak dziś. Piękne było to, że nie skrywaliśmy swoich uczuć, że słowo „kocham” było na porządku dziennym.

Co było trudnością?

Właściwie jedynym problemem, a później koszmarem, było zdrowie Basi. Stan jej zdrowia był mi znany już wcześniej. Tu ciekawostka: w dniu naszego ślubu moja mama, z pewnym niepokojem, powiedziała mi na osobności, że martwi się o mnie – bo mogę mieć ciężkie życie. Jej intuicja przeczuwała przyszłość. Ale ja – zakochany po uszy – uważałem, że wszystko przezwyciężymy, wyleczymy i będzie wspaniale. Decydowałem się na kłopoty, byleby z Basią być.

I nagle jej zabrakło. Jak sobie z tym radziłeś?

Jedynym pocieszeniem – dla ludzi wierzących – jest perspektywa szansy na spotkanie ukochanej osoby „na tamtym świecie”. I jest oczywiste, że ta świadomość może nadawać wielu ludziom sens dalszego istnienia tu, na Ziemi. Po 30 latach udanego małżeństwa człowiek zderza się z wieloma traumatycznymi sytuacjami, do których musi się przyzwyczaić, najpierw oswoiwszy się z nimi. Nic już nie jest takie samo: noc, dzień, pory roku, wydarzenia dnia codziennego.

Widzenie świata jest od tej pory uwarunkowane ciężarem świadomości, iż zostało się samemu „jak palec” i że będzie się non-stop przytłaczanym wspomnieniami, które im bardziej są wspaniałe, tym bardziej „dołują”. Stojąca na regale fotografia spełnia rolę łącznika z ukochaną osobą, ale też każde spojrzenie na nią, to cierpienie psychiczne. Sytuacja wydaje się być bez wyjścia.

Szukałeś wsparcia? Chciałeś coś zmienić?

Minęło pół roku od śmierci żony, a ja czułem w piersiach ciężar i nie umiałem cieszyć się niczym. Przypadek sprawił, że zwierzyłem się z tego pewnej dojrzałej życiowo i mądrej osobie. I ku mojemu zdumieniu usłyszałem, że Basia mi towarzyszy – że jej dusza, widząc moją rozpacz, nie potrafi odejść tam, gdzie powinna. I dostałem radę, abym się skupił w modlitwie i porozmawiał z nią. Abym powiedział jej, że już dam sobie radę i żeby odeszła do Boga.

Pomogło! Nie do uwierzenia, ale pomogło. Poczułem lekkość w piersiach i zrozumiałem, że muszę zacząć żyć normalnie. Łatwo powiedzieć: normalnie. Ale któregoś dnia mnie olśniło, że muszę radykalnie odmienić swoje życie. Muszę zmienić mieszkanie, miejscowość, pozbyć się wszystkich rzeczy materialnych, które uporczywie przypominają mi przeszłość. Nie żeby o Basi zapomnieć – tylko, żeby nie było nieustannego przypominania, że jej nie ma.

Jak to zrobiłeś?

Pomogło mi w tym przejście na emeryturę – a właśnie nadszedł mój czas. Sprzedałem mieszkanie i przeprowadziłem się do nowego, już gustownie urządzonego, w miejscowości pełnej zieleni i spokoju. To był strzał w dziesiątkę! Zacząłem patrzeć na świat nieco innymi oczyma.

Ale nie było to tak proste, jak się może z boku wydawać. Przez te lata żałoby – dopiero teraz to widzę – byłem w depresyjnej stagnacji, z której zresztą nie do końca sobie zdawałem sprawę. Musiało minąć równo trzy lata od śmierci żony, żebym poczuł, iż okres żałoby mogę próbować zakończyć. Zacząłem chodzić do teatru, na koncerty, przyjmować zaproszenia przyjaciół na imprezy. Powoli, ale wydostaję się z żałobnego dołka. Niedawno, gdy wyszedłem na balkon – zobaczyłem, jaki świat jest piękny. Bez żadnego w tyle głowy komentarza, że przecież patrzę sam. Dawno tego nie odczuwałem.

Jak wygląda teraz Twoje życie?

Mam w planach wydanie książki z opowiadaniami, tworzę audycje muzyczne do internetowego radia, znów zaczynam rysować i pisać. Obok spraw, do których wracam, pojawiają się nowe. Na przykład kilka młodych osób, z różnych środowisk, zaprzyjaźnionych ze mną w ostatnich latach, często zasięga u mnie rady, a niedawno zostałem poproszony do poprowadzenia panny młodej do ołtarza, zamiast nieżyjącego od wielu lat jej ojca. Byłem bardzo wzruszony.

Patrząc w aspekcie duchowym, jestem teraz bliżej Boga niż przed laty. Wiem, że On jest nieskończonym dobrem i miłością. I na szczęście wierzę, że moja Basia jest pod Jego opieką. Ufam, że jest bezpieczna. Jestem też wdzięczny, że przygarnął mnie z powrotem do siebie.

Cisza-nie-cisza,
pustka-nie-pustka,
żal-nie-żal, przepastna dal,
dla… papużek nierozłączek.

(fragment wiersza Andrzeja Bednarskiego)

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail